Absolutorium

Doroczny rytuał,
który przestał cokolwiek znaczyć

Czerwiec to w polskich spółkach sezon zwyczajnych zgromadzeń. Zatwierdza się sprawozdania, dzieli zysk, a gdzieś pomiędzy tymi punktami porządku obrad pojawia się głosowanie nad absolutorium dla członków zarządu i rady nadzorczej. Dla większości spółek jest to formalność: kilka uchwał przegłosowanych w pakiecie, bez dyskusji. Do czasu. Bo ta sama formalność potrafi w ciągu kwadransa złamać karierę profesjonalnego menedżera, uruchomić wieloletni proces sądowy i postawić pytanie, na które polskie prawo spółek od lat nie umie odpowiedzieć: czemu właściwie służy ta instytucja?

Jakub Karnowski, doktor nauk ekonomicznych, kieruje PKP S.A. przez trzy i pół roku, w okresie kojarzonym z restrukturyzacją grupy i skokowym wzrostem absorpcji środków unijnych. W czerwcu 2016 r., kilka miesięcy po zmianie władzy politycznej i wymianie zarządów spółek Skarbu Państwa, walne zgromadzenie odmawia mu absolutorium za ostatni rok urzędowania. Na pytanie o powody słyszy, że uchwała nie wymaga uzasadnienia. To samo zgromadzenie, które odmawia skwitowania, zatwierdza bez zastrzeżeń sprawozdania finansowe za ten sam rok. Cztery lata później sąd prawomocnie stwierdza, że odmowa nie miała żadnych podstaw i naruszyła dobra osobiste menedżera. Absolutorium za rok 2015 walne zgromadzenie PKP S.A. udziela mu ostatecznie w 2024 r., dziewięć lat po zakończeniu ocenianego okresu i po kolejnej zmianie politycznej.

Jeżeli o tym, czy praca menedżera zostanie oceniona pozytywnie, czy negatywnie, decyduje nie należyta staranność i lojalność wobec spółki, lecz kalendarz wyborczy, a publiczne napiętnowanie da się odwrócić wyrokiem dopiero po latach, to warto zapytać, co właściwie podlega tu ocenie. I czy narzędzie, które na to pozwala, jest jeszcze instrumentem nadzoru właścicielskiego, czy już tylko rekwizytem w grze o zupełnie inne stawki.

Skąd się wzięło i co miało robić

Absolutorium, nazywane dawniej skwitowaniem albo pokwitowaniem, ma rodowód sięgający kompanii handlowych XVII i XVIII wieku, w których inwestorzy okresowo rozliczali zarządców powierzonego kapitału. Sformalizowały je wielkie kodyfikacje XIX stulecia, z niemiecką instytucją Entlastung na czele. Polski kodeks handlowy z 1934 r. mówił o pokwitowaniu, a obowiązujący kodeks spółek handlowych z 2000 r. wprowadził termin absolutorium, zachowując istotę konstrukcji.

Zamysł był prosty i rozsądny. Raz w roku właściciele, na podstawie sprawozdań, oceniają pracę osób, którym powierzyli swój majątek. Ocena pozytywna zamyka rozdział, ocena negatywna otwiera drogę do rozliczeń. Głosowanie nad absolutorium jest obligatoryjnym punktem obrad zwyczajnego zgromadzenia, obejmuje wszystkich, którzy pełnili funkcję w danym roku obrotowym, i powinno nastąpić w ciągu sześciu miesięcy od jego zakończenia.

Tyle teoria. Praktyka i orzecznictwo rozmontowały każdy element tego mechanizmu.

 

Beata Krzyżagórska-Żurek

adwokat, partnerka zarządzająca kancelarii Krzyżagórska Łoboda, jest ekspertką w dziedzinie prawa korporacyjnego, transakcji M&A i doradztwa podatkowego. Specjalizuje się w reorganizacjach (fuzjach, podziałach i przekształceniach) oraz w planowaniu sukcesji. Zrealizowała ponad trzydzieści procesów sukcesyjnych z wykorzystaniem zagranicznych i polskich fundacji rodzinnych. Doradza przy transakcjach z udziałem funduszy private equity i reprezentuje klientów w postępowaniach podatkowych. Jest członkinią Stowarzyszenia Niezależnych Członków Rad Nadzorczych, a także rad nadzorczych, w tym spółki publicznej INPRO S.A., gdzie przewodniczy Komitetowi Audytu. Jako autorka publikacji i ceniony ekspert prowadzi szkolenia dla biegłych rewidentów oraz wiodących organizacji biznesowych.

