Słodka sprawa Izy i Marty

Choć wspólny biznes prowadzą raptem 3 lata to już zdążyły zdobyć sporą rzeszę fanów i zadowolonych klientów. A nawet napisać książkę o warzywnych… ciastach. Oto Marta i Iza, specjalistki od słodkości, które są nie tylko smaczne, ale i zdrowe. W rozmowie z Natalią Dawszewską opowiedziały o sile przyjaźni w słodkim biznesie, niełatwych (jak zawsze) początkach, a także – po jakie przepisy sięgnąć na początku przygody z wypiekami.

Czy przyjaźń i wspólny biznes idą ze sobą w parze?

Iza i Marta: W naszym przypadku tak!    

 

Co było pierwsze przyjaźń czy praca?

Iza: Poznałyśmy się na ulicy. Marta prowadziła w Gdyni pracownię tortów, a ja świeżo po nieudanym związku powróciłam do Trójmiasta. Aby czerpać z życia to co najpiękniejsze postanowiłam skupić się na pasji i realizacji marzeń. Rozpoczęłam pracę nad projektem Akademii Sztuki Cukierniczej. Niezbędni byli współpracownicy, nauczyciele. Podczas poszukiwań specjalisty od masy cukrowej i tortów w stylu angielskim natrafiłam na Martę i jej pracownię.

Marta: Nasze pierwsze spotkanie, z godzinnej kawy ewoluowało na spędzenie całego popołudnia i plany na przyszłość. Podczas organizacji pierwszych warsztatów akademii, Iza miała nie lada problemy z właścicielem posesji, na której miało odbyć się pierwsze spotkanie. Potrzebowała odpowiedniej przestrzeni z zapleczem gastronomicznym. Pomyślała o mojej pracowni. Zgodziłam się i tak przygoda trwa do dziś. 

Iza: Poczułam, że mogę liczyć na Martę. Obie zaangażowałyśmy się w projekt, nie patrząc na niego pod kątem finansowym. Zależało nam na powodzeniu akademii i realizacji marzeń. Bardzo szybko zostałyśmy wspólniczkami. Była to kwestia dwóch tygodni. Zaproponowałam Marcie współpracę, a ona z entuzjazmem podeszła do mojego pomysłu.

Skąd pomysł na połączenie sił?

Marta: Zdawałyśmy sobie sprawę, że jeśli nie zaangażujemy się w oba projekty razem, to oba nie wypalą. Nie mogło to wyglądać tak, że w jednym miejscu ja prowadzę pracownię, a w innym Iza akademię. 

Iza: Zupełnie inaczej prowadzi się biznes będąc w partnerstwie, przyjaźni z drugim człowiekiem. Problemy pokonuje się wspólnie, a radość mnoży.

Jak wyglądały początki waszego biznesu?

Marta: Ciężka praca, łyżeczka po łyżeczce. Ratowało nas podwójne źródło dochodów. Akademia była nowym dzieckiem, więc nie można było się spodziewać, że od razu zacznie przynosić plony. Zdawałyśmy sobie sprawę, że jeśli w nowy projekt nie włoży się pieniędzy, serca i zaangażowania, to nie ma co liczyć na sukces. Los nad nami czuwał, bo w momencie kiedy pojawiła się Iza, zamówienia na torty potroiły się. Pracowałyśmy po szesnaście godzin dziennie, wzajemnie się motywując i ucząc. 

Wasz sukces powstawał, „łyżeczka, po łyżeczce”, czy już upiekłyście wymarzony tort?

Iza: Nie wiem czy osiągnęłyśmy sukces. Nie chcę oceniać tego w takiej kategorii, ponieważ nam zawsze zależało na spełnieniu i rozwoju pasji, nie na sukcesie. Żyjemy na tym świecie raz i staramy się realizować nasze marzenia i założone cele. W biznesie, tak jak w życiu, działamy tak, jak dyktuje nam serce. Wybrałyśmy drogę zawodową świadomie. Zakładałyśmy, że nie będzie łatwo. 

Marta: Nasza firma jest już stabilna. Przyszedł ten moment, kiedy nie boimy się o zlecenia, ale nie tracimy głowy. Pamiętamy każdą, trudną chwilę, to powoduje, że nie odrywamy się od ziemi. Nasz sukces nie spadł nam z nieba. Trzeba go liczyć w ilości godzin spędzonych w pracowni oraz upieczonych słodkości. 

Skąd zamiłowanie do cukiernictwa?

Marta: Pierwsze torty piekła mi mama, a ja je dekorowałam. To był mój konik. Na potrzeby pasji rozwijałam się i próbowałam sił w kuchni. Pieczenie weszło mi w krew. Dobierałam smaki, jednak największą przyjemność sprawiała mi artystyczna strona mojej pasji. Pierwsze wyroby cukiernicze tworzyłam w domu. Zainteresowanie tortami wzrastało, więc postawiłam wszystko na jedną kartę i otworzyłam pracownię. 

