Essaouira. BIAŁO-NIEBIESKA PRZEPLATANKA

Trudno powiedzieć, że nie sięgają tu spojrzenia przyjezdnych. Jest wręcz przeciwnie. Czasami można odnieść wrażenie, że jest ich równie wiele, co ziaren piasku na tutejszej plaży. Wpadają tu choćby na chwilę, by zobaczyć miejsce bajkowe, trochę nierealne. By zdobyć dla siebie Essaouirę, perłę marokańskiego wybrzeża. 

Długa, piaszczysta zatoka i równa fala są najbardziej charakterystyczne dla Essaouiry. Do tego smak orientu i zapach palonych ziół unoszący się w powietrzu. Zamieszkałe przez zaledwie 75 tysięcy osób biało-niebieskie miasto jest uznawane za jedno z najładniejszych na terenie Maroka. Usadowiło się między Casablanką a popularnym wśród Polaków Agadirem, od którego dzieli je zaledwie 170 km i sucha, bezludna przestrzeń. Nagrzana, pofałdowana ziemia. O zachodzie słońca każdy ulegnie magii tego miejsca.  

PEŁNA PARA

Miasto ma wszystko co trzeba, żeby stać się atrakcyjnym celem egzotycznej podróży. Jest tak od setek lat. Skalisty półwysep, wychodzący daleko w ocean już w VII w. p.n.e. odkryli feniccy żeglarze. Był cichy, spokojny i bezpieczny. Potem ich śladem podążyli Kartagińczycy, Rzymianie i wielu innych. To co możemy podziwiać tu dzisiaj pochodzi jednak z późniejszego okresu. Pozostałe, masywne fortyfikacje wznieśli tu Portugalczycy dopiero w XV w. Dzięki nim rozwój Essaouiry nabrał prawdziwego przyspieszenia. Tempo nie ustaje. 

Dawne, monumentalne wejście do portu - Porte de la Marine - o późnobarokowych kształtach, wygląda zupełnie europejsko. Ten malowniczy zakątek zalany morzem niebieskich łódek, dla turystów jest jedną z miejscowych atrakcji wartych sfotografowania, a dla miejscowych codziennością. Wieczorami łodzie kołyszą się na falach przywiązane jedna do drugiej, rano ich nie ma, wypływają na połowy sardynek. Popołudniami na targu rybnym odbywa się licytacja przywiezionych przez rybaków morskich zdobyczy. Są krewetki, małże, kalmary, ośmiornice, część piecze się na ruszcie. Świeżo grillowane ryby tu, nad oceanem, smakują wyjątkowo. 

WRAŻENIE TOTALNEGO CHAOSU

Wystarczy odejść nieco od portu, by trafić wprost do gigantycznej 30-hektarowej mediny, pełnej wąskich uliczek, kameralnych zaułków i egzotycznej atmosfery. Pobielane domy, niebieskie bramy, malowidła na ścianach – medyna mieni się kolorami, jest rajem dla oczu. Uroku dodają wszechobecne osiołki, najlepszy środek transportu. Nawet obłożone towarem zmieszczą się w najwęższe uliczki i przejścia.  

Stare centrum miasta jest ruchliwe i mimo pierwszego wrażenia totalnego chaosu, jest dobrze zorganizowane. Najważniejszą część tego miejsca stanowi suk, czyli arabski bazar. Na szczęście, w przeciwieństwie do ogromnego suku w Marrakeszu, wśród kolorowych straganów rozkładanych każdego dnia przez miejscowych handlarzy nie można się tu zgubić. Na kramach leży wyciągnięty prosto z pieca chleb - w Maroku jest on okrągły. Z innych stoisk dochodzi woń jadalnych róż, pęków mięty lub korzeni. Suszone daktyle, figi, rodzynki i morele, przeróżne orzechy, migdały, laski wanilii, kosze wypełnione po brzegi soczystymi owocami i warzywami. 

TARGOWY RYTUAŁ

Oczy wabią przyprawy ułożone przez sprzedawców w barwne stożki, piramidy, prostopadłościany, walce, wielościany. Kto dysponuje nadmiarem zer na koncie, powinien zajrzeć do sławnych meblarzy oraz mistrzów markietażu, których drewniane dzieła zapierają dech w piersiach. Albo po ręcznie wykonywane dywany, będące wizytówką marokańskiego rzemiosła. Maroko nie poddaje się szturmowi chińskiej tandety - lokalni rzemieślnicy dbają o jakość materiałów i precyzję wykonania.

Oprócz żywności, większość produktów sprzedawanych na suku nie ma swojej stałej ceny. Może być ona dużo wyższa lub niższa, w zależności od tego, kim jest potencjalny klient. To dobra wiadomość dla przyjezdnych, którzy dzięki targowaniu się mogą zejść nawet do 50 proc. wyjściowej kwoty. Targowanie się z miejscowymi sprzedawcami to prawdziwy rytuał, do którego warto się dobrze przygotować. 

