Stefan Chwin i jego archipelag

Karol Kacperski

Pod maską intelektualisty i badacza literatury kryje się Max Lars – marzyciel, który na ulicy Mariackiej widzi tropikalne palmy, a lustra współczesności szuka w karaibskich światach i mocy kobiet. Wyposażony w pióro i ołówek, z pasją cyzeluje twórcze chwile, nim zabraknie słów i sił. W tym wszystkim miłość od 55 lat pozostaje jego najwyższym szczytem.

Spotykamy się w momencie, gdy po latach wraca pan jako Max Lars. Kim jest dziś Stefan Chwin – bardziej pisarzem, rysownikiem czy obserwatorem świata?

Artystów można podzielić na „jednoosobowych”, którzy grają tylko na jednym fortepianie oraz na „wieloosobowych” - grających na kilku instrumentach. Ja należę do tej drugiej grupy.

Jak pracuje pana wyobraźnia – bliżej jej do obrazu czy do słowa?

W literaturze występuje pewien paradoks: aby uzyskać wrażenie lekkości pióra, trzeba się ciężko napracować. Moja wyobraźnia nie jest lingwistyczna - ja myślę obrazami. Bardzo staram się, żeby czytelnik widział to, co opisuję. Myślę kategoriami bohatera, sceny, fabuły i sytuacji, co bliskie jest wyobraźni filmowej. I to się przeplata: czasem rysuję pomysł, z którego dopiero wynika historia, a innym razem tworzę ilustrację do gotowego już rozdziału.

10 lat temu w wywiadzie dla „Prestiżu” mówił pan, że rozum przegrywa z emocjami. Czy te prognozy się sprawdziły?

Człowiek jest tak jakoś wymyślony, że znacznie ważniejsze są dla niego emocje niż rozum, chociaż cywilizacja stoi na rozumie. Gdyby nie zdolność do racjonalnego myślenia, bylibyśmy pewnie zupełnie fanatyczną dziczą. Dziś właściwie nie żyjemy już w rzeczywistości dotykalnej – na to, co realne, nieustannie nakładamy silnie nasycone emocjami obrazy z sieci i mediów. W Internecie jest wszystko: od rzeczy najwspanialszych po najstraszniejsze. To obraz ludzkiego ducha – bogaty i przerażający.

Czy w świecie nadmiaru nawet tragedia może się opatrzyć?

Człowiek potrafi zrobić wszystko, żeby się nie nudzić - gotowy palić miasta, mordować ludzi, wykonywać rozmaite cyrkowe ewolucje, byle tylko wyzwolić się z nudy. Najstraszniejsze jest to, że każda wojna po jakimś czasie zaczyna nudzić i ludzie mają jej dość. Ciekawsza jest prognoza pogody niż wiadomości z frontu, bo ile można słuchać o ciągłej rzeźni? Zachód był kiedyś tak samo znudzony naszymi polskimi powstaniami. Na początku żyje się cudzą wojną, ale z czasem nawet najszlachetniejsze bodźce powszednieją. Jesteśmy tak skonstruowani przez naturę, że potrzebujemy zmiany repertuaru. To niesprawiedliwe wobec narodów, które cierpią, ale jako ludzie ostatecznie zawsze wracamy do własnego spokoju i zabawy.

A mimo tego znieczulenia mówi pan o lęku, który dziś wisi w powietrzu.

Tylko wariat nie boi się wojny. Już od długiego czasu mówiłem, że następują zmiany w kulturze i przesunięcia nastrojów społecznych – tak jakby nasz gatunek wyczuwał, że zbliża się do nas coś bardzo niedobrego. Widać to w naszych oczekiwaniach i rozmyślaniach, kiedy pytamy siebie: co ja bym zrobił w takiej sytuacji? Jako gatunek dysponujemy instrumentem przeczuwania przyszłości i dziś w naszych poszczególnych duszach odbija się lęk zbiorowości, która wyczuwa realne zagrożenie.