Tarcza, która nie chroni

Zacznijmy od menedżera, który absolutorium otrzymał. Intuicja podpowiada, że ma w ręku dokument zamykający temat odpowiedzialności za miniony rok. Intuicja myli się trzykrotnie.

Po pierwsze, w orzecznictwie ugruntował się pogląd, że absolutorium chroni wyłącznie w granicach wiedzy zgromadzenia. Jeżeli jakiekolwiek działanie nie zostało rzetelnie ujawnione w sprawozdaniach lub w inny sposób znane wspólnikom, ochrona w tym zakresie nie działa. Menedżer nigdy nie ma więc pewności, że zamknięty rok nie zostanie otwarty ponownie, pod zarzutem, że zgromadzenie czegoś nie wiedziało.

Po drugie, ustawa wprost wyłącza ochronę tam, gdzie byłaby najbardziej potrzebna. W razie upadłości spółki, albo powództwa wytoczonego przez wspólnika na rzecz spółki, członek organu nie może powoływać się na udzielone absolutorium. Innymi słowy: w spokojnych czasach, gdy nikt nie zamierza nikogo pozywać, tarcza działa, a w kryzysie, gdy spory rzeczywiście wybuchają, znika. Absolutorium nie ma też żadnego wpływu na odpowiedzialność członków zarządu wobec wierzycieli za zobowiązania niewypłacalnej spółki ani na odpowiedzialność karną za nadużycie zaufania.

Po trzecie, nawet w swoim podstawowym polu działania absolutorium nie daje pewności co do skutku. W doktrynie od dziesięcioleci sporne pozostaje, czy zwalnia z odpowiedzialności, czy kreuje jedynie domniemanie prawidłowego wykonania obowiązków, a dominuje wykładnia najsłabsza dla menedżera.

Suma tych zastrzeżeń prowadzi do wniosku, który dla wielu członków zarządów będzie zaskoczeniem: realna wartość ochronna dokumentu, o który zabiegają co roku, jest bliska zera.

Wyrok bez procesu

A co z menedżerem, któremu absolutorium nie udzielono? Tu asymetria instytucji ujawnia się w pełni. Odmowa nie wywołuje żadnych bezpośrednich skutków prawnych. Nie przesądza o winie, nie stwierdza szkody, nie rozstrzyga z góry procesu odszkodowawczego, nie powoduje wygaśnięcia mandatu ani obowiązku odwołania. Jeżeli spółka chce dochodzić odszkodowania, musi w zwykłym procesie udowodnić wszystkie przesłanki odpowiedzialności, dokładnie tak samo, jakby absolutorium udzielono. Co więcej, uchwała odmowna nie wymaga uzasadnienia. Zgromadzenie może odmówić skwitowania bez podania choćby jednego zarzutu.

Skutki pozaprawne są za to natychmiastowe i dotkliwe. Dla rynku, banków, instytucji finansowych i regulatora brak absolutorium jest czerwonym światłem. Komisja Nadzoru Finansowego pyta o nie przy ocenie kandydatów do organów instytucji nadzorowanych, headhunterzy i rady nadzorcze przy każdej kolejnej rekrutacji. Powstaje konstrukcja osobliwa: akt, który prawnie nie rozstrzyga niczego, faktycznie działa jak wyrok skazujący, wydany bez procesu, bez zarzutów i bez uzasadnienia.

Trzy stany, które trudno odróżnić nawet prawnikom

Na to nakłada się warstwa, która czyni instytucję nieczytelną już nie tylko dla przedsiębiorców, ale i dla doświadczonych prawników. Głosowanie nad absolutorium może bowiem zakończyć się na trzy sposoby: uchwałą o udzieleniu, uchwałą o nieudzieleniu albo niepodjęciem żadnej uchwały, gdy projekt uchwały pozytywnej nie uzyska wymaganej większości, na przykład wskutek głosów wstrzymujących się. Dwa ostatnie stany wyglądają z perspektywy menedżera identycznie: absolutorium nie ma. Prawnie dzieli je przepaść.

