Roman Perucki

Z ruin do harmonii

80 lat Polskiej Filharmonii Bałtyckiej

Karol Kacperski

Zrodzona z powojennej potrzeby nadziei, przez dekady stała się jednym z najważniejszych miejsc na kulturalnej mapie Polski. Polska Filharmonia Bałtycka na Ołowiance to dziś nie tylko sala koncertowa, lecz także architektoniczny symbol miasta – dowód, że muzyka potrafi ożywić nawet przemysłowe mury. O drodze od pierwszego koncertu w 1945 roku po współczesne centrum kultury, o odwadze, wizji i harmonii pomiędzy tradycją a przyszłością – opowiada jej wieloletni dyrektor, prof. Roman Perucki.

80 lat to nie tylko jubileusz, ale i symbol ciągłości – historii, ludzi, emocji. Filharmonia Bałtycka, powołana tuż po wojnie, przetrwała osiem dekad. Gdyby miał pan wskazać momenty przełomowe, które ukształtowały jej tożsamość – od czego byśmy zaczęli?

Zdecydowanie od września 1945 roku i pierwszego koncertu w sali Akcji Katolickiej w Sopocie. To właśnie wtedy dyrektor Zbigniew Turski powołał do życia orkiestrę Filharmonii Bałtyckiej. Proszę sobie wyobrazić – na gruzach wojennej rzeczywistości, w kraju, który dopiero próbował się odbudować, powstała instytucja kultury, mająca za zadanie pielęgnować polskość. To było coś więcej niż muzyka – to był akt tożsamościowy. Trzeba pamiętać, że te tereny miały niezwykle złożoną historię – polsko-niemiecką, kaszubską. Dlatego repertuar od początku był przemyślany: grano Chopina, Moniuszkę, muzykę, która jednoczyła ludzi z różnych stron – zarówno miejscowych, jak i tych, którzy przybyli tu z Wilna czy Lwowa. W ten sposób budowano wspólnotę – nie poprzez słowa, ale dźwięki. Kolejnym kamieniem milowym był rok 1949 i utworzenie Studium Operowego przy Filharmonii. Trzy lata później powstała już Państwowa Opera i Filharmonia Bałtycka – i od tego momentu obie instytucje zaczęły wspólnie pisać historię muzyki na Pomorzu.

I tak działały razem wiele lat.

Tak, filharmonia grała i opery, i koncerty filharmoniczne. Dla opery kluczowe znaczenie miał dyrektor Jerzy Katlewicz, który ją tworzył. Chociaż filharmonię i operę można połączyć organizacyjnie, ich działalność jest zupełnie inna. Muzyk filharmoniczny i operowy różnią się podejściem do dzieła i sposobem grania. Filharmonia wymaga codziennej pracy i cotygodniowych premier z nowym programem, podczas gdy w operze ćwiczy się dłużej, by grać ten sam spektakl przez kilka miesięcy. Ta codzienna praca sprawia, że muzycy filharmonii to zazwyczaj najlepsi muzycy na danym terenie. Ten pierwszy etap to był więc czas budowania – znalezienia odpowiednich muzyków i instrumentów. Później zaczęto myśleć o orkiestrze symfonicznej, ale Urząd Wojewódzki nie zezwolił na przejście do niej najlepszych muzyków, a jedynie na utworzenie nowej orkiestry. Zygmunt Rychert zebrał więc z entuzjazmem nową grupę kolegów, jednak taki jednorodny skład okazał się z czasem wyzwaniem, ponieważ brakowało w nim różnorodności doświadczenia, tak potrzebnej w każdej orkiestrze. Taka sytuacja trwała właściwie do mojego czasu – bywało gorzej, słabiej, ale i lepiej. Był przecież złoty medal Wojciecha Michniewskiego w Konkursie im. Guido Cantellego w Mediolanie. Ten poziom budował właśnie Zygmunt Rychert, często dyrygując osobiście z powodu braku funduszy.

