Zbigniew Canowiecki
Piszę, wymyślam, działam
Zbigniew Canowiecki
Piszę, wymyślam, działam
Przez trzy dekady z sukcesem realizował się w biznesie, jako prezes i współwłaściciel gdańskiej spółki Centrostal. Po godzinach pracy angażował się społecznie. Tak mocno, że pewnego dnia postanowił porzucić intratny biznes i oddać się całkowicie działalności społecznej. Zbigniew Canowiecki, prezydent Pracodawców Pomorza, wiceprezydent Konfederacji Lewiatan, szef rady programowej Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, szef komitetu budowy Opery Bałtyckiej, szef konwentu gospodarczego Związku Farenheita, szef rady Muzeum Narodowego w Gdańsku i… dziesiątek innych organizacji i inicjatyw. Tak wielu, że nawet on sam nie jest ich w stanie policzyć. Pewne jest jednak jedno - wszystkie wymagają ciągłej kreatywności, pracy i dużego zaangażowania.
Michał Stankiewicz: Kim jest Zbigniew Canowiecki?
Zbigniew Canowiecki: Działaczem społecznym. To moja pierwsza myśl.
Moje pytanie ma oczywiście pewien podtekst, bo śledząc pana działalność publiczną, ciężko wskazać jakiś obszar, w którym nie byłby pan aktywny i nie pełnił jakiejś funkcji.
Rzeczywiście tak się to wszystko ułożyło. Na początku lat 90. postanowiłem zaangażować się w tworzenie środowiska gospodarczego. Chciałem wykorzystać zmiany, które nastąpiły w systemie gospodarczym Polski na rzecz rozwoju regionu, kraju i przedsiębiorczości.
Zmiana ustroju była tym impulsem do aktywności społecznej?
Nie. Była tylko okazją do nowego ukierunkowania, bo aktywność społeczna towarzyszyła mi na każdym etapie życia. Już w przedszkolu chciałem coś organizować, czymś dowodzić. Tak samo w zuchach i harcerstwie, czy na studiach, kiedy działałem w klubie Żak. Wychodziłem z założenia, że człowiek musi pracować, musi zarabiać, żeby utrzymać rodzinę. To jest niezbędne. Ale emocjonalnie mogłem wyżyć się tylko poprzez działalność społeczną. I tak jest do dzisiaj. Nie mogę przejść obojętnie jeżeli coś się dzieje, coś się tworzy, a w mojej ocenie można to zrobić lepiej. Od razu się angażuję, piszę, wymyślam, działam.
Od przemian ustrojowych minęło ponad 30 lat. Ile inicjatyw i projektów udało się panu powołać lub w nich uczestniczyć?
Nigdy tego nie liczyłem, ale na pewno są to dziesiątki organizacji, stowarzyszeń, fundacji, których byłem założycielem lub aktywnym uczestnikiem. Nawet dziś trudno mi powiedzieć, ile różnego typu funkcji społecznych mam obecnie. Kiedyś próbowałem policzyć, ale to samo zbiło mnie z nóg. Na pewno takich, w których muszę się angażować czasowo jest dzisiaj około 20. Dzielę je na trzy sfery: gospodarczą, kultury i ochrony zdrowia. I w każdej z nich mam określone funkcje, które raz są bardziej aktywne, a raz mniej. Tak na przemian. Zawsze więc coś się dzieje.
To może pana sekretariat ma dokładne dane? Przy tak rozległej aktywności i tylu funkcjach ma pan z pewnością duże biuro.
Ha! Świetnie pan to wychwycił. Moje całe biuro to ja sam. Sam koordynuję swoją pracę korzystając tylko ze wsparcia techniczno-organizacyjnego konkretnej organizacji. Weźmy np. obszar kultury, czyli Radę Teatru Szekspirowskiego, Radę Muzeum Narodowego w Gdańsku, Radę Fundacji Terytoria Książki albo Komitet Budowy Opery. W każdej z nich pełnię funkcję przewodniczącego. I w każdej z nich muszę mieć osobę do której mogę zadzwonić. Kogoś w roli asystenta lub sekretariat, który wykona niezbędną pracę organizacyjną i biurową. Jest jej czasami naprawdę sporo, więc takie zaplecza to konieczność.
Tylko, że nawet jeżeli w każdej z organizacji ma pan zaplecze, to i tak każda z nich działa oddzielnie. A pan jest jeden. Do tego sporo pan publikuje w mediach, co też wymaga czasu i pracy. I naprawdę sam pan to wszystko ogarnia?
Tak. I to nie jest żaden chwyt marketingowy.
I może jeszcze to wszystko społecznie, bez żadnego wynagrodzenia?
Dokładnie. Jeżeli ktoś pyta mnie, czy mogę napisać tekst, felieton lub komentarz, albo prosi, żebym pomógł mu w jakiejś inicjatywie, to odpowiadam: mam jeden warunek - nie biorę wynagrodzenia”. Od momentu zakończenia pracy zawodowej traktuję swoją działalność jako misję społeczną na rzecz społeczeństwa obywatelskiego. Chcę też wszystkich zarażać taką chęcią działania. Zawsze powtarzam: „Co będziesz tak siedział? Zaangażuj się w to. Potrzebują człowieka”. W ten sposób zachęcałem mojego przyjaciela z Katowic, który jest wybitną osobowością w gospodarce. I jak zakończył pracę zawodową to mu powiedziałem: „Jurek, będziesz siedział w domu? Zaangażuj się”. Trochę to trwało, bo on ciągle nie mógł znaleźć tego genu do działania. Ale w końcu go namówiłem. Zaangażował się w działalność społeczną i został prezesem stowarzyszenia gospodarczego. Prowadzi je już parę dobrych lat. I ostatnio powiedział mi: „Słuchaj, ja sobie nie zdawałem sprawy, jakie to jest satysfakcjonujące. Ile to może przynieść mi radości”. No i nagle się okazało, że można, że warto.
Jasne, że można. Tylko, że w pańskiej skali to już praca. W podobnych projektach, czy też w większości organizacji, tego typu funkcje czy stanowiska są płatne. I nie ma w tym nic dziwnego. Z czego więc w takim razie pan żyje?
Tutaj nie ma nic tajemniczego. Przez blisko 30 lat kierowałem dużą firmą z branży stalowej o nazwie Centrostal. I miałem w niej pakiet akcji. W 2007 roku postanowiłem najpierw sprzedać swoje udziały i po jakimś czasie odejść z firmy.