Przez lata w orzecznictwie funkcjonowała koncepcja tzw. uchwał negatywnych, zgodnie z którą nieprzegłosowanie uchwały pozytywnej było równoznaczne z podjęciem uchwały o treści przeciwnej, którą można zaskarżyć. Sąd Najwyższy ostatecznie ją odrzucił, przesądzając, że nie można w drodze powództwa wykreować uchwały, której zgromadzenie nie podjęło (uchwała składu siedmiu sędziów z 20 stycznia 2022 r., III CZP 17/22). Równolegle, od uchwały siedmiu sędziów z 1 marca 2007 r. (III CZP 94/06), osoba odwołana ze składu organu nie ma legitymacji do zaskarżania uchwał zgromadzenia. Były prezes nie może więc na gruncie kodeksu spółek handlowych podważyć nawet rażąco bezpodstawnej odmowy. Pozostaje droga cywilna: powództwo o ochronę dóbr osobistych, czci, dobrego imienia i reputacji zawodowej. I tu dochodzimy do miejsca, w którym instytucja absolutorium pokazuje, jak bardzo wymknęła się spod kontroli.

Dwie linie orzecznicze i proces, który trwał sześć lat

W orzecznictwie ukształtowały się bowiem dwie współistniejące, trudne do pogodzenia linie. Pierwsza, sięgająca jeszcze lat siedemdziesiątych, przyjmuje, że nieuzasadniona odmowa absolutorium może naruszać dobra osobiste menedżera, a w procesie to spółka musi wykazać, że istniały rzeczywiste podstawy negatywnej oceny. Druga, nowsza, jest dla menedżerów znacznie surowsza: decyzja o absolutorium ma charakter dyskrecjonalny, nie istnieje prawny obowiązek jego udzielenia, a samo niepodjęcie uchwały, jako zaniechanie, nie może co do zasady stanowić bezprawnego naruszenia dóbr osobistych.

Tę drugą linię najlepiej ilustruje sprawa byłego prezesa Banku Pocztowego Szymona Midery, rozstrzygana łącznie pięciokrotnie. Sąd Okręgowy w Warszawie w 2020 r. uwzględnił jego powództwo, nakazując bankowi publiczne oświadczenie i wpłatę na cel społeczny, a Sąd Apelacyjny wyrok co do zasady utrzymał. Sąd Najwyższy w 2022 r. uchylił jednak rozstrzygnięcie, wskazując, że niepodjęcie uchwały o udzieleniu absolutorium nie jest tożsame z podjęciem uchwały o nieudzieleniu i nie sposób przypisać zaniechaniu zgromadzenia charakteru czynu naruszającego dobra osobiste (wyrok z 10 listopada 2022 r., II CSKP 1330/22). Po ponownym rozpoznaniu Sąd Apelacyjny powództwo oddalił, a Sąd Najwyższy w grudniu 2024 r. odmówił przyjęcia kolejnej skargi kasacyjnej (postanowienie z 17 grudnia 2024 r., I CSK 1115/24). Sześć lat procesu, a o wyniku przesądziła okoliczność, której większość uczestników obrotu w ogóle nie dostrzega: różnica między uchwałą odmowną a brakiem uchwały.

Wniosek jest paradoksalny. Menedżer, wobec którego podjęto uchwałę o nieudzieleniu absolutorium, ma szansę na ochronę dóbr osobistych, a ten, wobec którego uchwały nie podjęto, bo większość się wstrzymała, jest jej w zasadzie pozbawiony, choć rynek odczytuje obie sytuacje identycznie. Wystarczy odpowiednio poprowadzić głosowanie, by osiągnąć skutek piętnujący bez ryzyka odpowiedzialności. Trudno o lepszy dowód, że konstrukcja prawna oderwała się od rzeczywistości, którą miała porządkować.

 

Sprawa Karnowskiego, czyli ocena bez zarzutów

To, że ochrona sądowa bywa możliwa, pokazuje przywołana na wstępie sprawa PKP S.A. i Jakuba Karnowskiego, która jest bodaj najgłośniejszym polskim sporem absolutoryjnym. Sąd Apelacyjny w Warszawie, oddalając apelację spółki, wskazał, że nie przedstawiła ona żadnych dowodów uzasadniających negatywną ocenę, a skoro zgromadzenie zatwierdziło sprawozdania, trudno przyjąć, że miało zastrzeżenia do pracy zarządu. Wydanie oceny bez przyczyn i dowodów uznano za bezprawne naruszenie dóbr osobistych. Wygrana po czterech latach procesu i rehabilitacja właścicielska po dziewięciu to skala, w jakiej wymiar sprawiedliwości koryguje skutki jednej piętnastominutowej uchwały. Kariera menedżerska nie czeka tak długo.