Iza: Śmiejemy się, że lukier płynie nam w żyłach. Od najmłodszych lat kręciłam się po kuchni. Jak zaczarowana obserwowałam, jak powstają babcine ciasta. Kiedy pomyślę o przyjemnych scenach z dzieciństwa, widzę mała Izę siedzącą na stołku w kuchni i ręcznie ubijającą jajka na sernik. Dom dziadków był dla mnie oazą spokoju. Po pierwsze przepisy i porady dzwoniłam do mojej babci Krysi. Gdy zarobiłam swoje pierwsze pieniądze w życiu, inwestowałam je w nowe produkty, sprzęty, blachy i książki. Moja Mama łapała się za głowę, gdy widziała kolejną szpatułkę czy formę do pieczenia. Uważała, że powinnam, jak każda normalna nastolatka, kupić nowe spodnie czy kosmetyki. Ja robiłam swoje, a kochana Mama szorowała rano zaschnięte miski po moim nocnym pieczeniu. Konikiem Marty zawsze była estetyczna strona wypieków, ja na samą myśl o dekoracjach dostawałam paraliżu. 

Jesteście jak Yin i Yang? 

Iza: Tak, my się idealnie dobrałyśmy. Ja miałam ochotę wszystko polać czekoladą i obsypać cukrem pudrem i powiedzieć „gotowe!”. Marta jest moim przeciwieństwem. Już na początkach naszej znajomości każda z nas wiedziała za co będzie odpowiedzialna i w jakim kierunku będzie się rozwijać. Podzieliłyśmy się idealnie. 

Marta: Jesteśmy filarem swojej firmy, więc to my musimy się rozwijać i kształcić. 

Wypieki wciąż kojarzą nam się z babcinymi przepisami, a przede mną dwie młode kobiety, musicie walczyć ze stereotypami?

Marta: To prawda, musimy udowadniać, że znamy się na swojej pracy. Ogromnym komplementem jest dla nas fakt, że pary powierzają nam upieczenie i udekorowanie tortu weselnego w tak ważnym dla nich dniu. Spotykamy się już z nieufnością ze strony sal weselnych. Patrzą nam na ręce, kiedy przyjeżdżamy udekorować słodki stół lub postawić tort.
To uczucie opuszcza naszych klientów kiedy, widzą pierwsze efekty naszej pracy i bijącą od nas pasję.

Największe wyzwanie cukiernicze, jakie miałyście przyjemność realizować?

Iza: W Polsce klienci jeszcze boją się zamawiać bardzo wystrzałowe, złożone konstrukcyjnie torty. Nasi klienci skłonni są bardziej do piętrowych, skromnych tortów, z minimalistyczną dekoracją z żywych kwiatów. Ten rynek dopiero się u nas kształci. Naszym największym wyzwaniem, które miałyśmy przyjemność piec, był tort na czterdziestolecie Róży Wiatrów. Ciasto było w kształcie budynku. 

Marta: Projekt wymagał od nas ścisłej współpracy. Naszym zadaniem było odwzorować budynek. Iza zadbała o konstrukcję uwzględniając wszystkie skosy i balkony budowli. Chciałyśmy odzwierciedlić budynek, jak najdokładniej. Tort ważył około sto pięćdziesiąt kilo. Myślę, że jeszcze nie wykonałyśmy tortu, który w stu procentach pokazałby nasze umiejętności. 

Macie ikony ze swojego słodkiego świata, do których chciałybyście być porównywane ?

Marta: Nie chciałabym być z nikim porównywana. Mama zawsze mi powtarzała, że jak mam się ścigać to tylko sama ze sobą. Nie ma dwóch takich samych osób, talentów czy umiejętności. Oczywiście jest na naszym rynku kilka dekoratorek, których prace zapierają dech w piersiach i do nich też jeżdżę się rozwijać. Talent to jedno a praca nad nim to drugie.

Jakie torty królują na polskich weselach, co jest w modzie na osiemnastkach?

Iza: Bazujemy na naturalnych produktach. Kremy opieramy na bitej śmietanie i mascarpone. Nie decydujemy się na torty maślane, które są bardzo ciężkie. Smak i wizualne atuty tortu muszą iść ze sobą w parze. Nie rezygnujemy ze smaku na rzecz zewnętrznych upiększeń. Zależy nam, aby ciasta były pyszne i piękne. Wygląd ma zachęcać do zjedzenia, a jedzenie ma zachwycić na nowo.

Marta: Klienci kochają klasyki. Najczęściej zamawiane smaki, to mascarpone, truskawki, słony karmel, migdał, czarna porzeczka oraz  biała czekolada. Pamiętam, że raz klient zamówił sobie tort o smaku mandarynki na specjalne życzenie. Powiedziałyśmy sobie, że nie zrobimy tego nigdy więcej. Nie chcemy być utożsamiane z niesmacznymi wypiekami. Hitem, który wyszedł z naszej pracowni, był tort w kształcie dowodu osobistego, z ręcznie malowanym zdjęciem solenizanta. 

Znudziły Wam się już słodkie wypieki? Dlaczego zaczęłyście eksperymentować z warzywami?

