Jeden z moich ulubionych fragmentów literackich o teatrze i jego znaczeniu to ten z „Lata Muminków” Tove Jansson. Sytuacja wygląda tak: wielka powódź zalewa Dolinę Muminków. Rodzina Muminków chroni się na dachu swojego domu, a potem – po wielu dniach – zauważa, że w ich stronę dryfuje ogromny, dziwny, piętrowy dom. Nie wiedzą, że to teatr. Uznają, że jest opuszczony, postanawiają więc wejść na pokład i w nim zamieszkać, w bezpiecznej, suchej przestrzeni.
Pewnego dnia, podczas obiadu niespodziewanie pojawia się przed nimi Emma, stara teatralna szczurzyca. Do tego momentu rodzina Muminków nie ma pojęcia, że ktoś jeszcze mieszka w ich domu. Pełna teatralnych pasji i przesądów Emma wpada w furię na widok Muminków używających teatru jak zwykłego mieszkania: wydaje im się, że budka suflera to spiżarnia, scena to salon, kulisy to obrazy, że kurtyna to firanka, a rekwizytornia to czyjeś nazwisko.
Wygłasza wtedy swoją słynną kwestię: „Teatr to nie jest ani salon, ani przystań dla statków. Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, ponieważ tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są.”
Każdy kto kiedykolwiek pracował w teatrze wie, że to nie jest zwykłe miejsce. I nie mówię tylko o aktorach, którzy pokazują ludziom jakimi mogliby być, choć nie mają na to odwagi, a czasem jakimi na szczęście nie są. Mówię o każdym, kto jakkolwiek związał swoje życie z teatrem. Czytelnicy, którzy nie pracowali nigdy w teatrze myślą teraz: BEZ PRZESADY! Co tam niby jest takiego wyjątkowego? Tylko to, że produkują emocje, zamiast towarów?
No to posłuchajcie. Mnie życie wsadziło na ten dziwny pływający statek - teatr wcale nie kilka lat temu, gdy zostałam dyrektorką teatru, ale tuż po przyjściu na świat. Urodziłam się bowiem w rodzinie aktorskiej, oboje moi rodzice wykonują ten piekielnie wyczerpujący zawód i teatr jest miejscem, w cieniu (słońcu?) którego dorastałam. Moje dzieciństwo to Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, z którego pochodzę. Tato grał rolę przystojnych amantów, a mama księżniczek w porannych przedstawieniach dla dzieci. Wyobraźcie sobie co to znaczy mieć 6 lat i iść do teatru na bajkę o księżniczce z mamą w głównej roli.
Moi rodzice nie pozwalali mi przychodzić na spektakle dla dorosłych, argumentując, że są one DLA DOROSŁYCH, a ja jestem dzieckiem i do dzisiaj patrzę na analogowe zdjęcia z produkcji, których nigdy nie widziałam i dosłownie czuję jakby to był jakiś mocno zakazany widok. Aż kiedyś nastąpił ten moment, gdy mi pozwolono. Miałam 10 lat, spektakl był kostiumowy i z epoki - Victor Hugo, „Angelo, tyran Padwy”. Mój tato był tytułowym tyranem, mama zaś La Tyzbe, aktorką, jego kochanką, która w wyniku wielu różnych intryg oraz swojej własnej szlachetnej natury, poświęca swe życie i w ostatniej scenie zostaje przez Angelo zamordowana. I tutaj znowu przywołać muszę „Lato Muminków”, tym razem ze słynną kwestią Małej Mi.
Podczas premiery przedstawienia, które Muminki razem z przyjaciółmi przygotowały na scenie pływającego teatru, Mimbla, siostra Małej Mi gra postać, którą w pewnym momencie zaczyna gonić lew (zrobiony ze starej kapy na łóżko). Mała Mi nie ma czasu na refleksję, nie analizuje sytuacji, nie ufa Włóczykijowi, który próbuje ją uspokoić, że to wszystko na niby. Krzyczy: „Ratujcie moją siostrę! Ukatrupić lwa!” po czym robi „desperackiego susa na scenę”, dopada lwa i gryzie go w tylną nogę.
I teraz wyobraźcie sobie, że 10-letnia ja, która przyszła na spektakl z babcią, doskonale wie, że wszystko jest na niby, że to mama i tata i oni są aktorami, nawet ma opowiedziane co się wydarzy i że ten sztylet, to on się składa, w domu to nawet pokazano jak i nikt tu nikogo nie morduje. Nic to! Nagle na sali rozlega się mój krzyk: „Moja Mamusia! Moja Mamusia!” i babcia czym prędzej porywa mnie i szepcząc „przepraszamprzerpaszamprzepraszam” wyprowadza ze środka rzędu na foyer teatru. Potem długie przytulanie z mamą po spektaklu i chrzest bojowy miałam za sobą.
I myślę, że właśnie wtedy zrozumiałam coś, co dziś brzmi bardzo poważnie, ale przyszło do mnie przez czysty chaos i dziecięcy krzyk: że teatr jest miejscem, które działa na granicy rozsądku. Miejscem, które nie ma sensu — i jednocześnie ma największy sens z możliwych. Każdy prawdziwy teatr potrzebuje swojej Emmy, która pilnuje zasad i hierarchii, oraz swojej Małej Mi, która te zasady demoluje z gracją i dziką radością. Myślę, że są we mnie obie te postaci, a jak już jest naprawdę gorąco, staram się być Mamusią Muminka, która uspokaja nerwy, łata dziury w budżetach i w ludzkich ego, tłumaczy światu, że wszystko będzie dobrze i jeszcze trzyma w torebce sznurek, agrafkę, cukierek miętowy oraz rozwiązanie na problem nie do rozwiązania.
Mamusia Muminka jest od tego, żeby nikogo nie ukatrupić (nawet lwa), żeby przy Emmie nie pękła żadna żyłka, a Mała Mi mogła dalej gryźć dekoracje, jeśli tego wymaga sytuacja dramaturgiczna. A jeśli ktoś uważa, że przesadzam, to dobrze, bo w teatrze odrobina przesady to nie wada.
To konieczność.