Gdy odmowa zasłużona i odwetowa wyglądają tak samo

Sprawa Karnowskiego nie była incydentem, lecz wczesnym przykładem mechanizmu, który w 2024 r. zadziałał na skalę systemową. Po zmianie władzy walne zgromadzenia największych spółek Skarbu Państwa seryjnie odmawiały absolutorium poprzednim zarządom: w Orlenie, PGE, PKP Cargo, GPW, JSW i kolejnych podmiotach. Część tych decyzji miała solidne podstawy. W Orlenie ponad sto audytów, w tym śledczych, wskazało na nieprawidłowości liczone w miliardach złotych, a powództwa kwestionujące uchwały o nieudzieleniu absolutorium oddalił Sąd Okręgowy w Łodzi (wyroki nieprawomocne). Rzecz w tym, że z samej uchwały tego nie widać, bo uzasadnienia nie wymaga. Odmowa wsparta realnymi audytami i odmowa motywowana wyłącznie zmianą układu sił przybierają więc tę samą postać, ogólnikowej formuły o utracie zaufania, a dla rynku, banku i headhuntera znaczą to samo. Instytucja, która rzetelne rozliczenie nadużyć i polityczny rewanż sprowadza do jednego komunikatu, nie spełnia swojej funkcji nawet wtedy, gdy trafia we właściwą osobę.

Nie dotyczy to zresztą tylko spółek państwowych. W 2025 r. zwyczajne zgromadzenie giełdowej ZE PAK nie udzieliło absolutorium dwóm członkom rady nadzorczej, synom głównego akcjonariusza, Piotrowi Żakowi oraz Tobiasowi Solorzowi, w trakcie rodzinnego sporu o sukcesję w grupie, choć w spółkach siostrzanych otrzymali oni wówczas absolutoria jednomyślnie. Skoro ten sam akt znaczy wszystko i nic, przestaje znaczyć cokolwiek. Absolutorium coraz rzadziej mówi, jak ktoś pracował, a coraz częściej, po której jest stronie.

Zanim ustawodawca się obudzi

Na zmianę przepisów nie ma co liczyć szybko, dlatego jeden wniosek praktyczny warto wyciągnąć już dziś. Choć ustawa nie wymaga uzasadnienia odmowy, jego brak może spółkę kosztować, bo w procesie o dobra osobiste to ona będzie musiała wykazać rzeczywiste podstawy negatywnej oceny, a przegrana oznacza publiczne oświadczenie i realny uszczerbek wizerunkowy. Rzetelnie udokumentowane przyczyny odmowy, spójne z pozostałymi uchwałami zgromadzenia, nie są zatem formalizmem, lecz polisą. Ten zaś, komu absolutorium nie udzielono, powinien najpierw ustalić z protokołu, czy zgromadzenie podjęło uchwałę odmowną, czy jedynie nie podjęło uchwały pozytywnej, bo od tej z pozoru technicznej różnicy zależy dziś niemal wszystko.

Obraz jest spójny: instytucja, która nie daje bezpieczeństwa ocenianym, nie daje narzędzi oceniającym i nie daje informacji rynkowi, bo identycznie wygląda odmowa zasłużona i odwetowa, przestała pełnić funkcje, dla których ją stworzono. Wniosek nie musi być radykalny, ale powinien być stanowczy: ta konstrukcja dojrzała do rewizji.

Kierunki są dwa. Pierwszy zakłada nadanie absolutorium realnej treści: ustawowy obowiązek uzasadnienia uchwały odmownej, legitymację osoby ocenianej do jej zaskarżenia oraz jednoznaczne skutki każdego z trzech możliwych stanów. Skoro negatywna ocena działa jak wyrok, niech podlega regułom, jakim podlegają wyroki: niech ma podstawy, uzasadnienie i kontrolę. Drugi kierunek jest odwrotny i zakłada rezygnację z obligatoryjnego charakteru instytucji: skoro o odpowiedzialności członka zarządu i tak rozstrzygają zasady ogólne, a skwitowanie niczego trwale nie zamyka, można pozostawić je autonomii korporacyjnej spółek jako narzędzie fakultatywne.

Dobre prawo spółek powinno wymuszać rzetelne