Współczesna moda wśród młodych ludzi przechodzi kolejny swoisty kolaż. Kolaż wszystkiego, co do siebie nie pasuje. Czy w efekcie otrzymujemy kolaż brzydoty, kiczu i bezguścia? Jeśli ktokolwiek próbuje doszukać się w tym jakiś inspiracji, to mocno się pomyli. Mam na myśli modę ulicy, która nie ma nic wspólnego z tą butikową, która jest konserwatywna bardziej niż kościół.
Moda ulicy jak zawsze mocno powiązana jest z rynkiem muzycznym. Na scenach kolejni artyści wyznaczają trendy, uważnie podpatrując domowych specjalistów, aby to wszystko potem „stjuningiwać” na język sceny. Będąc w jądrze tego zjawiska mogę je obserwować każdego dnia. Nie robię min, podziwiam, resetuję umysł i próbuje łapać kropki. Subkultury zawsze szokowały i dalej szokują ulicę. Współczesna subkultura streetu jest najbardziej wyrazista od co najmniej dwóch dekad. Poszczególne elementy garderoby weszły w portfolia największych marek na świecie. Na salony wjechał tuning kultowych modeli obuwia sportowego. Ceny tych butów sięgają kilku, a nawet kilkunastu tysięcy. Kiedy obserwuję przykłady osób z mojego otoczenia, zawsze przez chwilę próbuję złapać wspólny mianownik dzisiejszego outfitu. I wniosek jest zawsze ten sam. Im bardziej coś do siebie nie pasuje, tym lepiej. W zasadzie, gdyby porównać ten styl do składników naszych potraw, to jedzenie byłoby zawsze niestrawne. Ale ta moda jest strawna, jeśli otworzysz mocno swoją wyobraźnie. Ta moda trochę wyraża osoby, ale nie do końca tak jest, gdyż w jednym szeregu stoi również totalna prostota. Zwykły t-shirt, tanie spodnie i tenisówki, a w to wszystko odziany jest np. bardzo wzięty grafik lub dj. W sumie to największą radość sprawia mi obserwowanie nie samej mody, a zdziwionych konserwatystów modowych. Ostatnio podczas komentowania wyglądu jednego z moich znajomych pozwoliłem sobie zakomunikować bywalcom Klifu, iż to co ten gość ma na sobie ma wartość kilkunastu tysięcy. Jeśli byłaby zima to trzeba jeszcze dodać kurtkę za drugie tyle. Podczas otwarcia kolejnego sezonu na Ulicy Elektryków bardzo wnikliwie obserwowałem przybyłych gości. W zasadzie nic szokującego. Jedynym wspólnym mianownikiem była młodość i luz. Zastanawiałem się też - to, gdzie te dziewczyny z wyeksponowanymi biustami, ustami i rzęsami, które pod ciężarem tuszu muszą kiedyś odpaść? Ach, i gdzie ci piękni, muskularni i ładnie ubrani chłopcy, których religią jest tylko sukces? Otóż na innym akwenie. Wróćmy zatem na street. Omawiana moda jest przede wszystkim odważna. Wszystko, co szokujące wymaga odwagi i oczywiście kreacji. Nie jestem specjalistą od marek modowych, ale wiem, że na salonach mody od dawna funkcjonuje Vivienne Westwood, która miała ogromny wpływ na subkulturę punk i nową falę. Jestem w stanie sobie tylko wyobrazić jej początki w latach 80. I w zasadzie do końca życia nie przestała szokować. Sam nigdy nie byłem twarzą szokujących ubrań. Prostota jest dla mnie pierwszym wyborem. To czy mam na sobie coś markowego czy taniego nie ma dla mnie znaczenia. Cieszę się, że nie muszę codziennie o tym myśleć, podążać za trendami, których nie znoszę najbardziej. Ale lubię patrzeć na odważnych i cieszę się, że dziś ten trend jest blisko mnie i ma się coraz lepiej. Pamiętam jak jeszcze nie tak dawno szydzono z chłopaków w tzw. rurkach. Przyznam szczerze, że do dziś nie wiem skąd wzięła się ta szydera. Ot kolejna subkultura hipsterów i tyle.
Berlinem to my nie jesteśmy, ale jesteśmy Gdańskiem, miastem aspirującym i będącym już w ekstraklasie miast, w których warto żyć. Mentalnie jeszcze daleko do westu, ale fajnie jest oglądać kolorowych ludzi w kawiarniach, na ulicy i w klubach. Moda ulicy to swego rodzaju kod lub informacja. Czy ci najbardziej „stjuningowani” mają łatwo w prozie normalnego życia? Myślę, że nie. Dowodem tego są relacje z wielu wydarzeń w lokalnych mediach i tony komentarzy, które w sposób niewybredny oceniają ludzi w nich uczestniczących. Wciąż jesteśmy społeczeństwem nietolerancyjnym, gdzie mental epoki Gierka dominuje. Ale mamy już wspomniane kawiarnie, kluby, popularne streetowe miejscówki i chociaż tam możemy poczuć się jak w domu.