Karol Kacperski

Był pan orędownikiem rozdzielenia tych dwóch instytucji?

Nie od samego początku. Początkowo wierzyłem, że te dwie instytucje mogą współistnieć, ale w praktyce zaczęły się piętrzyć problemy. Odwoływano koncerty, trudno było pogodzić harmonogramy, scenografie, dekoracje. W 1993 roku dołączyłem do zespołu, a już od stycznia 1994 roku Filharmonia i Opera zaczęły działać oddzielnie. To był moment symboliczny – odchodziliśmy od komunistycznego myślenia o państwowości, a jednocześnie budowaliśmy nową tożsamość. Wtedy właśnie przemianowaliśmy się na Polską Filharmonię Bałtycką, a od 1999 roku nosimy imię Fryderyka Chopina. Przygotowania do tej zmiany zbiegły się z obchodami 1000-lecia Gdańska i przejęciem budynków na Ołowiance. Budowa Filharmonii rozpoczęła się od Spichlerza Królewskiego z 1620 roku. W 2002 roku oddano Salę Kameralną, a całą inwestycję – z wyjątkiem budynku Nastawni – ukończono w 2007 roku. Dziś historia zatacza koło: trwają prace nad projektem nowej Sali Kameralnej na ponad 300 miejsc, która ma być zwieńczeniem tej wieloletniej rozbudowy.

Kiedy po raz pierwszy poczuł pan, że ta wizja naprawdę się udała – że Filharmonia na Ołowiance stała się tym miejscem, o jakim pan marzył?

Słowa uznania od Leszka Możdżera po jego pierwszym koncercie tutaj uświadomiły wszystkim, że osiągnęliśmy sukces. Udało się zrealizować wizję stworzenia obiektu, który stał się centrum kultury wysokiej i miejscem najważniejszych wydarzeń w całym województwie. Co ważne, to był pierwszy w powojennej Polsce przypadek adaptacji obiektu poprzemysłowego na potrzeby kultury – dziś brzmi to naturalnie, ale wtedy była to decyzja odważna i pionierska.

Karol Kacperski

Rewitalizacja historycznego obiektu zawsze wiąże się z kompromisami. Co było dla Pana największym wyzwaniem podczas prac na Ołowiance?

Udało się zachować to, co najcenniejsze – konstrukcję z czasów Eiffla z 1897 roku oraz odrestaurowany Spichlerz Królewski. Kluczowym elementem architektonicznym stała się jednak kładka, za którą na początku byłem krytykowany. Przekonywałem, że Gdańsk nie może odwracać się od Motławy, a Filharmonia powinna stać się centrum życia nad wodą. Pamiętam, że nawet śp. Paweł Adamowicz miał wtedy pewne wątpliwości. Dziś kładka, która ma zresztą XVI-wieczne historyczne uzasadnienie, jest uznawana za sukces i naturalny element pejzażu miasta. Wybudowaliśmy łącznik ze Spichlerzem Królewskim, zachowując wiele oryginalnych detali – pierwotne konstrukcje, ceglane wnęki, świadectwa dawnej struktury architektonicznej budynku i jego przemian. Dużym wyzwaniem było ograniczenie wysokości sali, narzucone przez konserwatora ze względu na sąsiedztwo kamienicy Spichlerza Królewskiego. Wtedy zdecydowaliśmy się na rozwiązanie pionierskie – akustykę zmienną, sterowaną elektronicznie, która działa od jubileuszowego roku. Efekt jest imponujący: w blisko 90% sali słychać ten sam, równy dźwięk, porównywalny z najlepszymi salami koncertowymi świata.

Orkiestra Polskiej Filharmonii Bałtyckiej

Paweł Jaremczuk

Brzmi imponująco. Czy już wtedy założono tak wysokie standardy akustyczne i funkcjonalne obiektu?

