„Chłopaki nie płaczą”?
O męskości bez masek
„Chłopaki nie płaczą”?
O męskości bez masek
Nie płaczą, nie proszą o pomoc, zaciskają zęby — aż do momentu, w którym wszystko się rozpada. O męskiej depresji, samotności, traumie międzypokoleniowej i emocjach tłumionych przez całe życie w bardzo osobistej rozmowie opowiada Marcin Dybuk, autor książki „Chłopaki nie płaczą, chłopaki z okien skaczą”. To rozmowa o tym, dlaczego mężczyźni tak długo udają, że „wszystko jest w porządku”, i co może się wydarzyć, kiedy wreszcie pozwolą sobie poczuć.
„Chłopaki nie płaczą, chłopaki z okien skaczą” to mocne, prowokacyjne połączenie. Dlaczego zdecydował się pan na tak kontrowersyjny tytuł?
Ten tytuł ma przykuć uwagę i wywołać emocje — zatrzymać czytelnika, zmusić go do refleksji. I to działa. Wbrew pozorom nie jest to książka o samobójstwach ani bezpośrednio o depresji. Depresja pojawia się tu raczej jako skutek czegoś znacznie głębszego: naszej nieumiejętności rozpoznawania i nazywania emocji. Przez lata zdenerwowanie i złość u mężczyzn miały społeczne przyzwolenie — „bo on tak ma”.
Pana książka, patrząc z perspektywy kobiecej, momentami wywołuje bunt przeciwko, być może pozornej, łatwości, z jaką mężczyźni się poddają, wolą odejść, zamiast stawić czoła trudnościom, gdy życie tego wymaga.
Kobiety rzeczywiście częściej i szybciej proszą o pomoc — od dzieciństwa nie słyszały przecież, że nie wolno im płakać. Mężczyzn natomiast przez lata uczono, że okazywanie słabości jest zagrożeniem: że świat ich za to ukarze, ośmieszy albo zniszczy. W efekcie wielu z nich zna dziś właściwie tylko jedno społecznie „dozwolone” uczucie — złość. To prowadzi do tłumienia emocji i nieustannego kumulowania napięcia. A ono prędzej czy później musi znaleźć ujście. Kryzys męskości pogłębia się także wraz z rozpadem dawnych ról, w których kobiety pełniły funkcję opiekunek — żon i matek jednocześnie. Dziś coraz częściej skupiają się na sobie, na własnym rozwoju, i bardzo słusznie. Problem polega na tym, że wielu mężczyzn nie dostało żadnej alternatywy ani narzędzi, by odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości.
Jednak ta potrzeba posiadania opiekunki często zderza się z buntem — w końcu „jedną matkę już mam”.
To dotyka szerszego problemu. Kobiety naturalnie wchodzą w tę rolę, bo tak zostały wychowane w tradycyjnym schemacie społecznym. Jeśli pojawia się bunt, z perspektywy autora to bardzo dobrze. Najważniejsze jest uświadomienie sobie tego mechanizmu i rozpoczęcie zmiany. To nie wydarzy się z dnia na dzień — potrzeba na nią czasu: tygodni, miesięcy, a czasem lat.
I temu ma służyć pana książka?
To przede wszystkim głos skierowany do mężczyzn. Zależało mi, by książka miała wymiar edukacyjny. Dlatego składa się z dwóch części. Pierwsza ma charakter reporterski i zawiera historie ośmiu mężczyzn — w tym moją — którzy przeszli przez różne kryzysy: depresję, alkohol, uzależnienie od hazardu czy sportu. Druga część jest poradnikowa i dotyczy emocji oraz traumy, tematów, które regularnie pojawiają się także w męskich kręgach, w których uczestniczę.




