„Chłopaki nie płaczą”?

O męskości bez masek

Dawid Linkowski

Nie płaczą, nie proszą o pomoc, zaciskają zęby — aż do momentu, w którym wszystko się rozpada. O męskiej depresji, samotności, traumie międzypokoleniowej i emocjach tłumionych przez całe życie w bardzo osobistej rozmowie opowiada Marcin Dybuk, autor książki „Chłopaki nie płaczą, chłopaki z okien skaczą”. To rozmowa o tym, dlaczego mężczyźni tak długo udają, że „wszystko jest w porządku”, i co może się wydarzyć, kiedy wreszcie pozwolą sobie poczuć.

„Chłopaki nie płaczą, chłopaki z okien skaczą” to mocne, prowokacyjne połączenie. Dlaczego zdecydował się pan na tak kontrowersyjny tytuł?

Ten tytuł ma przykuć uwagę i wywołać emocje — zatrzymać czytelnika, zmusić go do refleksji. I to działa. Wbrew pozorom nie jest to książka o samobójstwach ani bezpośrednio o depresji. Depresja pojawia się tu raczej jako skutek czegoś znacznie głębszego: naszej nieumiejętności rozpoznawania i nazywania emocji. Przez lata zdenerwowanie i złość u mężczyzn miały społeczne przyzwolenie — „bo on tak ma”.

Pana książka, patrząc z perspektywy kobiecej, momentami wywołuje bunt przeciwko, być może pozornej, łatwości, z jaką mężczyźni się poddają, wolą odejść, zamiast stawić czoła trudnościom, gdy życie tego wymaga.

Kobiety rzeczywiście częściej i szybciej proszą o pomoc — od dzieciństwa nie słyszały przecież, że nie wolno im płakać. Mężczyzn natomiast przez lata uczono, że okazywanie słabości jest zagrożeniem: że świat ich za to ukarze, ośmieszy albo zniszczy. W efekcie wielu z nich zna dziś właściwie tylko jedno społecznie „dozwolone” uczucie — złość. To prowadzi do tłumienia emocji i nieustannego kumulowania napięcia. A ono prędzej czy później musi znaleźć ujście. Kryzys męskości pogłębia się także wraz z rozpadem dawnych ról, w których kobiety pełniły funkcję opiekunek — żon i matek jednocześnie. Dziś coraz częściej skupiają się na sobie, na własnym rozwoju, i bardzo słusznie. Problem polega na tym, że wielu mężczyzn nie dostało żadnej alternatywy ani narzędzi, by odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości.

Jednak ta potrzeba posiadania opiekunki często zderza się z buntem — w końcu „jedną matkę już mam”.

To dotyka szerszego problemu. Kobiety naturalnie wchodzą w tę rolę, bo tak zostały wychowane w tradycyjnym schemacie społecznym. Jeśli pojawia się bunt, z perspektywy autora to bardzo dobrze. Najważniejsze jest uświadomienie sobie tego mechanizmu i rozpoczęcie zmiany. To nie wydarzy się z dnia na dzień — potrzeba na nią czasu: tygodni, miesięcy, a czasem lat.

I temu ma służyć pana książka?

To przede wszystkim głos skierowany do mężczyzn. Zależało mi, by książka miała wymiar edukacyjny. Dlatego składa się z dwóch części. Pierwsza ma charakter reporterski i zawiera historie ośmiu mężczyzn — w tym moją — którzy przeszli przez różne kryzysy: depresję, alkohol, uzależnienie od hazardu czy sportu. Druga część jest poradnikowa i dotyczy emocji oraz traumy, tematów, które regularnie pojawiają się także w męskich kręgach, w których uczestniczę.

Czym są męskie kręgi?

To spotkania, które dają mężczyznom przestrzeń, by po prostu pobyć ze sobą. Zaczynają się od pytania: „z czym dzisiaj przychodzisz?”. Rolą moderatora jest zauważenie powtarzających się tematów i wniesienie ich na forum grupy. Uczestnicy mają wtedy możliwość wypowiedzi w bezpiecznej przestrzeni — bez komentowania, oceniania czy udzielania rad. Mówi się wyłącznie o własnych uczuciach.

