Polityczny język bez hamulców

W kraju tak spolaryzowanym jak Polska, gdzie rozmowa o polityce przy świątecznym stole może przerodzić się w kłótnię, Facebook trafia na podatny grunt – mówi dr Martyna Dudziak-Kisio z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Anna Dobiegała: - Kiedy Facebook – na świecie i w Polsce – zaczął żyć polityką?

Dr Martyna Dudziak-Kisio z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu SWPS w Warszawie: Musimy cofnąć się do kampanii wyborczej Baracka Obamy z 2008 r., ale pamiętajmy, że wtedy był inny Facebook. Media społecznościowe dopiero powstawały. Wtedy mniej więcej połowa Amerykanów miała dostęp do internetu, a spośród nich ok. 75 proc. korzystało z Facebooka. W kampanii Obamy Facebook był głównie wykorzystywany jako narzędzie mobilizujące wyborców. Wystarczyło polubić post, by wyrazić swoje poparcie dla kandydata na prezydenta. Potem mamy rok 2012 – „The Guardian” mówi o data election, czyli wyborach opartych na danych. Już wiadomo, jak targetować treści, jak docierać do stanów wahających się i do młodych wyborców. Do tego dochodzi kryzys zaufania wywołany fake newsami i tak powstaje środowisko mediów społecznościowych, w których rozgrywała się zwycięska kampania Donalda Trumpa.

A jak to wyglądało w Polsce?

No właśnie, przenieśmy się do Polski, do 2015 r. To było 11 lat temu, więc nie każdy to pamięta, ale wygrana Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich wydawała się wtedy oczywista. I co się okazało? Że wygrał kandydat PiS Andrzej Duda. Gdy po wyborach badacze komunikacji społecznej i mediów przyjrzeli się dyskusjom w mediach społecznościowych, to były one bliższe przewidzenia wyniku niż sondaże opinii. Na Facebooku ludzie wyrażali swoje oburzenie. W Polsce wybory z 2015 r. były pierwszymi, które tak silnie wykorzystały media społecznościowe do rozgrywania kampanii.

Zaczynaliśmy siedem lat po Stanach Zjednoczonych, gdy media społecznościowe, w tym Facebook, były już narzędziem dezinformacji i polaryzacji, ale jednocześnie miejscem, gdzie wyborcy chętnie i bardziej otwarcie dzielili się swoimi poglądami politycznymi.

Dziś, po prawie 20 latach od wygranej Obamy, trudno wyobrazić sobie Facebooka bez polityki.

Dziś nie wyobrażamy sobie życia bez mediów społecznościowych, a polityka jest elementem życia. I zawsze coś się w niej dzieje. Tym bardziej w kraju tak spolaryzowanym jak Polska, gdzie rozmowa o polityce przy świątecznym stole może przerodzić się w kłótnię, Facebook trafia na podatny grunt. W tym serwisie jest 25 mln Polaków, są to przede wszystkim osoby po 50. roku życia. Facebook jest dla nich medium codziennym, gdzie obok przepisu na obiad, horoskopu na jutro czy ogłoszeń parafialnych, znajdą też informacje o tym, co dzieje się w polityce.

Po co politykowi profil na Facebooku? Nie wystarczy mu X?

Na początek ważne rozróżnienie – politycy mają na Facebooku profile oficjalne i nieoficjalne. Jeśli polityk na swoim oficjalnym profilu wypowiada się jako dajmy na to prezydent miasta czy prezes Rady Ministrów, to Facebook będzie dla niego po prostu jednym z kanałów komunikacji, za pomocą którego będzie docierał do odbiorców z informacjami. Będzie to profil bardziej stonowany, w większym stopniu podporządkowany regułom oficjalnej debaty publicznej. Język będzie bardziej dostosowany do roli, jaką pełni właściciel takiego profilu.

Profil np. prezydenta miasta bardzo często widnieje w Biuletynie Informacji Publicznej jako oficjalny kanał komunikacji. Nie dziwi, że wypowiada się na nim nie tylko jedna osoba, np. Rafał Trzaskowski, ale cały zespół ludzi. Bardzo często osoba, która pełni funkcję publiczną, zatrudnia np. firmę PR-ową do obsługi swojego oficjalnego profilu. Przy wyborach często zajmuje się tym sztab danego
kandydata.

