Wszyscy jesteśmy dziś mieszkańcami tej samej gigantycznej wirtualnej kuchni, choć nikt z nas się do tego formalnie nie zapisywał. Otwarta przez dwadzieścia cztery godziny na dobę i kierowaną przez algorytmy. Internet stał się ogromną otwartą przestrzenią kulinarna, w której każdy może gotować, nagrywać, mieszać i udawać, że zna wszystkie odpowiedzi. Wystarczy przeciągnąć ekran w dół, a już wylewa się na nas fala przepisów, trików i kulinarnych cudów, które w teorii mają odmienić nasze życie, a w praktyce kończą się często porażką tworem przypominającym gąbkę do mycia naczyń. Współczesny człowiek, zamiast uczyć się gotować od rodziny, zawodowych kucharzy, uczy się od mitycznych stwórców treści, istot istniejących w świecie, w którym naczynia myją się same, składniki są zawsze dostępne, a blat jest idealnie czysty. Ci twórcy, nienaturalnie pogodni, zawsze w idealnym świetle, prezentują rzeczywistość, która nie istnieje nigdzie poza ich kadrem.

Oglądacie te obietnice internetu z rosnącą wiarą, że może tym razem to właśnie Wy zostaniecie mistrzami kuchni minimalizmu. Widzicie ręce, które wchodzą w kadr z płynnością baletnicy. Idealne kuchnie, które wyglądają jak showroomy producentów sprzętu AGD. Garnki, które nigdy nie były używane do niczego brudnego, choć udają, że przeszły przez setki eksperymentów. Widzicie miski, w których nic nigdy nie przywarło, a jeśli już, to z pewnością tylko w ramach artystycznej koncepcji. Oglądacie filmiki, gdzie autorzy wypowiadają magiczne słowa, że to wszystkie jest takie proste. I oczywiście wierzycie, bo jak tu nie wierzyć, skoro wszystko na ekranie wygląda lekko jak niedzielne śniadanie w hotelu z pięcioma gwiazdkami. Wchodzicie więc do kuchni z tą samą pewnością, z jaką autor filmiku wchodził do kadru i zaczyna się Wasza własna opowieść o zderzeniu marzeń z rzeczywistością.

Wyciągacie czekoladę, jajka, łyżkę i miskę, bo przecież ciasto z dwóch składników podbiło internet i wszyscy mówią, że to najprostsza rzecz, jaką można zrobić. Twórca przepisu miesza tę czekoladę z gracją chirurga plastycznego po dwóch dekadach praktyki. U Was w misce czekolada twardnieje w tempie, w jakim kończy się cierpliwość dorosłych w sklepie z zabawkami. Rozbijacie jajka, ale niezbyt dokładnie, mieszacie i nagle masa zaczyna przypominać tynk. Wkładacie ją z wielką nadzieją do formy i rozgrzanego piekarnika. Modlicie się jak pielgrzymi o cud, a po wyciągnięciu widzicie coś co przypomina ciasto, nawet pachnie dobrze, ale już po pierwszym przekrojeniu otwiera się majestatyczna warstwa zakalcowej otchłani. Gdyby geologowie badali ciasta, Wasze bez wątpienia trafiłoby do podręczników.

Potem oglądacie kolejny internetowy klasyk, chleb bez wyrabiania. Jeden z największych mitów współczesnej gastronomii. W filmie ktoś wrzuca do miski składniki, miesza łyżką raz, może dwa, przykrywa idealnie wyprasowaną ściereczką, a rano budzi się obok bochenka tak pięknego, jakby wyszedł spod ręki francuskiego piekarza, ba nawet mistrza z rodowej piekarni, gdzie powstają najlepsze wypieki. Wy powtarzacie to samo. Składniki do miski, kilka ruchów łyżką, przykrycie. Potem zaglądacie co godzinie, a ciasto wygląda jakby było obrażone i postanowiło, że nigdzie się nie rusza. W końcu pieczecie, bo ile można czekać. A potem wyciągacie chleb, który po uderzeniu o blat brzmi jak scena z filmu akcji. Skórka twarda, środek zbity, forma idealna do rzucania na zombie. To nie bochenek, to biała broń, taki Sourdough of the Dead.