Co realnie dają mężczyznom męskie kręgi?

Przykładem jest Marek, który po ośmiu–dziewięciu tygodniach udziału w warsztatach i kręgach poczuł się na tyle wzmocniony, że sam założył grupę spotkań dla osób samotnych — kobiet i mężczyzn. Na pierwsze spotkanie przyszło aż 35 osób.

Które tematy powtarzają się najczęściej?

Nieumiejętność wyrażania emocji oraz trudności w budowaniu relacji — z kobietami i z dziećmi. To trzy kluczowe problemy, które kładą się cieniem na wielu mężczyznach.

I jak oni sobie z nimi radzą?

Najczęściej obwiniają samych siebie. Jeśli relacja z dzieckiem jest trudna, mężczyzna zwykle bierze całą winę na siebie, nie uwzględniając tego, że nigdy nie został wyposażony w narzędzia do budowania takich relacji. Nikt go tego nie nauczył — ani rodzice, ani szkoła, ani Kościół. Żyje więc może niedoskonale, ale najlepiej, jak potrafi.

Początkowo miała to być forma e-booka. Kiedy zapadła decyzja o wydaniu drukowanym?

Na początku rzeczywiście myślałem o e-booku, zakładając, że mężczyźni będą chcieli czytać go dyskretnie. To żona, syn, a później także uczestnicy męskich kręgów zasugerowali wydanie drukowane — po to, by móc obdarowywać książką innych. I dokładnie to dziś się dzieje.

Efekt kuli śniegowej?

Tak, wokół tej książki dzieje się dużo dobrego. Wiele osób, które utożsamiają się z jej ideą, zaoferowało pomoc. Fotograf Jacek Poręba podarował zdjęcie na okładkę, a ilustratorzy — Ania Kędzierska i Maciek Cichocki — początkowo pracowali pro bono. Ostatecznie udało się zebrać środki, by wszystkich opłacić. Ten proces wciąż trwa: Fundacja LPP wsparła dodruk i promocję książki, a kolejne osoby zaoferowały studio oraz sponsora nagrania audiobooka. Równolegle pojawiają się nowe pomysły — workbooki oparte na książce, czy jej skrócona wersja dla młodzieży.

Czy spodziewał się pan tak silnego odzewu?

Absolutnie nie. Gdyby ktoś powiedział mi, że pierwszy nakład sprzeda się w ciągu dziewięciu dni, nie uwierzyłbym. Dostaję wiele sygnałów, że ta książka jest potrzebna i ważna — mężczyźni piszą, że popłakali się podczas lektury. To dla mnie dowód, że spełnia swój cel: uruchamia emocje i zaprasza do trudnej, ale uczciwej podróży w głąb siebie, która może prowadzić do lepszego życia.

Przemawia przez pana osobiste doświadczenie?

Tak. Zajęło mi dużo czasu, by zrozumieć i wybaczyć mojemu ojcu, że był najlepszą wersją siebie, na jaką było go stać — nawet jeśli była słaba. Nic więcej nie mógł zrobić, bo nikt go tego nie nauczył.

Kiedy zaczął pan to wszystko analizować, a w rezultacie zdecydował się o tym napisać?

Nie było jednego, konkretnego momentu. Kluczową rolę odegrała moja żona, Aldona — bez niej nie byłbym w tym miejscu i ta książka nie powstałaby w takiej formie. Podziwiam ją za to, że po latach pracy w PR-ze, po czterdziestce, zdecydowała się zmienić swoje życie i została psychoterapeutką. Spędziliśmy wiele godzin na rozmowach o życiu, które w dużej mierze ukształtowały tę książkę. Aldona napisała nawet jeden z rozdziałów.

W książce wspomina pan jednak o jednym bardzo emocjonalnym momencie.

Przełom nastąpił w moje czterdzieste urodziny, gdy mój ojciec trafił do szpitala. Zapytałem go wtedy: „dlaczego mnie nie kochałeś?”. W odpowiedzi po jego policzku spłynęła łza. W tej chwili zrozumiałem, że mnie kochał. Przez całe życie próbowałem na tę miłość zasłużyć. Dorastałem w domu, w którym ojciec nie okazywał emocji i był słabo obecny — cały ciężar wychowania spoczywał na mamie. Dopiero po latach uświadomiłem sobie, że on po prostu nie był tego nauczony. Dla mojego dziadka, który przeżył wojnę i głód w obozie pracy, najważniejsze było zapewnienie rodzinie bytu.

