No i mamy to. Końcówka roku tradycyjnie należy do świąt Bożego Narodzenia. Nie tyle co samych świąt, które trwają raptem tylko dwa dni, a dla wielu (a nawet większości) są bardziej tradycją i okazją do rodzinnych spotkań, niż świętem religijnym. To wielka akcja sektora usług i handlu.

Jako pierwsze, bo już w listopadzie (bywa, że nawet w październiku) startują sklepy ze świątecznymi ofertami i wystrojami. Sklepowe półki zapełniają się nowymi towarami i liniami produktów, które mogą pełnić rolę prezentów. Dopasowane i skonstruowane zgodnie z preferencjami konsumentów, tak by ułatwić im wybór i wygrać z konkurencją. W perfumeriach, sklepach kosmetycznych, salonach królują gotowe zestawy dla każdego członka rodziny. Salony komputerowe, rtv agd, prasowe i inne promują najnowsze konsole do gier, zestawy płyt, a nawet najlepsze słodycze. Bo przecież z okazji świąt jesteśmy w stanie wydać więcej, stąd zamiast zwykłej czekolady, kupimy tą największą i najdroższą. Licznik wydatków w tym czasie bije inaczej.

Równolegle zmienia się narracja reklam w telewizji, które zostają podporządkowane świętom, od tych, które przede wszystkim skupiają się na produkcie, po te, kóre budują emocjonalne historię i odwołują się do wyższych wartości. Jest więc rodzina, troska, radość czy samotność.

Moimi „ulubionymi” reklamami są te od operatorów sieci telefonicznych. Kupno najnowszego modelu telefonu czy też abonamentu staje się aktem troski o bliskich, a nie zwykłym wydatkiem.

Sieci telefoniczne nie są wyjątkiem, bo storytelling oparty ma emocjach to zjawisko dzisiaj powszechne w reklamie. Dzięki zakupom pomagamy, współczujemy, opiekujemy się – jednym słowem – stajemy się lepsi. A nawet zdrowsi – o ile kupimy kilkadziesiąt nowych farmaceutyków i preperatów.

Lokale gastronomiczne są pełne spotkań wigilijnych, od firmowych, po branżowe. Rynki i centra miast zamieniają się w jarmarki świąteczne. Pełne świateł, ozdób i kolorowych atrakcji. W czasach zdominowanych przez social mediach oznacza to tysiące zdjęć i filmików, co przekłada się na gigantyczną promocję, no i szansę na tytuł najlepszego jarmarku w Polsce lub Europie. To ostatnie szczególnie jest ważne dla włodarzy miast.

I teraz kluczowe pytanie – jak na to wszystko reagujemy. To zależy na pewno od wielu czynników – przede wszystkim możliwości finansowych i osobistej sytuacji. Bo to, że grudniowe święta stały się wielkim manifestem konsumpcyjnego stylu życia nie jest niczym nowym. Dyskusje w tym temacie toczą się od lat, a do standardów należy już zabawa kto pierwszy usłyszy przebój Wham „Last Christmas”. Pewnych rzeczy już nie zmienimy, więc najlepszym wyjściem jest skupienie się na pozytywach. Bo te też są. Może i to święto konsumpcji, ale jednocześnie uruchamia pozytywne inicjatywy i hasła. Może i sztampowe, może i czasem motywowane bardziej promocją, a nie realną chęcią niesienia pomocy. Ale jednak są. A dzięki nim poczucie wspólnotowości, wspólne miejsca, symbole i rytuały, łączące i tych wierzących i niewierzących. Spójrzmy na to co dzieje się na ulicach Londynu, Paryża czy Berlina. I cieszmy się, bo wreszcie u nas jest fajniej. I oby było tak jak najdłużej.