Ten lęk o przyszłość dotyczy też przestrzeni, w której żyjemy. Gdańsk – jak pan kiedyś stwierdził – „ciągle coś udaje”.

Szanuję nowoczesność, o ile jest autentyczna. Natomiast, gdy widzę, że przenosi się architekturę z Hamburga na Wyspę Spichrzów, to mam wątpliwości. Gdańsk wciąż ma kłopot z własną tożsamością. Gdyby któryś z naszych architektów wymyślił coś na miarę opery w Sydney – czego nie ma nigdzie indziej na świecie – biłbym brawo. Marzy mi się więcej gdańskiej oryginalności.

Karol Kacperski

Gdzie dziś w tym mieście widzi pan autentyczność?

Nie mam nic przeciwko Starówce, o której mówi się, że to atrapa, a nie dokument historyczny. To mi zupełnie nie przeszkadza, że wygląda jak w XVII wieku, a została zbudowana za mojego życia. W latach 50. na własne oczy widziałem, jak powstawało to miasto. Przyjeżdżałem tu jako chłopiec z mamą i oglądaliśmy, jak rosły domy na ulicy Długiej, jak malowano fasady, a rzeźby noszono na szczyt. To było piękne i bardzo szanuję, że nam się udało zbudować taki Gdańsk. Równocześnie uważam, że prawdziwe, autentyczne doświadczenie gdańskości jest na niezburzonych peryferiach: w Starej Oliwie i Oliwie za torami, gdzie się urodziłem. To rejony, które mają jeszcze, co prawda niemiecki, ale ślad autentyczności.

Czy istnieje zatem – w mieście, w społeczeństwie, w młodszym pokoleniu – realna przestrzeń dla sprawczości, czy raczej jej złudzenie?

Jak większość z nas, nie mam mocy, by wpłynąć na to, co się dzieje. Jesteśmy sprowadzeni do przyjmowania do wiadomości cudzych pomysłów na nasze życie. I to poczucie, że niewiele od nas zależy, jest dziś dominujące. Uważam, że młodzież jest dziś oszukiwana rozmaitymi akcjami klimatycznymi, bo ich możliwości realnego wpływu na cokolwiek są ograniczone. Nie wierzę, że z powodu zbierania śmieci w lasach oliwskich zmieni się klimat. Proponuje im się taką aktywność, która jest substytutem prawdziwego tworzenia świata.

A pan jako młody człowiek miał poczucie realnego tworzenia świata? Spędził pan przecież lata w twórczym Liceum Plastycznym w Orłowie.

To jedna z niezwykłych szkół polskich, która ma na swoim koncie liczne osiągnięcia personalne. Marszałek Bogdan Borusewicz był moim rówieśnikiem i chodził do równoległej klasy fotograficznej. Ja byłem w klasie malarstwa i reklamy. Wśród absolwentów są też znany muzyk Janusz Strobel, sławny baryton Jerzy Mechliński czy rzeźbiarka Magdalena Abakanowicz.

Z jednej strony była to szkoła, która rzeczywiście pozwoliła mi się rozwinąć i miała twórczą atmosferę – w tym sensie dawała poczucie uczestniczenia w czymś żywym. Jednak w większym stopniu wpłynęli na mnie moi koledzy niż kadra nauczycielska. Taki paradoks.

Czyli najważniejsze okazało się środowisko rówieśników?

Rozmowy z rówieśnikami i wspólne oglądanie prac rozwijało nas silniej niż lekcje. Chciałem, żeby szkoła była w większym stopniu techniczna, a ona uczyła nas swobody wyobraźni i reguł kompozycji. Marzyłem o konkrecie – np. o odlewaniu posągów z brązu. Niestety, techniczna strona sztuki jest kosztowna, a szkoła nie miała na to pieniędzy.