Można powiedzieć, że ta łza była początkiem…

Tak. Ta łza zaczęła drążyć skałę zbudowaną wokół mnie. Później przyszła depresja — przez zbyt długi czas byłem „twardy”. Żona namawiała mnie, żebym poszedł do psychiatry, ale odmawiałem, znajdując pseudorównowagę w pracoholizmie. Po pierwszej wizycie poczułem ogromną ulgę — wszystko z siebie wyrzuciłem i to wystarczyło na kilkanaście miesięcy. Na terapię trafiłem po trudnym wydarzeniu osobistym i dopiero tam zderzyłem się ze ścianą. Psychoterapeuta skierował mnie do psychiatry z podejrzeniem depresji. W terapii zostałem przez cztery i pół roku.

Co było dalej?

W pewnym momencie zacząłem nagrywać podcast „Podróż do męskości” i rozmawiać z mężczyznami — bardzo często pojawiały się wątki depresji, alkoholizmu i innych kryzysów. Kiedy publicznie przyznałem się do własnej depresji i półrocznego zniknięcia, okazało się, że takich historii jest znacznie więcej. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl o książce i potrzebie pomagania innym. Pierwotnie miała nosić tytuł „Czego nas, mężczyzn, nie nauczono”, ale ostatecznie — zainspirowany zdjęciem otrzymanym od koleżanki — zdecydowałem się na obecny, mimo głosów, że jest zbyt mocny. Zaufałem też sobie w kwestii podtytułu „Poradnik ratujący życie” — chodzi zarówno o życie fizyczne, jak i emocjonalne.

Przytacza pan dramatyczne statystyki: w Polsce około 12 mężczyzn dziennie popełnia samobójstwo, mężczyźni podejmują 10 tysięcy z 15 tysięcy rocznych prób, a w grupie wiekowej 15–29 lat jest to najczęstsza przyczyna śmierci. Skąd tak wysokie wskaźniki?

Mężczyźni są zadaniowcami — kiedy coś postanowią, często doprowadzają to do końca. Rzadziej też sygnalizują, że jest im źle i rzadziej proszą o pomoc. Emocje tłumione przez lata nie znikają, tylko kumulują się, aż dochodzi do momentu krytycznego. Brakuje wcześniejszej reakcji, rozmowy, wsparcia — a wtedy bywa już za późno.

Czy obniżenie tych danych to pana osobista misja?

Tak, choć mam świadomość, że statystyki mogą się jeszcze pogorszyć. Całe moje dotychczasowe życie w pewnym sensie mnie do tego przygotowało — dziennikarstwo, żeby nauczyć się pisać, choroba, żeby wiedzieć, o czym mówię, i codzienność z trójką dzieci, która dała mi praktykę, a nie teorię. Jestem też trzydzieści lat po ślubie i razem z żoną przygotowujemy warsztaty dla par o tym, jak zakochać się w sobie na nowo. Poruszam się więc w obszarach kluczowych dla wielu mężczyzn: kryzysów emocjonalnych, relacji z dziećmi i z kobietami. Dziś wielu trzydziesto- i czterdziestolatków łatwo rezygnuje ze związków, a tymczasem dobrze przepracowany kryzys może być realną szansą.

I tak stał się pan — jak sam pan mówi — psychoedukatorem. Czyli kim?

Osobą, która edukuje ludzi w obszarze ich wnętrza i świata emocji. Moim celem jest podnoszenie inteligencji emocjonalnej w Polsce, która wciąż jest na bardzo niskim poziomie. Chcę uświadamiać, że emocje odgrywają w naszym życiu kluczową rolę, a my często je lekceważymy. To nasz wewnętrzny GPS, z którego powinniśmy nauczyć się korzystać. Mamy cztery podstawowe emocje i wiele pochodnych: strach informuje o zagrożeniu, smutek o stracie, złość o przekraczaniu granic, jest też radość — z której również rzadko korzystamy.

