Barbara Markiewicz
Goldwasser i L’Entre Villes
Dwie ikony, jedna droga
Barbara Markiewicz
Goldwasser i L’Entre Villes
Dwie ikony, jedna droga
Goldwasser był początkiem — intuicyjnym, odważnym krokiem, podjętym w czasach, gdy gastronomia w Trójmieście dopiero uczyła się ambicji. Dziś L’Entre Villes w Sopocie jest definicją tej drogi: miejscem najbardziej osobistym, dopracowanym w najmniejszym detalu i wymagającym. To trzydzieści lat pracy wykonywanej bez fajerwerków, decyzji podejmowanych pod prąd i konsekwentnego budowania restauracji, które nie gonią trendów, lecz same je tworzą. Barbara Markiewicz, właścicielka obu konceptów, opowiada o jakości, która nie potrzebuje krzyku, o ludziach jako największym kapitale i o tym, dlaczego prawdziwy luksus w gastronomii zaczyna się od uważności – na miejsce, historię i gościa.
Śledząc pani karierę, trudno nie zapytać: jaką kobietą trzeba być, by w latach 90. z powodzeniem prowadzić restaurację bez wcześniejszego doświadczenia w gastronomii, a potem konsekwentnie rozwijać kolejne udane koncepty?
Kluczem okazały się determinacja, pasja i osobowość – ta ostatnia kształtowała się we mnie przez lata. Zdobyte wcześniej doświadczenia potrafiłam wykorzystać we właściwym momencie i w odpowiedni sposób. Pasja do gastronomii przyszła z czasem – to mój ostatni, ale trwający już blisko 30 lat etap zawodowej drogi. Wcześniej działałam w zupełnie innej branży, zajmowałam się eksportem stali, i również potrafiłam odnaleźć się w tej rzeczywistości. Nie boję się nowych wyzwań i zawsze staram się podchodzić do nich rzetelnie.
Co było wówczas pani największym kapitałem?
To połączenie umiejętności radzenia sobie z ludźmi i wyzwaniami, znajomości realiów oraz przepisów. Najważniejsza okazała się jednak rzetelność, którą ukształtował dom, rygorystyczne zasady wpojone przez szkołę i studia na dwóch kierunkach. Wsparła to jeszcze pierwsza praca w dużej korporacji handlu zagranicznego, gdzie wymagano bardzo wiele i systematycznie oceniano pracowników. W rezultacie w każdym prowadzonym biznesie mam jasne reguły, których ściśle się trzymam.
Eksport stali to dziś brzmi jak twardy, męski biznes. Na początku lat 90., w czasie gospodarczej transformacji, weszła pani właśnie w ten sektor. Skąd ta decyzja i… odwaga?
Wybór był naturalny – wynikał bezpośrednio z mojego doświadczenia w handlu zagranicznym, gdzie zajmowaliśmy się pośrednictwem w eksporcie stali i złomu. Gdy w 1991 roku rozpoczął się okres transformacji ustrojowej, razem z obecnym wspólnikiem podjęliśmy decyzję o stworzeniu własnej firmy zajmującej się pozyskiwaniem i eksportem stali oraz złomu. Był to wówczas duży, wymagający biznes, który z powodzeniem prowadziliśmy do 1998 roku. Kiedy rynek zaczął się dynamicznie zmieniać, a szczególnie po otwarciu się Rosji, świadomie zdecydowaliśmy się obrać inny kierunek rozwoju.
I tym nowym kierunkiem stało się gdańskie Długie Pobrzeże – miejsce, w którym narodził się Goldwasser?
Początkowo moja firma kupiła kamienicę na Długim Pobrzeżu z myślą o biurach, ale parter trzeba było sensownie zagospodarować. Rozważaliśmy różne opcje, aż ktoś podsunął pomysł bistro. W 1993 roku w tej części miasta praktycznie nie istniała gastronomia – działał może jeden bar. Tak powstało bistro Goldwasser. Początki były trudne, bo nie miałam żadnego doświadczenia w tej branży. Lokal urządziłam estetycznie, ale największym wyzwaniem okazało się menu. Pamiętam wizytę mamy, która przeraziła się, widząc braki w kuchni – poszła na halę, coś kupiła, coś ugotowała, a później nawet piekła mi różne ciasta. Tak właśnie wyglądały nasze pierwsze dni.