Karol Kacperski

Rysunek i literatura rozwijały się u pana równolegle?

Tak, i nie byłem w tym odosobniony. Moi koledzy byli zapalonymi filmowcami; kręciliśmy filmy na ósemce, oni opracowywali scenariusze, a ja czasami w nich występowałem. Żyliśmy w atmosferze ciągłego wymyślania pomysłów i budowania sytuacji. Choć wielu z nich marzyło o reżyserii filmowej, a ostatecznie zostało malarzami, to właśnie ta grupa na mnie najsilniej wpłynęła.

I dziś te dwa nurty znów się u pana spotykają – w „Piratkach”, które są jednocześnie tekstem i obrazem. Skąd powrót do Maxa Larsa i tej podwójnej formy?

Geneza tej historii sięga lat 80. Ten pseudonim - po pierwsze - pozwalał mi na zbudowanie alternatywnej osobowości, zyskiwałem możliwość mówienia innym językiem. To rodzaj awatara, przez który się wypowiadam. Ale był też drugi, bardziej prozaiczny powód: w tamtych czasach uniwersytet nie tolerował artystów i pisarzy. Byłem świadkiem linczu dokonywanego przez Radę Wydziału na wybitnym pisarzu Janie Drzeżdżonie, gdy starał się o habilitację. Postanowiłem się nie wystawiać na strzał jako autor powieści.

A co konkretnie oznacza ten pseudonim?

To czysta ironia. „Max” to oczywiście coś maksymalnego, a „Lars” po szwedzku oznacza mocnego człowieka. Razem z żoną śmialiśmy się z tego, bo to było całkowite przeciwieństwo mojej natury. Byłem wtedy – jak wielu moich kolegów – nadwrażliwym polskim inteligentem, który reaguje na świat jak napięta struna skrzypiec. Pseudonim zapewniał mi elementarny komfort. Z jednej strony miałem swojego awatara, z drugiej – mogłem ukryć się przed ludźmi, którzy na uniwersytecie nie znosili artystów, choć sami marzyli, by nimi być. Dziś to się całkowicie zmieniło, obecnie uniwersytet jest otwarty na wszystko, co twórcze i dumny z kadry, która wykazuje się taką aktywnością. To zupełnie inna epoka.

Dlaczego do opisania współczesności wykorzystał pan Karaiby?

To z jednej strony nawiązanie do polskiej tradycji XIX w., kiedy w losach ginących plemion indiańskich dostrzegano analogię do losów Polski. Ja również widziałem Polskę lat 80., a szczególnie 50. jako kraj kolonialny, pod kurtyną imperium. Chciałem pokazać tę wspólność spraw w różnych miejscach na ziemi. Ale był też powód czysto estetyczny – fantazja, by przenieść Gdańsk na Karaiby. Marzyłem o świecie, w którym jest mniej śniegu i jesiennych deszczy, a więcej bujnej zieleni – żeby na ulicy Mariackiej czy na bastionach Świętej Gertrudy rosły Joshua Tree i palmy. To byłoby piękne. Z jednej strony boję się globalnego ocieplenia, ale z drugiej, wizja tropikalnej roślinności na Długim Pobrzeżu, tak naturalnej jak w Miami czy na Kubie, wydaje mi się kusząca. To była dla mnie jako pisarza czysta przyjemność zobaczenia naszego świata z tak dziwnej perspektywy.

W tej wizji jest też wyraźny ślad kina – tej pierwszej, kolorowej wyobraźni, która przyszła do pana z amerykańskich filmów. Czy dziś trudniej nam się do niej odwołać?