Wiralowe przepisy mają jeszcze jedną cechę, cudownie udają, że technika nie istnieje. Że wystarczy zmieszać składniki i jakoś samo wyjdzie. Tymczasem kuchnia to fizyka, chemia, alchemia, a czasem nawet psychologia i terapia grupowa. Białka ubite o sekundę za długo stają się bezużyteczne. Masło o dwa stopnie za zimne zamienia kruche ciasto w bochenek gruzu. Drożdże zalane odrobiną za gorącej wody umierają z hukiem, a za zimnej zapadają w sen zimowy jak niedźwiedzie, ciasto nie rośnie, za to frustracja i życie kucharza traci sens. Internet tego nie mówi i to właśnie porażka edukacji na ekranie telefonu.

Do tego całej listy zakłamań dochodzą przepisy na obiad w 5 minut. W internecie ktoś kroi warzywa z prędkością mistrza kung-fu, smaży mięso, które nie puszcza ani kropli wody, a potem z trzech składników robi obiad, który wygląda jak potrawa z najlepszej książki kucharskiej. Wy kroicie cebulę, która płacze razem z Wami. Smażycie mięso, które wypuszcza tyle płynu, że można by na nim ugotować makaron, a całość po kilku minutach wygląda jak scena po pożarze w kuchni.

Najlepsze są jednak sekretne triki. Oglądacie, wierzycie i próbujecie. W filmiku działa, u Was nigdy. Zawsze coś jest nie tak, czosnek się nie obiera w kilka sekund, sos się rozwarstwia jak postanowienia sylwestrowe drugiego stycznia. Dlaczego jednak ciągle wracacie? Dlaczego oglądacie te filmiki, klikacie, zapisujecie i próbujecie ponownie? Bo w każdym z nas żyje mała iskierka nadziei na sukces w kuchni. To jedyne logiczne wytłumaczenie straty czasu przy niebieskim świetle naszych telefonów.

Nadzieja i wiara, że tym razem będzie inaczej, że ciasto się uda, a chleb urośnie. Nadziei, że może uda się oszukać prawa fizyki, chemii i logiki. Nadziei, że może ten jeden przepis jest naprawdę tak prosty, jak wygląda. Czasem o dziwo wychodzi, masa jest idealna i chleb naprawdę wyrasta. I to jest właśnie ta kropla powodzenia, która sprawia, że próbujecie dalej. Kuchnia to jedyne miejsce, gdzie porażki smakują całkiem nieźle.

Dlatego mimo wszystkiego, mimo frustracji, wracacie do kolejnych przepisów. Eksperymenty w kuchni to jedyna dziedziną życia, w której nieidealna forma jest normalna, porażka jest jadalna. A kiedy po raz kolejny wyciągacie z piekarnika swoje dzieło i widzicie, że w połowie opadło, w połowie się spiekło, a na środku utworzyło się jezioro zakalcowe, możecie jedynie wzruszyć ramionami. Bo najpiękniejsze w gotowaniu jest to, że można próbować bez końca, a każda kolejna próba smakuje inaczej. Pamiętam jedno, gdy robiliśmy Domową Gastrobandę w pandemii, w komentarzach wracała jedna prośba „prosimy wolniej…”. To właśnie wtedy zrozumieliśmy, że trening naprawdę czyni mistrza, a metoda prób i błędów jest jedyną drogą do kolejnych umiejętności. Każda nieudana próba to po prostu krok do przodu w naszej totalnie niedoskonałej kuchni.Dlatego trening zawsze czyni mistrza i metodą prób i błędów osiągamy kolejne umięjętności. Uczymy się i te próby to tylko kolejny etap do bycia mistrzem w swojej totalnie niedoskonałej kuchni.

Wiralowy zakalec jest tylko przypomnieniem, że życie rzadko bywa takie proste, jak na filmikach. Za to zawsze jest wystarczająco smaczne, by próbować jeszcze raz.