Pierwszych godzin Nowego Roku nie witamy hukiem korków od szampana, lecz masowym przebudzeniem moralnym. To moment, w którym społeczeństwo zachowuje się tak, jakby ktoś w sylwestrową noc rozpylił nad krajem mgłę zbiorowego, intensywnego samoudręczenia. Jeszcze ostatniej nocy roku nikt nie myśli o restrykcjach, detoksach ani bieganiu o szóstej rano. Ludzie budzą się pierwszego stycznia i nagle odkrywają, że mają ciało. Nagle miliony ludzi patrzą na swoje odbicie w lustrze, jakby to nie oni zjedli w grudniu pół lodówki i całego bałwana z makowca. Nagle przechodzą na tryb nowego życia. Zaczyna się sezon na radykalne decyzje, heroiczne gesty i samozaparcie, które trwa mniej więcej tyle, ile pierwsza w tym roku partia postanowień — czyli do trzeciego tygodnia stycznia.
Właśnie wtedy rodzi się kult cierpienia. Dieta staje się religią i wkraczają do naszego życia aplikacje liczące kalorie, wagi łazienkowe o osobowości sadysty oraz listy zakazów, które brzmią jak regulamin obozu przetrwania. Z rozmów przy stole znikają normalne zdania — coś w stylu: „co dzisiaj zjemy?”. Zastępują je komunikaty operacyjne i deklaracje ideologiczne. Węglowodany stają się rakiem, gluten zabija, a cukier to diabeł wcielony. Najbardziej zadziwiające jest to, że ludzie wypowiadają te zdania z przekonaniem, jakby nagle odkryli tajemnice długowieczności, a przecież jeszcze tydzień wcześniej wciągali pierogi, makowiec i rybę po grecku bez mrugnięcia okiem.
Ale powiedz komukolwiek w styczniu słowo „dieta”, a natychmiast zacznie traktować jedzenie jak problem moralny. Jakby zjedzenie kawałka chleba było początkiem spirali życiowego upadku. Jakby kawałek czekolady oznaczał zdradę własnego ciała, a makaron był co najmniej aktem sabotażu społecznego. Ludzie wymyślają sobie zasady, których nie powstydziłby się średniowieczny zakon. Wszystkie te systemy odchudzania działają wyłącznie wtedy, gdy człowiek potrafi połączyć zdrowy rozsądek z odrobiną ironii wobec siebie — ale w styczniu zdrowego rozsądku brakuje najbardziej.
Najpierw przychodzi faza euforii. Zaczynamy gorączkowe poszukiwania idealnego planu, pierwszego, który obiecuje cuda. Reżim tysiąca kalorii, kuracja sokowa albo post przerywany, brzmiący dumnie jak nowa filozofia życia. Dochodzi do tego tryb bezglutenowy u osoby, która w ogóle nie wie, czym jest gluten, ale wszyscy mówią, że szkodzi. Albo życie bez węglowodanów, bo kolega schudł pięć kilogramów — nie dodając tylko, że trzy z nich w trakcie rozwodu.
Człowiek, który przez cały grudzień jadł jak król, nagle wcina sałatę, popija ją wodą z plastrem cytryny i udaje, że jest szczęśliwy. A jest szczęśliwy mniej więcej tak, jak człowiek stojący na mrozie w kolejce do urzędu, bo zapomniał hasła do profilu zaufanego. Schemat jest zawsze ten sam: pobudka rano, na śniadanie miska czegoś zielonego, co smakuje jak przeżuty trawnik. W połowie dnia przychodzi osłabienie, ale wszyscy wiedzą, że to organizm się oczyszcza. Nie — to organizm zastanawia się, dlaczego go nienawidzisz. Wieczorem przychodzi ochota na zjedzenie całej lodówki, łącznie z tymi produktami, które od roku leżą na półce i na pewno do czegoś się przydadzą. Nagle baton energetyczny sprzed pandemii wygląda jak przysmak bogów.
Potem pojawia się detoks — arcydzieło marketingowej manipulacji. Detoks w naszym kraju to nie program żywieniowy, to stan psychiczny. To przekonanie, że człowiek jest tak zatruty sernikiem, karpiem i makowcem, że tylko sok z selera jest w stanie go ocalić. Kupują więc ludzie te soki w plastikowych buteleczkach, które wyglądają jak próbki z laboratorium. Piją je, robiąc skrzywioną minę, i mówią z przekonaniem: „czuję, jak toksyny wychodzą”. Owszem, wychodzą — razem z dobrym humorem, stabilnością psychiczną i chęcią życia.