Kluczowym doświadczeniem był rok 1956 lub 1957, kiedy na polskie ekrany weszły filmy amerykańskie. Dla chłopca żyjącego w szaro-czerwonej epoce stalinizmu to było coś niezwykłego. Chciałem w tym kolorowym świecie zamieszkać i zaprosić do niego czytelników. Sztuka jest odlotem wyobraźni i przemawia do ludzi, którzy potrafią wyjść poza rzeczywistość. Żyjemy w czasach, w których ludzie odwracają się od swobodnego życia wyobraźni. Uważają je za niebezpieczne, bo sytuacja na świecie się zaostrza i czują, że muszą być twardzi. To przejawia się choćby w powszechności tatuaży, gdzie nie chodzi tylko o estetykę, ale o komunikat, że doznałem bólu i go zniosłem. To niedobry marsz w stronę świata, który lekceważy wolność duszy, a kocha twardą pięść.

A ten opisany przez pana w książce „tatuaż podskórny”, noszony wewnątrz – czy można go rozumieć jako metaforę literatury, która ożywa pod wpływem emocji czytelnika?

Byłoby pięknie, gdybyśmy tak o niej myśleli. Literatura nie jest tylko pragmatycznym przygotowaniem do życia, a życiem równoległym. Potrzebują jej ci, którzy nie mieszczą się w sobie i szukają innego świata – czasem w religii, czasem właśnie w sztuce. Ktoś, kto czuje się w pełni domknięty w sobie, być może nie ma tej potrzeby.

W „Piratkach” główną rolę odgrywają trzy bohaterki: Inez, Bettina i Sandra, które razem tworzą portret kobiety totalnej.

Tę książkę napisałem z podziwu dla kobiet – mądrych, dobrych i pięknych. Bardzo imponuje mi kobieta mocna, która wie, o co jej w życiu chodzi i potrafi być z mężczyzną na zasadzie wzajemnego wsparcia.

Karol Kacperski

W pana pisaniu uderza zdolność przywoływania detalu. To bardziej pamięć czy już wyobraźnia?

Pamięć jest formą wyobraźni. Psychologia mówi, że to, w jaki sposób pamiętamy przeszłość, zależy od tego, w jakim aktualnie stanie jesteśmy. Jeśli ktoś ma rozbudowaną wyobraźnię, traktuje wspomnienie tylko jako pretekst, który potem wzbogaca.

Czyli źródłem twórczości pozostaje ta zdolność do marzenia, którą Miłosz nazywał „wewnętrznym dzieckiem”? Co to właściwie znaczy?

Człowiek umiera w chwili, gdy przestaje umieć marzyć, gdy marzenia zaczynają mu się wydawać głupstwem. Wtedy następuje moment „zdrewnienia”. Widzę na ulicach takie drewniane postacie, które mają poczucie, że wszystko jest już rozstrzygnięte i trzeba twardo stać na ziemi. To może pomagać w praktycznych działaniach, ale nie podnosi jakości życia. Ja bym się bardzo męczył na świecie, gdyby nie było alternatywnych światów budowanych przez pisarzy, filmowców, ludzi teatru, malarzy i muzyków.

Marzenie, wyobraźnia, alternatywne światy – wydaje się przeciwieństwem doświadczenia koszar. Jak pan je zniósł?

Nuda koszarowa to forma samobójstwa za życia. Widziałem tam, że przemoc wobec młodszych żołnierzy nie wynikała tylko z tradycji, ale z tej straszliwej jałowości wlokącego się czasu – dręczenie innych miało wypełnić pustkę. Wiele z tych doświadczeń przeniosłem do moich książek karaibskich, w których mój bohater również trafia do wojska.

Pojawia się tam też fascynacja bronią. To powrót do chłopięcych marzeń?

To archetyp męskiej mocy. Głównym przeżyciem chłopca jest poczucie bezsilności wobec świata dorosłych mężczyzn. Marzenie o uzbrojeniu jest przezwyciężeniem tej słabości. Pisząc i czytając powieść przygodową, wraca się do dzieciństwa. Do głosu dochodzi ten wewnętrzny chłopiec, który chce się poczuć silny.

