Czerwiec to wyjątkowy stan dla naszych organizmów. To moment, w którym przestajemy być stabilnymi jednostkami biologicznymi, a zaczynamy przypominać ruchomy stragan warzywno-owocowy. Do życia wystarczy zapach truskawek, botwinka, młody ziemniak z koperkiem i torba bobu. Rano jesteśmy sobą, ale już w porze lunchu mamy oczy truskawkowe i ten niewinny luzik w jelitach po ziemniakach, jajku sadzonym i szklance maślanki.

Uwielbiam ten czas, kiedy wpadamy na chatę z łubiankami, siatkami i pęczkami. Wystarczy ziemia pod paznokciem sprzedawcy i zdanie, że „to wszystko dzisiejsze”, abyśmy stracili rozsądek. Wtedy nie kupuje się kilograma truskawek, tylko wspomnienie dzieciństwa. Nie bierze się koperku, tylko zapach wakacji u babci. Nie wkłada się do torby bobu, tylko bierze udział w narodowym rytuale, który kończy się solą, masłem i ciszą domowników. Nasze mózgi przejmuje sezonowość. Tam, gdzie w kwietniu były ambitne refleksje, w czerwcu pojawia się jedna myśl: kupić dwie łubianki, a może trzy? Oczywiście trzy, bo owoce sezonowe nie mają kalorii. Czerwcowa truskawka nie jest produktem, tylko wydarzeniem. Wiemy, że za tydzień już takich nie będzie. To nasze narodowe mono no aware. Truskawka mówi do wspomnień wakacji, brudnych kolan i babci, która kroiła ją do śmietany z cukrem jak święty obrzęd. Z miską truskawek czujemy pierwszy ciepły wieczór i cudowną wolność. A potem przychodzi bób, osobny rozdział anatomii człowieka w szóstym miesiącu roku. Jest obietnicą szczęścia i ostrzeżeniem dla domowników. Gdy stawiamy garnek z wodą, dodajemy sól i masło, puszczają nam hamulce. Udajemy, że to przekąska, a potem okazuje się, że zniknęły dwa kilogramy. Bób łączy ludzi, ale też wystawia relacje na próbę. Po bobie przychodzi cisza. Wszyscy wiedzą, nikt nie mówi, a w mieszkaniu unosi się atmosfera wspólnej odpowiedzialności. Bób jest warzywem prawdy. Po nim nie da się udawać arystokracji. Wracamy do biologii.

Kiedy organizm nasyci się truskawką i bobem, wchodzi etap ziemniaczany. Młode ziemniaki z koperkiem to nie potrawa, tylko terapia, której nie refunduje NFZ. Pacjent przemęczony, drażliwy, narzeka na ludzi i pogodę? Zalecenie jest jedno, młode ziemniaki, masło, koperek, kefir. Młody ziemniak jest delikatny, trochę brudny od ziemi, jakby dopiero przyszedł na świat. Stoimy przy zlewie, skrobiemy go i czujemy, że świat ma sens. Nie dlatego, że wszystko jest dobrze. Tylko dlatego, że zaraz będzie masło i koperek. Koperek zasługuje na pomnik: mały, zielony, krzywy i pachnący. Jest polskim konfetti lata. Posypujemy nim wszystko, bo wtedy nawet najprostsze jedzenie wygląda, jakby ktoś o nie zadbał. Do tego musi być kefir, maślanka albo zsiadłe mleko. Tu każdy ma swoje wyznanie.

Czerwiec jest pełen sporów. Truskawki ze śmietaną, jogurtem czy cukrem? Bób z masłem, oliwą czy solą? Botwinka z jajkiem i śmietaną, czy chłodnik z ogórkiem i rzodkiewką? Fasolka z bułką tartą czy cytryną? Czerwiec wyciąga z ludzi kulinarne plemiona. Ale te spory nie są o jedzenie. Są o pamięć: kto podał pierwsze truskawki, kto obierał ziemniaki przy zlewie, kto solił bób za mocno i kto kupował za dużo czereśni. Botwina jest objawem tęsknoty za prostotą. Pojawia się w pęczkach, z małymi buraczkami, liśćmi i łodygami. Kroimy ją, wrzucamy do garnka i przez chwilę czujemy się jak ktoś, kto rozumie naturę. A potem dodajemy śmietanę, bo natura naturą, ale życie bez śmietany jest zarządzaniem kryzysem. Chłodnik to jej zimny, kwaśny i różowy kuzyn: miska szczęścia z ogórkiem, rzodkiewką, koperkiem i jajkiem, która pozwala wygrać z upałem.

W czerwcu stragan świeci jak kasyno w Las Vegas. Wszystko woła. Truskawki krzyczą, bób mruczy, koperek szeleszcze, botwina macha liśćmi jak flaga sezonu. Człowiek idzie po jeden pęczek rzodkiewki, a wraca z torbą, która wygląda, jakby przygotowywał wesele na działce. I to jest czerwcowa psychoza sezonowości. Nie polega tylko na jedzeniu, ale na lęku przed utratą. Wszystko w czerwcu jest na chwilę. Truskawki zaraz się skończą, bób będzie za duży, botwinka przestanie być młoda, a młode ziemniaki przestaną być młode razem z nami. Pod pretekstem zakupów przeżywamy metafizykę. Czerwiec przypomina, że wszystko przemija, tylko strawniej niż filozofia.

Dlatego w czerwcu je się szybko. Nie łapczywie, tylko z poczuciem obowiązku. Rano owsianka z truskawkami, w pracy czereśnie, po powrocie bób, na kolację ziemniaki z koperkiem, następnego dnia chłodnik, potem fasolka, znowu truskawki, placek i kompot. Lodówka staje się izbą przyjęć dla sezonowych ofiar nadmiaru truskawek, fasolki, bobu, botwiny, kefiru, trzech pęczków koperku i czereśnie ukryte za mlekiem. Anatomia człowieka czerwcowego jest prosta, czyli 28% truskawki, 21% bób, 17% młode ziemniaki z koperkiem, 9% botwinka, 8% czereśnie, 6% chłodnik, 5% fasolka, 4% kefir i 2% wyrzuty sumienia po trzeciej misce bobu. Czerwiec jest krótki, bezczelny i cudowny. Zajadajcie bez kalkulacji. Nic nie trwa wiecznie. Nie ma miesiąca, który zastąpi czerwiec. To krótki romans z tym, co najlepszego daje natura. Absolutnie nie do podrobienia.