Tak. Był to świadomy kompromis wynikający z wizji stworzenia miejsca uniwersalnego: nie tylko sali koncertowej, ale także studia nagrań i centrum kongresowego. Dzięki temu, przy rocznej frekwencji na koncertach symfonicznych na poziomie około 40 tysięcy, łączna liczba osób odwiedzających obiekt przekracza dziś 300 tysięcy. Obsługujemy taką widownię jednym, zgranym składem – to możliwe dzięki wysokiej motywacji pracowników, którzy rozumieją, że naszą misją jest, by ten obiekt naprawdę żył.

Pomysł, by dawną elektrociepłownię zamienić w Filharmonię, wydaje się dziś genialny. Ale wtedy musiał być postrzegany jako szalony. Skąd się wziął?

Z doświadczenia – i z podróży. Czynnie uprawiając zawód organisty i odwiedzając instytucje muzyczne na całym świecie, rozmawiałem z ich dyrektorami o funkcjonowaniu, finansowaniu, ale też o błędach, które popełniali. Wtedy zrozumiałem, że kluczem do przetrwania jest stabilna struktura przychodów. Z tej refleksji narodziła się wizja obiektu otwartego – miejsca, które nie będzie tylko siedzibą orkiestry, ale także ośrodkiem spotkań, edukacji, kongresów i wydarzeń międzynarodowych. Filharmonia miała tętnić życiem przez cały rok. I tak się stało. Przez lata była centrum najważniejszych wydarzeń w Gdańsku – dziś ten ciężar dzieli m.in. z Europejskim Centrum Solidarności, które pełni rolę centrum politycznego. Ale to właśnie Filharmonia na Ołowiance pozostała sercem kulturalnym miasta – przestrzenią, w której sztuka, historia i nowoczesność naprawdę się spotykają.

Karol Kacperski

Filharmonia od lat imponuje też skutecznością w samofinansowaniu. Jesteście obiektem, który w 40-50 % procentach sam się finansuje – to rzadkość w świecie kultury.

Tak, to bardzo duży wskaźnik. Pod tym względem jesteśmy drugą albo trzecią instytucją w Polsce. Oczywiście chwalimy się tym, ale równie ważne jest, byśmy mogli z tych wyników korzystać – by nasi pracownicy, którzy często pracują już na trzy zmiany, byli godnie wynagradzani. To także pozwala nam zapraszać wybitnych artystów i opłacać ich na odpowiednim poziomie, bo wielka sztuka jest tam, gdzie są duże pieniądze, a budowanie poziomu trwa latami. W ciągu trzech, pięciu lat żaden dyrektor nie stworzy trwałej strategii instytucji. Mnie się to udało, bo pełnię tę funkcję od dawna i wciąż myślę o przyszłości.

Czy od początku zakładał pan, że Filharmonia powinna dążyć do samofinansowania?

Tak uważałem i nadal tak uważam. Przez trzy dekady nie zmieniłem przekonania, że instytucja kultury musi umieć utrzymać się w dużej mierze sama. To zasada „brać i dawać” – bardzo prosta, ale skuteczna. Menedżer w kulturze musi twardo stąpać po ziemi i mieć świadomość, że relacje z marszałkiem czy ministrem nie gwarantują stabilności finansowej. Dotacje są ograniczone, zależne od koniunktury gospodarczej i decyzji politycznych. Mnie przez te lata udawało się unikać konfliktów, bo zawsze stawiałem na rozmowę i przekonywanie zespołu do wspólnej wizji.

Największym sprawdzianem była pandemia. Dzięki zgodzie na transmisje i nagrania zespół nie przestał grać – ćwiczyliśmy, utrzymywaliśmy kontakt z publicznością, podtrzymywaliśmy poziom. To doświadczenie nas wzmocniło. Dziś mogę powiedzieć z dumą: zbudowaliśmy jeden z najlepszych zespołów w Polsce i to jest moja siła, a ciągłe podtrzymywanie więzi z publicznością zapewniło nam dzisiejszą widownię.