W „Piratkach” najwyższym szczytem archipelagu jest Krystyna Lars. Czy żona jest w pana życiu tym jedynym, stałym punktem odniesienia?

Nasze małżeństwo zbudowaliśmy na młodzieńczej, studencko-uczniowskiej przyjaźni i wiele z tego w nas zostało. Uważam za wielką rzecz to, że mimo upływu lat, a niedługo będziemy mieli 80 lat, wciąż jest w nas tamten chłopiec i tamta dziewczyna. Nasza historia miała w sobie smak dawnego romansu – prawo nie pozwalało mi ożenić się z tak młodą kobietą, musiałem pisać podania do władz. Kierowało nami pragnienie uczuciowego bezpieczeństwa. Ten ślub miał dla nas znaczenie niemal magiczne – był deklaracją, że traktujemy siebie poważnie i chcemy być ze sobą długo. Bardzo mi się podobało, że ona też tak to widzi.

Czy ta relacja – zaczęta tak wcześnie – stała się z czasem formą schronienia przed światem?

Na całe szczęście – i to nie tylko moje doświadczenie – istnieje sfera życia prywatnego, w której ludzie się ukrywają, albo mają złudzenie, że się chowają, ale to nas trzyma przy życiu. To, że możemy spojrzeć sobie w oczy, dotknąć ręki kogoś, kogo się kocha, przytulić go, porozmawiać głęboko i serio, to są wielkie dary losu. Warunkiem jest jednak dobra atmosfera w związku, a z tym bywa różnie. Ludzie żyją razem, a tak naprawdę obok siebie, bo mają dzieci, interes, samochód, mieszkanie… To są związki wymuszone przez okoliczności. Wielką łaską losu jest, gdy ludzie się po prostu lubią.

Karol Kacperski

W tym roku będą państwo świętować 55. rocznicę ślubu. To wspólne życie i praca tworzą wasz własny, barwny archipelag?

Wspólna praca nas zbliża. Fundamentem naszej relacji jest jednak coś, co wynieśliśmy z domów: twardy etos pracy. Nasi rodzice należeli do przedwojennej generacji, która obowiązki zawodowe traktowała z najwyższą powagą. Moja mama skończyła elitarne liceum sióstr zakonnych, a potem była sanitariuszką w Armii Krajowej i w powstaniu warszawskim uratowała kilkaset osób. Ojciec skończył studia w Warszawie. Często myślę, czy potrafiłbym zachować się tak jak moi rodzice. Mam nadzieję, że chociaż trochę przesiąknąłem tym, co sobą reprezentowali. Życzę każdej młodej osobie takich rodziców, którzy wiedzą, czego chcą i są odpowiedzialni za siebie i dzieci. Nie chciałbym jednak, by brzmiało to tak, że jesteśmy małżeństwem idealnym. Raz jest słońce, a raz niepogoda. Ważne jednak, by mieć ten wspólny fundament, na którym można budować dalej.

Co niepokoi pana bardziej: pusta kartka czy ta ostatnia kropka, po której trzeba oddać książkę do druku?

Niepokoi mnie coś poważniejszego: moment, w którym – być może – nie będę już umiał niczego napisać. To budzi we mnie prawdziwy lęk. Dlatego czasem panicznie piszę i rysuję bardzo dużo, jakby w poczuciu, że jest jakaś meta.

Ma pan jednak w rodzinie piękny wzorzec długowieczności.

Tak, moja mama zmarła w wieku 95 lat i do ostatniej chwili była w znakomitej formie intelektualnej. Dzień przed śmiercią potrafiła wymienić całą dynastię Piastów Śląskich, bo bardzo interesowała się historią. Mówiła przepiękną przedwojenną polszczyzną, której zawsze jej zazdrościłem. Miejmy nadzieję, że może będę się tak dobrze sprawował jak ona.

Sesja została zrealizowana we wnętrzach Dworu Uphagena Arche w Gdańsku.