Zniewalający urok hochsztaplerów
(Richard Flanegan „Pierwsza osoba”)
Zniewalający urok hochsztaplerów
(Richard Flanegan „Pierwsza osoba”)
Słowo hochsztapler wywodzi się z języka niemieckiego, w którym przysłówek hoch znaczy wysoko lub w górę, a czasownik stapeln - układać coś jedno na drugim, nawarstwiać i spiętrzać. Takie źródło przyswojonego przez polszczyznę słowa mogłoby skłaniać do przypuszczenia, że wskazuje kogoś gromadzącego w jednym miejscu porozrzucane rzeczy i nadającego im formę uporządkowanego stosu. Nic bardziej błędnego! Słowniki języka polskiego jako synonimy słowa hochsztapler, wskazują bowiem szarlatana, oszusta, kanciarza albo aferzystę. Pod tym szyldem kryją się działania polegające na wielkoskalowym kumulowaniu opowieści o nadzwyczajnych okazjach, niezwykłych wynalazkach i możliwościach krociowych zysków, a wszystkie one mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Przed chcącymi go słuchać hochsztapler rozwija fantasmagoryczne wizje, przy czym zwykle jest świadom tego, że kłamie, a jego jedyny cel stanowi wyciągnięcie pieniędzy od naiwnych. Ale bywa i tak, że sam zaczyna wierzyć w swoje zmyślenia i wtedy staje się jeszcze bardziej niebezpieczny.
Niewątpliwym hochsztaplerem jest Siegfried Heidl, dla przyjaciół Ziggy, bohater powieści Richarda Flanegana „Pierwsza osoba”. Poznajemy Ziggy’ego w przełomowym momencie jego życia. Śledczy ustalili, że wyłudził z australijskich banków siedemset milionów dolarów (1 dolar australijski to w przeliczeniu 0,7 dolara amerykańskiego). Wyszedł z aresztu za kaucją, ale już za kilka tygodni czeka go proces, który najprawdopodobniej zakończy się wyrokiem długoletniego więzienia. W okresie relatywnej wolności, jaki mu pozostał, chce dokonać jednej rzeczy – doprowadzić do spisania i opublikowania swoich wspomnień. Rozmiary dokonanych wyłudzeń przyciągnęły uwagę szerokich kręgów australijskiego społeczeństwa i zapewniły mu pozycję przestępcy-celebryty, a to pozwala oczekiwać, że planowane wspomnienia znajdą licznych czytelników. Przynajmniej takie nadzieje żywi wydawca, który za udzielenie mu licencji gotów jest zapłacić Ziggy’emu dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów, a nawet od razu przekazać jedną trzecią tej kwoty w postaci zaliczki.
Początkowo Ziggy zamierza swoje wspomnienia spisać sam, sprawić, żeby w całym tego słowa znaczeniu były autobiografią. Jednak rychło się okazuje, że pisanie nie jest jego mocną stroną i wydawca musi znaleźć ghost writera. Wybór pada na Kifa Kehlmanna, początkującego pisarza, któremu życie przyłożyło do gardła nóż. Kif jest już ojcem uroczej trzyletniej dziewczynki, a jego żona ma wkrótce urodzić bliźnięta płci męskiej, właśnie stracił pracę dozorcy w lokalnym muzeum, która stanowiła jego jedyne stałe źródło dochodu, młodzi małżonkowie nie tylko nie posiadają żadnych oszczędności, lecz toną w długach, nie dają już sobie rady ze spłatami kredytu, bo w górę idą australijskie stopy procentowe. Sytuacja materialna Kifa staje się tak zła, że chociaż od jednego z jego butów odkleja się podeszwa, zakup nowej pary pozostaje zupełnie poza zasięgiem. A wydawca gotów jest wypłacić mu honorarium wynoszące dziesięć tysięcy dolarów. W dwóch ratach – pięć po oddaniu gotowego tekstu i pięć po ukończeniu druku książki.
W takich okolicznościach Ziggy i Kif rozpoczynają współpracę. Ale od pierwszej chwili okazuje się ona trudna. Jedna ze złotych myśli Ziggy’ego brzmi: „Zastanawia mnie, dlaczego ludzie myślą, że prawda się liczy. Nie jest jasne, po co ją wymyśliliśmy, skoro żeby przetrwać, musimy oszukiwać, mówić niewinne kłamstwa i nosić maski”. Kif zaczyna rozumieć, że „jeśli Ziggy’emu brakowało faktów, nadrabiał je nienachalną pewnością siebie, a jeśli brakowało mu pewności, nadrabiał ją faktami, choćby w większości zmyślonymi, wyglądającymi jednak na tym bardziej prawdopodobne, że rzucał nimi swobodnie, przyjmując nieoczekiwany punkt widzenia”. Ku swemu przerażeniu i rozpaczy Kif spostrzega także, iż opowieści Ziggy’ego brzmią autentycznie tylko wtedy, gdy on sam je opowiada, natomiast nie ma sposobu, by zadziałały przekonująco po zapisaniu na papierze. Tekstu, na który czeka wydawca i za który – co ważniejsze! - obiecał zapłacić, nie udaje się stworzyć.
Przy Ziggym wystarczyło wspomnieć, że w 1964 roku w Adelaide wystąpili Beatlesi, by natychmiast sobie „przypomniał”, że pracował wtedy w hotelu, w którym zakwaterowano zespół, był świadkiem pikantnych scen, a nawet, że to właśnie on podczas luźnej pogawędki podsunął Lennonowi pomysł na piosenkę „Hard day’s night”. Im bliżej Kif poznawał Ziggy’ego, tym dobitniej się przekonywał, że na takich chwytach opierała się jego cała działalność gospodarcza. Nagłośniona w mediach opowieść o budowie centrum lotów kosmicznych, gdzie nie było nic oprócz piachu, a samo miejsce wybrane zostało w taki sposób, by nikt nie miał ochoty się tam wybrać i sprawdzić postęp prac. Kontenery ze zaawansowanym technologicznie sprzętem ratunkowym, które samolotami Hercules miano przerzucać w rejony dotknięte klęską żywiołową, w rzeczywistości były puste. Łódź podwodną chrzczono imieniem pewnego wpływowego człowieka nie tylko po to, by zaspokoić jego próżność, ale także w celu uzyskania jego rekomendacji w kolejnych pomysłach. Ziggy miał dar przekonywania, a pieniądze od inwestorów i banków płynęły szerokim strumieniem. Aż gdzieś wsiąkły i przyszło ogłosić bankructwo.
Lektura powieści Richarda Flanegana raz za razem budzi nieodparte skojarzenia z wydarzeniami wcale nie będącymi fikcją literacką i dziejącymi się znacznie bliżej niż w Australii. Z położeniem stępki promu, który nawet nie został zaprojektowany. Z pokazem osadzonej na przypadkowym podwoziu karoserii samochodu elektrycznego jako sygnału o rozpoczęciu produkcji seryjnej. Z budową portu lotniczego, którym nie wydawała się zainteresowana żadna linia lotnicza. Cóż, hochsztaplerstwo potrafi się zaląc w każdej gospodarce.