Spichlerz Królewski i elektrownia na Ołowiance
autor nieznany, ok. 1935 r., Muzeum Historyczne Miasta Gdańska

Filharmonia to instytucja z ogromnym prestiżem, ale dla wielu osób wciąż trochę niedostępna. Jak sprawić, by publiczność czuła się tu jak u siebie?

Tak, musimy ją przyciągać i sprawiać, żeby czuli się tu jak w domu. Coraz mniej osób jest dziś naprawdę wrażliwych, a sztuka żyje tylko wtedy, gdy jest autentyczna i przeżywana tu i teraz. Tylko w ten sposób możemy utrzymać widownię.

A skoro mowa o publiczności – w jaki sposób otwieracie się na młodych słuchaczy?

Uważamy, że obok koncertów na najwyższym poziomie naszą podstawową misją jest wychowywanie następnego pokolenia. Angażujemy młodzież poprzez koncerty szkolne, cykle edukacyjne o kompozytorach i takie projekty jak „Filharmonia na wyciągnięcie ręki”, w którym łączymy muzykę z innymi dziedzinami sztuki. Korzystamy także z ministerialnych programów transportowych, by umożliwić młodzieży z bardziej oddalonych miast przyjazd do Gdańska – zależy nam, by wizyta w Filharmonii była dla nich nie tylko muzycznym doświadczeniem, ale też spotkaniem z miastem i jego historią. Jednocześnie wychodzimy w region – gramy koncerty w Jastrzębiej Górze, Żarnowcu, Jastarni czy Stegnie. Ten cykl, doceniony Pomorską Nagrodą Turystyczną za popularyzowanie muzyki w nietypowych przestrzeniach, kierujemy zarówno do turystów, jak i mieszkańców, którzy może sami nigdy nie przyjechaliby do nas. To dla nas równie ważna publiczność.

Rola dobrego menadżera polega więc na myśleniu strategicznym i perspektywicznym.

I technicznym, i finansowym. Zarządzanie instytucją kultury jest specyficzną umiejętnością, wymagającą zrozumienia jej istoty. Po pierwsze, zarządzamy wrażliwym czynnikiem ludzkim – artystami. Po drugie, aby utrzymać status jednej z najlepszych instytucji, trzeba nieustannie wymagać pracy i przygotowania, pamiętając, że orkiestra gra jak jej najsłabszy punkt. Dlatego dla zespołu staram się być jednocześnie przewodnikiem, dyrektorem i ojcem, jak w rodzinie.

A pana wrażliwość? W końcu jest pan nie tylko dyrektorem, ale też artystą.

Jako artysta potrafię zrozumieć emocje i niekiedy nerwowe reakcje muzyków. Działamy przecież na najwyższych rejestrach emocji i bardzo przeżywamy każde niepowodzenie. W takich chwilach rolą menedżera jest delikatność – podejście, które pozwala muzykom zachować wiarę i spokój. Zespół rozwija się tam, gdzie panuje dobry duch i chęć zagrania najlepiej, jak się potrafi. A kiedy melodia płynie i koncert udaje się w ponad dziewięćdziesięciu procentach – to dla mnie największe osiągnięcie.

Budowa Sali Koncertowej, 2003 rok
fot. archiwum PFB

Czy miał pan wątpliwości, gdy objął pan stanowisko dyrektora? To przecież zupełnie inna rola – a do tego połączona z aktywną działalnością artystyczną i dydaktyczną.

W tamtym momencie byłem już zawodowo spełniony – koncertowałem, podróżowałem po świecie i dzięki temu miałem szerokie horyzonty. Czułem jednak potrzebę, by zrobić coś więcej, inaczej. Postawiłem więc pewne warunki – na przykład to, że każde stanowisko powinno być obsadzane w drodze konkursu. Dziś to standard, ale w latach 90. mało kto tak myślał. Na początku miałem obawy, czy poradzę sobie z czynnikiem ludzkim. Nigdy natomiast nie bałem się kwestii finansowych – zawsze uważałem, że matematyka i sztuka są ze sobą powiązane. Obie wymagają analitycznego myślenia i szybkich decyzji. Najtrudniejsze momenty to oczywiście przesilenia gospodarcze – brak dotacji i inwestycji zawsze uderza w kulturę. A przecież, by utrzymać najwyższy poziom wykonawstwa, potrzebne są najlepsze instrumenty. One, tak jak muzycy, wymagają stałej opieki, regularnego sprawdzania i kosztownej konserwacji.