Jak to nie korzystamy?

Radość informuje nas, że coś się udało, że wydarzyło się w naszym życiu coś dobrego. Dzięki temu zapamiętujemy drogę do tego stanu i możemy do niej wrócić, gdy jest gorzej. Problem w tym, że rzadko w pełni z tego mechanizmu korzystamy. Moją rolą jako psychoedukatora jest pokazywanie, jak pracować z emocjami i pozwalać im swobodnie przepływać przez ciało — tak, by stawać się lepszymi dla samych siebie.

Jest chyba o czym edukować — choćby w kontekście depresji, nazywanej „najbardziej uśmiechniętą chorobą”. Pisze pan, że u mężczyzn bywa ona bardziej ukryta i może objawiać się rozdrażnieniem, frustracją, a nawet agresją. Dlaczego?

Częściowo wynika to z biologii i społecznych przyzwyczajeń. Mężczyzna, jako ten „twardy” i „silny”, ma większe przyzwolenie na agresję, która bywa też formą obrony. Kiedy coś nam nie wychodzi, pojawia się złość — a w chorobie dodatkowo frustruje fakt, że nagle przestajemy być sobą.

W książce przeplatają się bardzo osobiste historie mężczyzn. Jak blisko musiał pan być tych dramatycznych wyznań — choćby takich, jak: „Doskonale wiedziałem, jaki sznur dla mojej wagi przerwie rdzeń kręgowy”?

Dziś już bym tego fragmentu nie umieścił. Pisanie o metodach może prowadzić do tzw. syndromu Wertera, dlatego książka nie może trafić do szkół. Jednocześnie ważne jest dla mnie to, że opisuję historie mężczyzn, którzy wyszli z kryzysu. Chodzi o pokazywanie, że pomoc jest możliwa i że z najtrudniejszych momentów można wyjść — i właśnie takie przykłady mają realną wartość.

Uderzyła mnie myśl jednego z bohaterów, by w samobójstwo „włączyć” także partnerkę i psa. Trudno mi to zrozumieć.

Trzeba pamiętać, że mózg osoby chorej na depresję znajduje się w głębokim kryzysie i funkcjonuje inaczej. Pojawia się zniekształcone myślenie: „jeśli zniknę, problemy się skończą — a zabierając ze sobą najbliższych, oszczędzę im cierpienia”. To oczywiście dramatycznie błędna logika, ale dla osoby w ciężkiej depresji bywa wewnętrznie spójna. Wbrew pozorom ludzie planujący samobójstwo często nie kierują się egoizmem — bardzo często myślą o bliskich. Dlatego zamiast osądzać, trzeba próbować zrozumieć mechanizm choroby i reagować możliwie wcześnie.

Jak te historie do pana trafiały?

Mężczyźni sami do mnie przychodzili, a lawinę uruchomił Jakub Krzyżak. Po przeczytaniu jego postu na Instagramie, w którym przyznał się do alkoholizmu i depresji, zaprosiłem go do podcastu. Po tej rozmowie zaczęli odzywać się kolejni mężczyźni z podobnymi problemami.

To musi być ogromna odwaga.

Pamiętam, jak bardzo się wzruszyłem, słuchając trzech bohaterów czytających fragmenty książki podczas wieczoru autorskiego. Każdy z nich miał myśli samobójcze, a ich świadectwa mają ogromną siłę. Mężczyźni mówią potem: „ku***, to nie tylko ja — można przez to przejść i żyć dobrze”. Co więcej, moi bohaterowie polubili siebie właśnie za to, że przeszli przez kryzys i stanęli na nogi. Jestem im ogromnie wdzięczny, bo to świadectwa zwykłych ludzi nadają tej książce prawdziwą moc.

Z tych historii i reakcji mężczyzn wyłania się jeszcze jeden problem — samotność. To dziś jedno z największych zagrożeń?

Tak, samotność staje się jednym z kluczowych problemów XXI wieku. Dotyczy już nie tylko seniorów, ale także ludzi w sile wieku — trzydziesto- i czterdziestolatków. Związki coraz szybciej się rozpadają, a wiele osób zostaje z tym zupełnie samych. Dlatego statystyki najpewniej nie będą się poprawiać — samotność będzie jedną z głównych przyczyn psychicznego przeciążenia i kryzysów.

