Choroba pierwsza: niedowartościowanie

Wyczekujemy zlecenia marzeń o nieograniczonym wręcz budżecie i dowcipnego Inwestora, który zna naszą wartość lepiej od nas, a jej udowadnianie pozostaje na nim, a nie na nas. Ta nieznośna lekkość bytu, gdy ktoś udowadnia nam, jak jesteśmy wielcy, a my z grzeczności nie zaprzeczamy. Spotkanie z takim Inwestorem nas inspiruje, uzdrawia, a on leczy nasze kompleksy sięgające czasów, gdy nikt nie rozumiał naszych rysunków tworzonych w ostatniej ławce podejrzanej podstawówki. Rozkoszujemy się komplementami, wierząc, że to, co uprawiamy, to nie usługa, lecz sztuka. A nawet sztuka czysta, niczym wódka, od której nie stronimy.

Choroba druga: brak dystansu do siebie

Ten felieton jest treningiem, sprawdzeniem sił. Możliwością zmierzenia się z mrocznymi demonami, które zbyt często wychodzą na światło dzienne. O nas nawet nikt nie wymyśla dowcipów. Stańmy w prawdzie: nasza branża jest w kryzysie, jako grupa zawodowa nie mamy na siebie pomysłu, a w Polsce architektura jest brzydka. Przestańmy się puszyć w pogoni za konkursami, które kupujemy, by okrzyknięto nas najpiękniejszymi architektami świata.

Chorobą trzecia: megalomania

Ciężko nam rozmawiać z innymi o tym, czym jest dobra twórczość, bo przecież wiemy lepiej. Nawet nie musimy wiedzieć — my to czujemy. Czujemy całym sobą, że po raz pierwszy w historii świata niesiemy oświeconą prawdę o tym, czym jest dobra architektura. I choć nie piszemy manifestów niczym Bauhaus, to jest to wyłącznie dlatego, że nasz uśpiony wielki talent czeka na właściwy moment. On nastąpi już za chwilę — jeszcze tylko jedna chałtura. Jeszcze tylko jeden raz damy sobie złamać kręgosłup w drodze do wielkości. To nasz krzyż, złamany — z tej deformacji zrodzi się wielkość. Już za chwilę.

Choroba czwarta: brak poczucia własnej wartości

Na początku drogi jesteśmy gotowi pracować za darmo w biurach projektowych, byle tylko móc pracować w zawodzie. Były nawet takie biura, w których płaciliśmy tylko za to, by uczyć się pod okiem mistrza! Ale gdy mamy własną firmę, to dla odmiany pracujemy również za darmo — byle tylko mieć zlecenie. Pracujemy za darmo także, startując w konkursach. Kopiemy pod sobą nawzajem dołki beznadziei, licząc na to, że lecąc w dół, wejdziemy wyżej na plecach innych. Hasłem przewodnim zdaje się: „kto da mniej?”. I tak dajemy się wykorzystywać przez cwanych biznesmenów, deweloperów oraz tych, którzy próg przetargu ustawili na 30 tysiącach euro.

Choroba piąta: depresja estetyczna

Szybko uczymy się psychologii — w terenie, na żywym organizmie. Czasem mamy wrażenie, że tu nie chodzi o projektowanie, ale o leczenie polskich kompleksów. Edukujemy więc w zakresie estetyki, balansując na granicy absurdu, gdy przerośnięty płaszcz z gronostaja na zgarbionych, nowobogackich plecach ma być dowodem dobrego gustu.

W samotności, niczym projektantka Joanna Arch, wykonujemy szaleńczy taniec na barykadach desperacji. Całym sobą pragniemy, by ten kolejny klient miał wiedeński sznyt i wrażliwość.

Choroba szósta: dwulicowość

Krytykujemy na potęgę. Ale obgadujemy wyłącznie nieoficjalnie. A tak to się przymilamy, ogrzewamy w cieple i toczymy dysputy na konferencjach, złożone z pięknych, okrągłych słówek. I choć daleko nam w tym do polskich polityków, to jednak osiągamy mistrzostwo w bezwartościowym rozmawianiu ciągle o tym samym. O tym, co nie ma żadnego znaczenia. A gdy ktoś poruszy prawdziwy problem, następuje szok, niedowierzanie i lęk, że coś się zmieni — że ktoś usłyszy prawdę.

Choroba siódma: sprzedajność

Czekamy na te darmowe wyjazdy, podczas których — w przerwie od zwiedzania fabryk kafli — możemy zjeść darmowe włoskie przystawki. Jak to w ogóle możliwe, że ktoś polewa nam pyszne wino w winnicy, a my nie musimy za to płacić? Jak wspaniale tu być, otwierać swoje serca. To najwspanialsze kafle na świecie — oto myśl, z którą wrócimy do naszego szarego kraju, gdzie oświecimy mądrością estetyczny zaścianek.