Podzielić się zachwytem                      

(Roberto Salvadori „Piękno i bogactwo”)

W felietonach o wspólnym nadtytule „Gospodarka w literaturze pięknej” zdążyłem już przedstawić kilkanaście powieści, w których istotną – a niekiedy wręcz wiodącą rolę – odgrywał wątek gospodarczy. Tym razem zdecydowałem się sięgnąć nie po powieść, lecz po zbiór esejów literackich, które traktują o biznesie i zrobieniu wielkich pieniędzy, a jednocześnie o uwielbieniu sztuki. Ich autor, Roberto Salvadori, bohaterami swoich rozważań uczynił tycoonów, amerykańskich wielkich producentów stali, koksu, nafty, farmaceutyków czy tekstyliów, którzy na pewnym etapie życia podejmowali decyzję o kolekcjonowaniu dzieł sztuki. I nie robili tego wyłącznie dla siebie, ale z myślą o stworzeniu galerii lub muzeum, gdzie zachwyt fundatora będzie mogła z nim podzielić szeroka publiczność.

Akronim MoMA, pod którym występuje nowojorskie Museum of Modern Art (Muzeum Sztuki Nowoczesnej), niemal dorównuje rozpoznawalnością akronimowi NASA. Znacznie mniej osób wie, że wspaniałe zbiory, które posiada MoMA – wśród 200 tysięcy obiektów są obrazy van Gogha, Moneta, Matisse’a, Gauguina, Degasa, Toulouse-Lautreca, Dalego, Kahlo, Picassa i Warhola – nie powstałyby bez pieniędzy i determinacji Abigal „Abby” Aldrich Rockefeller, córki Nelsona W. Aldricha, wybitnego polityka Partii Republikańskiej i senatora reprezentującego Rohde Island, a zarazem żony Johna D. Rockefellera Jr., jedynego syna Johna D. Rockefellera Sr., współtwórcy firmy naftowej Standard Oil. Pani Abigal wydała w 1928 roku obiad, na który zaprosiła swoje równie dobrze sytuowane przyjaciółki, a to spotkanie zaowocowało powołaniem komitetu, w którym gospodyni objęła funkcję skarbniczki. Panie postawiły przed sobą zadanie oswojenia Nowojorczyków z najnowszymi zmianami dokonującymi się w sztuce. Rok później, 7 listopada 2029 roku, dokonano otwarcia MoMA. Złośliwy grymas losu sprawił, że zaledwie dwa tygodnie przed dniem, na który wyznaczono inaugurację i zapowiedziano to uroczystymi zaproszeniami, nowojorska giełda przeżyła „Czarny Czwartek” (24 października 1929) i rozpoczął się Wielki Kryzys. Na szczęście nie okazało się to złym znakiem dla muzeum i jeszcze w pierwszym miesiącu działalności odniosło ono prawdziwy sukces wystawą impresjonistów.

Chociaż panuje powszechna zgoda co do tego, że to Abigal „Abby” Aldrich Rockefeller była matką MoMA, jej imię nie znalazło się w nazwie tej instytucji. Wszakże w USA, a także w samym Nowym Jorku, nie brak dostępnych dla publiczności kolekcji dzieł sztuki, których nazwy wprost uwieczniają swoich twórców. Do najbardziej znanych należy Solomon R. Guggenheim Museum, które od 1959 roku ma siedzibę przy nowojorskiej Piątej Alei, we wspaniałej spiralnej budowli, którą zaprojektował Frank Lloyd Wright -  najwybitniejszy architekt Stanów Zjednoczonych. Twórca kolekcji, Solomon R. Guggenheim, który doszedł do wielkich pieniędzy prowadząc firmę wydobywającą ołów, miedź, srebro i złoto (Yukon Gold Company), darzył wielką estymą malarzy i spędzał wiele czasu w ich towarzystwie. Muzeum posiada w zbiorach prace jego ulubieńców – Kandinsky’ego, Légera, Chagalla, Klee, Kokoschki i Mirò.

Podobnie jak z Muzeum Guggenheima ma się rzecz z galerią o nazwie Barnes Foundation w Filadelfii. W tej nazwie upamiętniony został Albert Coombs Barnes, który urodził się w skromnej filadelfijskiej rodzinie (ojciec był listonoszem), a w 1892 roku uzyskał dyplom lekarza w Pennsylvania Medical School. Młodego doktora od leczenia  pacjentów bardziej pociągało prowadzenie badań w zakresie farmakologii. Opracowane przez niego i produkowane we własnej firmie dwa leki – antyseptyk Argyrol i suplement diety Ovoferrin – uczyniły go w wieku trzydziestu pięciu lat multimilionerem. Zaczął wtedy odbywać wyprawy za Atlantyk i kupować w Paryżu obrazy – na początek van Gogha, Gauguina, Matisse’a i Picassa. A w 1925 roku otworzył w swoim rodzinnym mieście galerię, która szczyci się posiadaniem wprost oszałamiającej liczby dzieł mistrzów  malarstwa  –  181 Renoira  (największa na świecie kolekcja prac tego artysty), 69 Cézanne’a, 59 Matisse’a, 46 Picassa, 16 Modiglianiego,
11 Degasa i 7 van Gogha.

J. Paul Getty Museum, którego białe ściany wznoszą się na jednym ze wzgórz powyżej Los Angeles, otworzył w 1954 roku sam Jean Paul Getty. Twórca tej muzealnej placówki był bardzo barwną postacią – nafciarz, według  magazynu „Fortune” w 1957 roku najbogatszy obywatel USA, a w 1966 roku w „Księdze rekordów Guinnessa” odnotowany jako najzamożniejszy człowiek świata, playboy, bohater pięciu wesel i tyluż rozwodów, przez cztery spośród pięciu małżonek obdarzony w sumie pięcioma synami. I wielki miłośnik sztuki, ze skłonnością do jej kolekcjonowania, która graniczyła z nałogiem. Nie kierował się przy tym jakimś precyzyjnym programem, lecz jak sam zwykł mówić: „Kupuję po prostu to, co mi się podoba”. W jego zbiorach Rubensowi i Rembrandtowi towarzyszą Blake i Turner, Munchowi Cézanne, a van Goghowi Tycjan.

W Polsce – zresztą podobnie jak w większości krajów Europy – gromadzeniem dzieł sztuki w celu udostępniania ich zwiedzającym zajmują się głównie instytucje państwowe. Roberto Salvadori swoimi esejami dowodzi, że Ameryka jest inna – tam za najwspanialszymi kolekcjami stoją pasje i pieniądze prywatne. Jednak i u nas następują w tym obszarze zmiany. Każdy, kto z głównej trasy łączącej Gdynię i Gdańsk skręca w stronę orłowskiego molo, nie może przeoczyć białego gmachu wyraźnie oznaczonego na froncie jako Muzeum Stanisława Szukalskiego. Artyście, którego obrazami i rysunkami, a przede wszystkim rzeźbami zachwycała się II Rzeczpospolita, stałą wystawę zapewnił długoletni kolekcjoner jego prac, gdyński biznesmen Krzysztof Ziemann. Ale w muzeum obok wystawy stałej powstały również wysokiej klasy sale do prezentacji wystaw czasowych. Jeszcze niedawno można było w nich oglądać znakomitą wystawę „Przenikanie”, na której swoje obrazy pokazali profesor Maciej Świeszewski i jego uczniowie. Zaraz potem przyszedł czas na Michela Henricota i jego przyjaciół. Prywatne muzeum dynamicznie buduje swoje miejsce w kulturalnym pejzażu Gdyni.