Po trzech dniach detoksu człowiek zaczyna śnić o rosole. Po czterech zaczyna szukać w Google informacji, czy detoks może wywołać agresję. Po czterech przestaje odpowiadać na wiadomości. Piątego dnia wraca do lodówki i je wszystko, co wpadnie w ręce. Zaczynając od sera, kończąc na pierogach, które miał zamrożone na czarną godzinę — a czarna godzina właśnie nadeszła.
W międzyczasie siłownia. Ach, te styczniowe siłownie. Największe widowisko po Eurowizji.Tłumy ludzi, którzy jeszcze w grudniu nie potrafili wstać z kanapy bez jęku, nagle podnoszą ciężary jak bohaterowie filmów akcji. Nowe legginsy, nowe buty, nowy bidon, technika przysiadu tak niepewna, że nawet kręgosłup delikwenta zaczyna recytować testament tego koszmaru. Ktoś inny biegnie na bieżni, ale z miną zdradzającą, że właśnie wątpi w sens istnienia. Najlepsze jest jednak to, jak bardzo ludzie próbują to wszystko dokumentować. Zdjęcie w windzie, zdjęcie na macie, zdjęcie przy ciężarkach, zdjęcie potu. Pot, który bez filtra wygląda jak pot, ale na Instagramie staje się symbolem przemiany duchowej. No i tak do trzeciego tygodnia, potem formę robi co najwyżej pizza. Zadziwiające jest to, że człowiek na siłowni w styczniu nie ćwiczy dla zdrowia. On ćwiczy dla dowodu osobistego w postaci selfie. Jeśli nie wrzuci zdjęcia, trening się nie liczy. Nawet jeśli spocił się jak piec konwekcyjny i ledwo przeżył serię półprzysiadów, bez relacji jego wysiłek ma status zdarzenia niebyłego.
Najgłębszą ironią jest to, że cały ten styczniowy heroizm ma bardzo krótkie życie. Nadchodzi nieubłaganie moment załamania. Człowiek idzie spać zmęczony, budzi się głodny i nagle czuje, że nie ma już siły udawać. Nie ma siły mówić, że dieta jest fajna, a detoks oczyszczający. Nie ma siły udawać, że siłownia go motywuje, skoro przy każdym wchodzeniu po schodach czuje, że jego uda złożyły wypowiedzenie.
Wtedy właśnie dochodzi do kulinarnego przełomu. Otwarcie lodówki, złamanie postanowień. Pierwsza kromka chleba, która smakuje jak objawienie. Pierwszy posiłek, który przypomina człowiekowi, że życie ma smak. Człowiek wraca do siebie. Wraca do tego, że jedzenie jest przyjemnością, a nie projektem. I że dieta, która wymaga cierpienia, nie jest dietą, tylko torturą. Cały noworoczny kult cierpienia opiera się na jednym fundamentalnym kłamstwie — że trzeba cierpieć, żeby być zdrowym. Im gorzej smakuje posiłek, tym lepiej działa. To absurd. Jeśli coś smakuje jak kara, zwykle nią jest. Jeśli dieta sprawia, że człowiek marzy o kebabie bardziej niż o awansie, to nie jest plan żywieniowy, tylko stan kryzysowy.
Jedzenie nie jest wrogiem. Wrogiem są mody, które każą traktować normalny obiad jak grzech ciężki. Wrogiem są ludzie w internecie, którzy wmawiają innym, że jeśli twoja sałatka ma sos, to jesteś kulinarnym degeneratem. Wrogiem jest aplikacja, która każe ci liczyć migdały, jakby planowały zamach na twoją sylwetkę.
Życie ma smakować. Ma być zdrowe, lekkie i rozsądne, ale nie powinno boleć. Posiłki nie są narzędziem tortur, a dieta nie powinna przypominać odsiadki. Jeśli coś naprawdę warto postanowić w Nowym Roku, to tylko fakt, że należy mieć z jedzeniem zdrową, normalną, ludzką relację. Resztę można sobie odpuścić. Jedyne, czego potrzebujemy w styczniu, to nie nowego życia — tylko trochę więcej rozsądku i dobrego pokarmu dla duszy i ciała.