Iza: Pomysł książki powstał 3 lata temu, na początku mojej znajomości z Martą. Brat do swojej firmy cateringowej potrzebował zdrowych ciast. Sądziłam, że wykonamy słodkości z chudego twarogu, lecz Marta miała inny pomysł. Zaproponowała wypieki z fasoli oraz ciecierzycy. Byłam zaskoczona propozycją mojej wspólniczki, która chciała z produktów na sałatkę piec ciasta.  Zaczęłyśmy eksperymentować z warzywami na słodko. Z samej fasoli, powstało przynajmniej kilkanaście
wariantów ciasta. 

Po raz kolejny przekonałam się w życiu, że jedyne co mnie ogranicza to wyobraźnia. Zawsze pragnęłam wydać książkę, zachwycałam się kulinarnymi poradnikami, które były oprawione w piękne zdjęcia, ale nie chciałam stworzyć czegoś tak oczywistego jak wszechobecne książki z przepisami na serniki, bezy czy inne słodkości. Pomysł zrodził się naturalnie i zaproponowałam to wspaniałe szaleństwo Marcie – abyśmy nie tylko zajęły się merytoryką książki ale też wydaniem jej. 

Kto opracował przepisy na warzywne słodkości?

Marta: Receptury, które znajdują się w książce, są naszymi autorskimi propozycjami. Same nad tym pracowałyśmy i testowałyśmy każde warzywo w słodkiej oprawie. Pragnęłyśmy w naszych przepisach wydobyć z warzywa to co najlepsze. Nie chodziło nam, aby w cieście było czuć kukurydze czy buraka, wręcz przeciwnie. Chciałyśmy, aby smakosz zastanawiał się z czego jest zrobione ciasto. Próbne wypieki rozdawałyśmy naszej rodzinie, która o niczym nie wiedziała! Widziałyśmy czy przepis jest smaczny czy nie. 

Jak wyglądały przygotowania?

Marta: Książka powstawła przez 2,5 roku, ale projekt rok leżał w szufladzie ze względu na brak czasu. Nic nie było planowane ze względu na terminarz zleceń pracowni oraz akademii. Raz usiadłyśmy i spisałyśmy nasze pomysły. Starałyśmy się wygenerować jak najwięcej czasu na stworzenie książki, często przepłacając tym życie prywatne. Kluczem było wyjście ze strefy komfortu i otworzenie się na wspaniałą przygodę. Zamykałyśmy się w poniedziałek na kilkanaście godzin w pracowni i piekłyśmy. Następnego dnia umawiałyśmy się na sesję zdjęciową. Korzystałyśmy z naturalnych warunków, jakie mamy w Trójmieście. Sesja powstawała w pracowni, po drugiej stronie ulicy oraz na klifie w Orłowie o wschodzie słońca.

Jakie warzywa możemy przemienić za pomocą waszej książki w słodkie wypieki?

Iza: Stosując nasze przepisy będzie można wyczarować ciasto z : batatów, buraka, rzodkiewki, cukinii, kopru włoskiego, fasoli, ciecierzycy, dyni, szpinaku, marchewki, fasoli, selera naciowego, kalafiora czy kukurydzy. 

Jaki jest wasz ulubiony przepis z warzywnej cukierni?

Marta: Moim faworytem jest babka na selerze naciowym i marchewce. Zdaję sobie sprawę, że to brzmi kontrowersyjnie. Niektórzy nie wiedzą jak wygląda seler naciowy, inni nie wyobrażają go sobie w surówce, a ja zachęcam do pieczenia z niego ciasta. W naszym przepisie jego smak jest niewyczuwalny. Seler nadaje babce ciekawej konsystencji. Ciasto smakuje jak babka z makiem. 

Iza: Ja mogę polecić tartę na batatach z nadzieniem wegańskim. Kukurydza też jest tu słodkim zaskoczeniem. Ciężko jest mi polecić jeden, przepis, bo gusta są różne. Mogę obiecać, że będzie słodko, smacznie i zdrowo. Każdy znajdzie coś dla Ciebie. 

Czym wyróżnia się wasza książka?

Iza: Książka jest nie tylko kolejną pięknie wydaną kulinarną pozycją. Została stworzona tak, aby można z nią pracować. Zostawiłyśmy miejsce między przepisami na własne notatki i przemyślenia. Prawie każde ciasto można zamienić na wegańskie, zamienić rodzaj cukru czy mąki więc ciasta bezglutenowe także wyjdą wyśmienite. Przekaz jest jasny i czytelny. Zależało nam, aby do wyczarowania wypieków nie było potrzeba zatrważającej ilości sprzętu. Priorytetem przy komponowaniu przepisów była dostępność produktów i łatwość odtworzenia go w warunkach domowych. 

Marta: Książką chcemy odczarować cukiernictwo. Pokazać, że to nie jest trudne, ani straszne. Chęć i pasja zapewni powodzenie wypieków. 

Który przepis polecicie do wykonania jako pierwszy, osobie, która dopiero zaczyna piec? 

Marta: Sernikobrownie z fasoli lub ciasto kokosowo - cukiniowe, które nie wymaga blendera, ani miksera. 

 

104
05/2019

W dzieciństwie los go nie oszczędzał. Mógł skończyć tragicznie, ale rękę na pulsie trzymała babcia.