Kaszubskie świętowanie

Bunter Teller, brzadowô zupa, makowiec, śledź jako prawdziwy rarytas znad morza i gwiôzdka, czyli wędrująca po wsiach grupa kolędników-rozrabiaków. Tak wygląda Boże Narodzenie na Kaszubach, - gwarne, obrzędowe,  pełne radości, zabawy i tradycji.

Zanim na niebie zaświeci pierwsza gwiazdka, trzeba się do niej odpowiednio przygotować. Bezpośrednio przed Bożym Narodzeniem, zabijano więc zwierzęta gospodarskie, wytwarzano wędliny, kiszki, marynowano mięsa, a w ostatnich dniach przed świętami uruchamiano piec chlebowy, by wypiec chleby, ciasta drożdżowe i pierniczki. Sam dzień Wigilii Bożego Narodzenia Kaszubi, zgodnie z przekazami, spędzali bardzo pobożnie, powstrzymując się od jedzenia, by dopiero po zachodzie słońca zebrać się w najlepszej izbie przy wspólnym posiłku zwanym godowa wieczerzô. Co ciekawe, jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku, wigilia nie była znana w takiej formie, w jakiej przyjęto się ją obchodzić współcześnie. Była to wówczas zwykła kolacja postna. Dopiero dekadę później święto nabrało bardziej bogatszych obrzędów. 

- Od lat 70. XX wieku wigilia już na stałe zagościła w kaszubskich domach – mówi Róman Drzéżdżón, kaszubski pisarz, poeta, satyryk i publicysta. - Potraw nie musiało być dwanaście, a łamanie się opłatkiem też nie było powszechne do połowy XX wieku. Zwyczajowo na stole stawia się pusty talerz, ale nie dla wędrowca, tylko ducha osoby, która zmarła w bieżącym roku lub dla ducha przodka. W wigilię przynosiło się także choinkę (kasz. danka) i stroiło jabłuszkami, orzechami, ozdobami wykonywanymi przez dzieci. Obecnie wiesza się bombki (kasz. kùgle). Po kolacji szuka się pod choinką prezentów, jak są w domu małe dzieci, to pojawia się gwiazdor (kasz. gwiôzdór, w niektórych regionach pani gwiôzdka), który egzaminuje dzieci i wręcza podarki. Wieczorem, w niektórych wsiach, ale coraz rzadziej, pojawiają się kolędnicy zwani: gwiôzdczi, paneszczi lub gwiżdże, którzy przy dźwiękach muzyki tańczą i dokazują. Teraz rzadko są wpuszczani do domów, więc skaczą na podwórku lub drodze przed domem. Kolędnicy odwiedzają wszystkie chaty we wsi, ponieważ gdyby kogoś pominęli, oznaczałoby to nieszczęście dla gospodarza – podkreśla Drzéżdżón.

Grupa ta liczy od kilku do kilkunastu osób przebranych za różne postaci. Są wśród nich gwiôzdor, inaczej zwany gwiżdżem, biała śmierć z kosą, kominiarz symbolizujący szczęście, milicjant, jako ten, co pilnuje porządku, żołnierz na drewnianym koniu, diabeł – uosobienie zła, anioł, a także zwierzęta: wilk, krowa, byk rogaty, koza, uważana za symbol szkodnictwa, niedźwiedź, symbol powagi, bocian będący zwiastunem urodzaju, a także koń, któremu przypisywano zdolność łączenia się ze światem zmarłych. Dzisiaj w każdej ceniącej się kaszubskiej wsi zwyczaj ten jest kultywowany. Za figle spłatane tego dnia nie wolno się gniewać, a za występ, psoty i życzenia należy złożyć datek do żebraczego worka dziada.

Brzad

Najważniejszym daniem podczas uczty wigilijnej jest tradycyjna kaszubska zupa owocowa, czyli brzad. Są to owoce suszone połączone z grzybami z pobliskich lasów. Gotowy wywar można podawać z gotowanymi ziemniakami lub kluskami kładzionymi. 

- Zupa brzadowa składa się w wody i suszonych owoców: śliwek, jabłek, gruszek, wiśni, a ja jeszcze dodaję żurawinę – mówi pani Halina Rogińska, rodowita Kaszubka. - Poza tym marchewka, ziele angielskie, śmietanka 18% i maślanka, a na koniec odrobinę mąki dla zagęszczenia. Wywar przygotowuje się tak, że na początku gotujemy marchewkę z zielem, potem wsypujemy suszone owoce. Na 2 litry wody po garści każdego rodzaju. Taki wywar zabielamy wymieszanymi śmietaną, maślanką i mąką. Na koniec odrobinę soli i cukru. To jest zupa słodko-kwaśna. Brzad był wykorzystywany również do przygotowywania kompotu. To tradycyjne danie, bo do garnka wrzucamy wszystko to, co mamy w domu, a my Kaszubi nie lubimy marnowania jedzenia – podkreśla. 

Dlatego żeby było bardziej tradycyjnie do wywaru można dodać namoczone i pokrojone suszone grzyby.

- Najlepsze do tego są borowiki albo podgrzybki. To typowe danie, bo grzyb na Kaszubach wykorzystywany jest cały rok, żyjemy z tego, co da las i sad. Jednak nie we wszystkich domach przygotowuje się brzad, w niektórych robi się barszczyk na zakwasie lub zupę rybną – dodaje Pani Halina.

Oprócz zupy brzadowej, takim iście kaszubskim zwyczajem jest Bunter Teller, czyli specjalny, świąteczny talerz ze specjałami i łakociami. Podawany w równych częściach dla każdego uczestnika wieczerzy zawierał ciasteczka, orzechy i słodycze.