A trauma międzypokoleniowa?

Trauma międzypokoleniowa to lęki i doświadczenia, które są nieświadomie przekazywane kolejnym pokoleniom. W mojej rodzinie dotyczyło to dziadka, który przeżył wojnę w obozie pracy, ukrywał swoje żydowskie pochodzenie i doświadczył głodu. Ten strach — przed brakiem jedzenia, przed zagrożeniem, a także potrzeba ciągłego oszczędzania zamiast pozwalania sobie na przyjemności — przeszedł na mojego ojca, a potem na mnie. Nieświadomie zajadałem emocje, bałem się wielu rzeczy i żyłem w przekonaniu, że cały czas trzeba oszczędzać. To była „mała” trauma, ale dobrze pokazuje, jak nawet subtelne doświadczenia mogą kłaść się cieniem na całej rodzinie. A jeśli tak działają mniejsze traumy, to tym bardziej te znacznie cięższe.

Takie jak wojna?

Tak. Przeżycia wojenne odzywały się w starszych ludziach po wybuchu wojny w Ukrainie, wróciły lęki na dźwięk wybuchów, alarmów. Zresztą zarówno Rosjanie, jak i Ukraińcy będą się mierzyli z PTSD, a straumatyzowani mężczyźni przeniosą tę traumę na swoich najbliższych.

Jednak trauma nie zawsze musi być spektakularnym doświadczeniem. Czym jest trauma relacyjna, ta przez „małe t”?

Tu kluczowe znaczenie ma relacja z ojcem. Tymczasem dzisiejsi czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie to często pokolenie wychowywane głównie przez matki, z nieobecnymi ojcami. Brak tego fundamentu bardzo wyraźnie rzutuje na całe późniejsze życie mężczyzn — na ich relacje, poczucie bezpieczeństwa i sposób funkcjonowania w świecie.

Pisze pan, że każdy z nas potrzebuje swojej „góry” — miejsca, w którym można oddychać pełną piersią i przestać uciekać od myśli. Co dla pana jest takim miejscem?

Na szczęście w moim przypadku może to być właściwie każde miejsce, w którym się zatrzymam i zacznę medytować. Lubię usiąść, zapalić świeczkę — często przed ikoną Chrystusa, którą szczególnie cenię — zamknąć oczy i po prostu oddychać. Zresztą podobnego zatrzymania uczę też podczas męskich kręgów.

Jaką jedną, realną zmianę chciałby pan, żeby ta książka uruchamiała w ludziach?

Chciałbym zostawić mężczyzn z prostym pytaniem: „kim jestem?”. To zaproszenie do zatrzymania się i poznania siebie — zobaczenia, jacy naprawdę jesteśmy i z czego się składamy. To dopiero pierwszy krok, ale bez niego żadna zmiana nie jest możliwa.

Warto podkreślić, że to nie jest książka wyłącznie dla mężczyzn.

Zdecydowanie nie — to książka dla wszystkich. Zawsze powtarzam: drogie panie, czytajcie ją, żeby lepiej zrozumieć swoich mężczyzn. A kiedy pojawi się zrozumienie, łatwiej się z nimi żyje — i łatwiej też… podsunąć im tę książkę.

A czego chcą współczesne kobiety w kontekście męskości?

Na to pytanie odpowiada moja żona, Aldona, w ostatnim rozdziale książki, opierając się na wynikach naszej ankiety. Kobiety chcą mężczyzn wrażliwych — ale nie słabych. Chodzi o mężczyzn, którzy mają dostęp do swoich emocji, a jednocześnie potrafią się kobietami zaopiekować. Nadal ważne są też drobne, tradycyjne gesty, jak ustąpienie miejsca czy zapłacenie rachunku — choć oczywiście są wyjątki. W gruncie rzeczy kobiety chcą czuć się zaopiekowane, docenione, zauważone i wysłuchane. Bardzo się staram, by tak czuła się Aldona — a to wcale nie jest proste.