To już ponad trzy dekady, odkąd kieruje Pan Filharmonią. Kiedy patrzy Pan na tę drogę z dystansu – co czuje? Dumę, spokój, może jeszcze niedosyt?

"Wyhodowałem" moje piąte dziecko. Zostawię po sobie piękny obiekt i wspomnienia z promocji orkiestry na świecie – od Chin i Stanów Zjednoczonych, przez Szwecję, Włochy, Niemcy, aż po Salę Czajkowskiego w Moskwie. Zbudowałem drużynę z konglomeratu wspaniałych osobowości, myślących o instytucji podobnie jak ja. Choć to wykraczająca poza 8 godzin, ciężka praca pełna trudnych decyzji, nauczyłem się spokoju. Czy żałuję? Nie, bo człowiek jest stworzony do pracy i im więcej ma talentów, tym więcej może ich oddać.

Przez te lata przez Filharmonię przewinęły się setki artystów i wydarzeń. Które z nich uważa pan za najważniejsze, może najbardziej symboliczne?

Nigdy nie zapomnę koncertu na 1000-lecie Gdańska, na który zaprosiliśmy wszystkie miasta partnerskie, chóry, orkiestry, blisko 1000 osób. Był też koncert w Kościele Mariackim z chórami chłopięcymi z Londynu. Pamiętam też Krystiana Zimermana, który rozpoczął u nas światowe tournée; jego wrażliwość i dążenie do perfekcji przy wypracowywaniu brzmienia były naprawdę inspirujące. Duże znaczenie miały dla mnie również prawykonania polskich kompozytorów oraz mój długoletni wkład w Międzynarodowy Festiwal Muzyki Organowej w Oliwie, będący numerem jeden w Polsce, a być może i w Europie.

Patrząc w przyszłość – wciąż ma pan przed sobą nowe wyzwania. Wspominał pan o planowanej inwestycji.

To zadanie na kolejne trzy lata. Chcemy wybudować nową Salę Kameralną oraz pomieszczenia dla artystów i biura – to konieczność, bo orkiestra rozrosła się z 65 do prawie 90 etatów. Drugim celem jest rozwój edukacji na wszystkich poziomach – od najmłodszych po seniorów. Po realizacji tych planów chciałbym przejść na zasłużoną „emeryturę filharmoniczną”, ale mam nadzieję, że jako artysta nadal będę czynny zawodowo.

Karol Kacperski

Po tylu latach intensywnej pracy znajduje pan jeszcze przestrzeń dla siebie?

Moją największą pasją jest podróżowanie, poznawanie ludzi i kultur. Żeby realizować się jako muzyk, trzeba mieć w sobie tę ciekawość świata – pasję, głębię, wyobraźnię. Trzeba mieć, by dawać. Moje role – profesora, dyrektora i artysty – wzajemnie się uzupełniają. Dzięki tej różnorodności nie męczy mnie biurokracja ani decyzje strategiczne. Dodatkowo pasjonuje mnie rekonstrukcja organów na Pomorzu. Mam w sobie ogromne zamiłowanie do piękna i do starych elementów – może właśnie dlatego tak bardzo walczyłem o zachowanie duszy Filharmonii: jej konstrukcji z końca XIX wieku, z detalami, takimi jak rozety czy układ cegieł, które tworzą jej niepowtarzalny charakter. Całe moje życie i działalność są w gruncie rzeczy prospołeczne – budowałem swoją wrażliwość po to, by móc się nią dzielić. Moja dewiza jest prosta: bądźmy szczęśliwymi ludźmi i cieszmy się z tego, co mamy.