Nie powinno to nikogo dziwić, ponieważ to jest po prostu przeniesienie bardzo dobrze znanego mechanizmu do świata cyfrowego. Nie ma znaczenia, kto napisał Lechowi Wałęsie słynne przemówienie, zaczynające się od słów „My, naród”, kto ułożył w kolejności słowa. Niezależnie, ile osób nad tym pracowało, ostatecznie było to stanowisko prezydenta Wałęsy. Na Facebooku nie ma znaczenia, kto napisał post dla Tuska, ważne, że to on go opublikował.

A czy nie jest tak, że profil na Facebooku służy politykowi przede wszystkim do budowania swojego pozytywnego wizerunku, często kosztem przeciwników?

To jest pytanie, na które nie da się odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Co do zasady, każda osoba publiczna chce mieć dobry wizerunek, a tym bardziej polityk, bo to przekłada się np. na głosy w wyborach. W myśl zasady, że właściwe medium jest przekazem, polityk sięgając po media społecznościowe, zdaje sobie sprawę po co i kto jest użytkownikiem serwisu, a jest to bardzo szeroka grupa osób. Facebook jest też miejscem, gdzie polityk może np. opublikować swoje zdjęcie z dzieciństwa albo zdjęcie ze swoją rodziną na wakacjach, albo relację z kulisów swojej pracy.

Facebook – serwis masowy, a jednocześnie bliższy użytkownikom – rządzi się innymi prawami niż np. X. Użytkownikami X, a dawniej Twittera, są w dużej mierze liderzy opinii, m.in. komentatorzy polityczni, eksperci, aktywiści. Na X toczą się dyskusje, ale nie ma tam raczej miejsca na zdjęcia z wakacji. I tu, i tu politycy sięgają po inne środki. Na Facebooku łatwiej korzystać z narzędzia, jakim jest targetowanie treści, sprawdzić, jakie treści interesują użytkowników.

Na Facebooku politycy mogą sobie pozwolić na większą poufałość z użytkownikami, wykreować swój wizerunek jako zwykłego człowieka, a nie osoby na świeczniku, stąd właśnie zdjęcia z dzieciństwa na Dzień Dziecka czy zdjęcia z matkami 26 maja. Widzimy osoby, które są politykami, ale z drugiej strony, jak każdy inny użytkownik Facebooka, mają prywatne życie, mają bliskich, których kochają i za którymi tęsknią. To ociepla wizerunek.

Czy politykom można na Facebooku więcej? A może tylko im się tak wydaje?

W przypadku Facebooka czy innych mediów społecznościowych będą obowiązywały te same przepisy prawa, które dotyczą wolności słowa, a także prawa prasowego. Media społecznościowe są taką samą przestrzenią do wypowiadania się, jak radio, telewizja czy słup ogłoszeniowy. Obowiązują w nich te same zasady, a wypowiedzi, czy opublikowane treści, podlegają dokładnie tym samym ustawom i tym samym przepisom prawa karnego.

Każde medium ma swoją konwencję i rzeczywiście konwencja Facebooka pozwala na więcej, ale to „więcej” musi się mieścić w granicach prawa i dobrego smaku. W Polsce, gdzie mamy obecnie bardzo spolaryzowane społeczeństwo, widzimy, że język debaty publicznej się brutalizuje, że pojawiają się wypowiedzi, których nie chcielibyśmy usłyszeć. Jeśli ktoś przekracza granicę, może się to skończyć w sądzie i często tak się właśnie dzieje. A więc to nie jest tak, że politycy czy inni użytkownicy Facebooka (lub innych serwisów) mogą sobie pozwolić na więcej, ale bez wątpienia niektórym tak się właśnie wydaje.

Z drugiej strony, kontrowersyjna, przekraczająca granice wypowiedź, może być chłodną kalkulacją, a jej nadawca może zdawać sobie sprawę z konsekwencji, a nawet chcieć je sprowokować. Mamy wtedy do czynienia ze świadomą decyzją takiej osoby, która np. mówi to, co jej odbiorcy chcą usłyszeć, albo publikuje post, by podkręcić atmosferę politycznego sporu. Niestety, bardzo często brutalizacja języka po jednej stronie powoduje brutalizację po drugiej, a język staje się mniej konsolidacyjny, za to bardziej konfrontacyjny i opozycyjny.