MAROKAŃSKIE SPECJAŁY

Kto nie ma siły na starcia z handlarzami, powinien zapuścić się tam, gdzie nie ma straganów dla turystów, albo skryć się w jednej z kameralnych restauracji, w których menu łączy w zadziwiający sposób wpływy francuskie, arabskie i berberyjskie. Dania bazują przede wszystkim na mięsie drobiowym, baranim i wołowym, a także na świeżych rybach. Jest rewelacyjna bissara, przyrządzona ze zmiksowanego bobu, czosnku i cytryny. 

Popularna wśród turystów jest również harira – zupa z jagnięciny, warzyw i drobnego makaronu. Często podawana jest z daktylami lub z kawałkami daktylowego ciasta. Oczywiście wszechobecna jest kasza kuskus i tadżin, misa z przykrywkami w kształcie stożków do przygotowywania potrawy o tej samej nazwie. To przypominające gulasz danie z wielorakich składników.  

W RYTMIE SLOW 

Medina to raj zakupoholików, ale też wielbicieli wypoczynku w rytmie slow. W starych murach ukryły się bowiem riady, tradycyjne, odizolowane od zewnętrznego świata domy z wewnętrznymi galeriami i dziedzińcami z fontanną lub ogrodem. Dawniej chroniły prywatność rodziny, zapewniały swobodę kobietom, dawały cień i osłaniały od wiatru, dziś zamieniają się w eleganckie hotele. Swój azyl znajdują w nich turyści z całego świata, spragnieni magicznej atmosfery i orientalnego nastroju. 

Poza tym przez Essaouirę przebiega marokańska pętla arganowa. Z owoców endemicznych drzew arganii żelaznej Berberowie od wieków wytwarzali olej, który dziś zna cały świat. By zobaczyć pnie oraz gęste korony, pełne drobnych zielonych owoców, wystarczy wyjechać za miasto. Warto, bowiem występują tylko tutaj. 

W Cooperative Marjana, 20 kilometrów od Essaouiry, można przyjrzeć się z bliska, jak produkuje się olej arganowy. Kolorowo ubrane kobiety siedzą w kucki, kamiennymi sztabkami rozłupują twarde owoce. Tak właśnie powstaje olej arganowy, jedno z naturalnych bogactw Maroka. Jest tu też sklep z ręcznie wytwarzanym czystym olejem kosmetycznym i kulinarnym, mydłami, kremami, szamponami.  

OTELLO NA WAŁACH 

Jest jeszcze jeden powód dla którego warto tu przyjechać. Od 1998 roku w Essaouirze odbywa się marokański Woodstock. Festiwal każdego roku zamienia ciche portowe miasteczko nad Atlantykiem w gigantyczną scenę na wolnym powietrzu. To największy i najbardziej kosmopolityczny festiwal w Maroku. Zresztą mieszanka mistycyzmu i muzyki już od dziesiątków lat przyciągała uwagę artystów do tego niewielkiego miasteczka. W latach 60. Essauoira stała się mekką muzyki hipisowskiej. Nie brakuje opowieści, że właśnie tu przez kilka miesięcy inspiracji szukał sam Jimi Hendrix. 

Bywali tu też słynni poeci, pisarze i hipisi, którzy pokochali klimatyczne marokańskie miasteczko. Jej urokowi nie zdołali się też oprzeć Leonard Cohen, Cat Stevens, Frank Zappa, Paula Abdul, Tennessee Williams czy Led Zeppelin. Do dziś da się w mieście odczuć luźny klimat dawnych czasów. Doceniają to filmowcy. Na wałach Orson Welles nakręcił początek filmu "Otello". Dziś w mieście jest ogród noszący imię tego szekspirowskiego bohatera. Oliver Stone kręcił tu sceny do widowiskowego "Aleksandra", a w "Królestwie Niebieskim" Ridleya Scotta mury obronne zagrały Jerozolimę.   

UCIECZKA NAD OCEAN

Eassaouira to nie tylko miasto. To także plaże… białe, szerokie, bezkresne. Znad Oceanu Atlantyckiego silne wiatry wieją każdej porze roku, dnia i nocy. Zimą jest słabszy wiatr i duża fala, latem odwrotnie. Nikt jednak nie narzeka, bowiem dzięki niemu Essaouira zdobyła tytuł windsurfingowej stolicy Afryki Północnej. Poza sportowcami, wybrzeże przyciąga tłumy spragnionych słońca i poszukujących odpoczynku w spokojnym, niczym nie zakłóconym zakątku. Nad wodą łatwo go znaleźć.  

 

93
06/2018

Jak spada się z 68 metrów, to z człowieka niewiele można uratować.