Długie świętowanie

Jednak Święta Bożego Narodzenia to nie tylko Wigilia, ale jeszcze dwa dni biesiadowania. Jak to wygląda na Kaszubach? 

- Święta na Kaszubach to przede wszystkim spotkania. Pierwszy dzień świąt poświęcamy na czas dla rodziny. Świętuje się w gronie najbliższej rodziny, zaś na drugi dzień możemy już przyjmować gości lub samemu udać się w gościnę. W tym czasie rozmawiamy czy też śpiewamy kolędy. Niegdyś po polsku lub niemiecku, choć dziś zdarza się, że po kaszubsku – opowiada Róman Drzéżdżón.

Przyjmowanie gości wymaga jednak solidnego przygotowania świątecznych potraw. Pani Halina ma stałe świąteczne menu. Co roku pojawiają się dwa takie same dania, a przepisy pochodzą od mamy i prababci. 

- Na pierwszy dzień świąt zawsze tradycyjnie musi być u mnie potrawka z kurczaka i jest to przepis od mojej prababci. Do dania musimy mieć swojską, wiejską kurę, bo zawsze powtarzam – trzeba mieć dobry produkt, żeby mieć dobrą potrawę. Na drugi dzień świąt podaję kaczkę z własnego gospodarstwa. Piekę ją nadziewaną żurawiną i jabłkami. Natarta jest również żurawiną, majerankiem oraz odrobiną soli i pieprzu. Wkładam ją do brytfanny i od czasu do czasu przewracam. A soki i tłuszcz, jakie z niej zostają, przerabiam na sos z żurawiną. Jednak owoce dodajemy na koniec, bo mają w sobie cukier, który wcześniej dodany może się przypalać. Ten przepis mam od mamy – chwali się Pani Halina.

Rybny stół

Jednak Boże Narodzenie byłoby niczym bez potraw rybnych. Na Kaszubach podaje się ich różne rodzaje – od słodkowodnych z pobliskich jezior aż do morskich. Absolutnym królem kaszubskiego stołu jest śledź. Oprócz tego pojawia się karp, jednak jest to nowa tradycja, bo ten gatunek ryby nie był wcześniej popularny na tym terenie. A co jeszcze? Okoń, pstrąg, dorsz, płoć. Istny festiwal rybnych smaków. A wszystko przygotowywane własnoręcznie przez gospodynię.

- Wszystko robię ręcznie, niepotrzebne mi miksery czy roboty. Używam nawet starych misek, ucieram w nich kremy czy żurawinę. Uważam, że tylko tak przygotowana potrawa niesie w sobie ten najcenniejszy składnik - wysiłek włożony z sercem – tłumaczy Pani Halina. 

Ryby są także ważne z innego powodu. Według wierzeń mają przynieść szczęście i powodzenie. 

- Z karpia, którego obieram, zawsze zostają łuski. Te największe suszę i rozdaję każdemu, żeby włożył sobie do portfelika. Ma to zapewnić dobrobyt i powodzenie finansowe – wspomina gospodyni. 

Ludzkim głosem

Na Kaszubach również zwierzęta mają swoje święto w Wigilię. W oborze musi być posprzątane i tego dnia dostają one tyle jedzenia, by mogły najeść się do syta. Gospodarze nie zapominają o nich i dbają, jak tylko mogą. 

- Mówi się, że o północy zwierzęta przemówią ludzkim głosem i nie wolno im wtedy przeszkadzać. Można zrozumieć to dwojako, bo ludzie porozumiewają się ze zwierzętami na co dzień. One znają domowników i wiedzą, czego oni chcą, a właściciel też wie, jakie potrzeby mają jego zwierzęta. I to taka codzienna rozmowa – tłumaczy Pani Halina. 

W ostatnich czasach wiele zwyczajów czy tradycji się zmienia. Młode pokolenia ulegają modom, mimo że wielu z nich stara się zachować to, co robili ich rodzice czy dziadkowie. Jednak i na to pani Halina ma radę, która nie zmienia się przez pokolenia. 

- Udane święta powinny składać się z trzech filarów: dobrych produktów, uradowanego serca i szczerego uśmiechu. Na co dzień przechodzimy różne chwile i mamy różne sytuacje, ale starajmy się, żeby radość zagościła w domu. Bo to są narodziny, a z tego zawsze trzeba się cieszyć – podsumowuje Pani Halina.

Kaszubski przepis na świąteczne wypieki

W wigilią do pôłnia białczi piekłë chleba, a pò chlebie jô piec pòdskacył słomą i mëma ùpiekła młodzowi kùch. Pò kùchù bëłë piekłé „kaszëbsczé òrzechë”, jaczé mòja mëma sã naùczëła piec òd swòji matczi. Robioné òne bëłë tak, że sã òdbiérało kąsk òd chlebòwégò casta (tak, na kùklã). Pòdriwòwało sã marchwi (jesz rôz tëli co tegò casta). Marchew wëżimało sã ze sokù, cëkrzëło i przegniotło razã z castã chlebòwim. Z tegò nowégò casta robiło sã kùgelczi, kładło je do kòpónków i zaniosło do pieca. Dno pieca mùszało bëc wëcarté do czësta, żebë nie bëło nic pòpiołu i tej ne „òrzechë” sã całą noc piekłë. Reno kùgelczi wëgarniãté grulką do kòpónk bëłë zaniosłé do dóm, òblóné jesz syropã z cëkru. A czej òne wpiłë wszeden syrop, bëłë mitczé i dobré do jedzeniô. „Òrzechów” sã nie grëzło, le susało jak bómczi.

Bolesław Jażdżewski, Wspomnienie kaszubskiego „gbura”