ANITA DEMIANOWICZ
PODRÓŻ ZA JEDEN UŚMIECH

Świat podziwia z perspektywy rowerowego siodełka. Nosi trampki, pisze bloga i pokazuje, że nawet wielkie zaskoczenie może mieć niesamowicie pozytywne oblicze. Życie to podróż, jest przekonana Anita Demianowicz – blogerka, podróżniczka i twórca  Trampek, spotkań dla kobiet uwielbiających podróże.

Skąd pseudonim Banita?

Dobrowolna banicja (śmiech). 

Kiedy się Pani na nią zdecydowała?

Prawie pięć i pół roku temu. Długo szukałam własnej drogi. Przez 5 lat pracowałam jako przedstawiciel medyczny w firmie farmaceutycznej, ale od początku wiedziałam, że to nie to. Nie lubię, kiedy wciska się mnie w ramy. Ogarniał mnie jakiś rodzaj smutku, szczególnie wtedy, gdy obserwowałam, jak inni spełniają swoje marzenia o podróżowaniu. Też tak chciałam, szczególnie, że zwiedzanie świata od zawsze było moją pasją. W pierwszą podróż ruszyłam w grudniu 2012 roku.

Dokąd?

Do Gwatemali, Salwadoru, Hondurasu i Meksyku. Podróżowałam prawie 5 miesięcy. Decyzja o regionie była czysto przypadkowa. Gwatemala mi się przyśniła i wpasowała w pomysł, w którym szansa na spotkanie rodaków będzie nikła, a kraj hiszpańskojęzyczny. Przygotowania były już wielką przygodą, informacji o tym zakątku świata było niewiele, głownie na blogach.

Ile zajęły przygotowania?

Przez rok odkładałam pieniądze i przygotowywałam się do rezygnacji z pracy. Sporo czytałam, wnikliwie starałam się jak najwięcej dowiedzieć. To nie tak, że przygotowałam kalendarz, w którym zanotowałam, co będę robić danego dnia. Plan objął naukę hiszpańskiego, dlatego na początku trafiłam do szkoły. Potem zdałam się na los podróżnika.

Mówi Pani biegle?

Porozumiewam się całkiem dobrze. Do perfekcji droga daleka, stale się uczę. 

Z zawodu podróżniczka, da się z tego żyć?

Da, chociaż nie jest to łatwe. Wymaga czasu, determinacji i cierpliwości. Bloga zaczęłam prowadzić w dniu wyjazdu. Pierwsze sensowne pieniądze przyniósł mi po ponad 3 latach. Równolegle pisałam dla jednego z portali, ukierunkowanie na to, co robię i stała współpraca przyszły po pewnym czasie. 

Ludzie lubią czytać o podróżach?

Tak, książki podróżnicze cieszą się popularnością. Na blogach z kolei poszukuje się informacji praktycznych, takich z pierwszej ręki od osoby, która była i miejsce dobrze zna.

Dlaczego uważa Pani Honduras i Gwatemalę za najbardziej niebezpieczne?

To nie jest wyłącznie moja opinia. Przed pierwszym wyjazdem mama podesłała mi ranking najbardziej niebezpiecznych krajów na świecie. Wtedy Salwador był na drugiej pozycji. 

Czego należy się bać?

Obiegowa opinia dotyczy napadów. Nie uniknęłam nieprzyjemnych sytuacji, ale wolałabym nie generalizować, szczególnie, że w naszym kraju również mają miejsce.

Element ryzyka jest bodźcem?

Nie do końca. Fajnie, gdy udaje się podróżować unikając niebezpieczeństwa. Adrenaliny można sobie dostarczyć w inny sposób. Nurkując, skacząc ze spadochronem, czy zjeżdżając z wulkanu na desce, co miałam okazję zrobić. To lepszy rodzaj emocji, niż obawa o sprzęt fotograficzny, czy przysłowiowe ciemne ulice. Pojechałam, sprawdziłam i przekonałam się na własnej skórze, jak to jest.

Które miejsce na świecie najbardziej zaskoczyło?

Stany Zjednoczone, duży i wyjątkowy obszar. Będąc na zachodnim wybrzeżu zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Jestem zwolenniczką natury, gór i parków narodowych, więc to, co zobaczyłam całkowicie zaczarowało. Kulturowo Japonia, pomimo, że gruntownie przygotowywałam się przed wyjazdem. Podróżując staram się być otwarta, przyjmować dany kraj, takim, jakim jest, a nie nastawiać się na to, co mówią inni.

Zdarzyło się, że przez różnice kulturowe chciała Pani wracać?

Nie byłam jeszcze w miejscach, które mogłyby to spowodować. Z drugiej strony wydaje mi się, że otwartość powoduje chęć poznania i sięgania głębiej, mimo zdziwienia. Przez Iran podróżowałam przez miesiąc rowerem. W hidżabie, tunice i długich spodniach, dostosowując się do panujących zasad. W danym kraju jestem gościem, dlatego adaptuję się do zasad i kultury, jakie panują. Obowiązek podróżnika.

W Polsce się Pani odnajduje?

Wracając z Gwatemali towarzyszyła mi myśl, że mam wielkie szczęście rodząc się, jako kobieta w Polsce. Mimo, że zdarza się narzekać na sytuacje gospodarczą, czy polityczną to zderzenie się z bezpośrednim porównaniem mocno
weryfikuje światopogląd.

Za czym Pani tęskni w trakcie podróży?

Tęsknie za prostymi rzeczami, jak prysznic, który bywa luksusem, pod który mogę wejść nie zakładając klapek.  Za łóżkiem bez robactwa. Za rodziną, przyjaciółmi i chwilami, które są ważne.

Rower najlepszym środkiem transportu?

Tak. Lubię aktywność, biegam, trenuję na siłowni. Rower jest doskonałym połączeniem podróżowania z aktywnością. Z wysokości siodełka zwiedza się inaczej. Nie tak powoli, jak na piechotę, ale nie tak szybko, jak samochodem. Pozwala nawiązać relacje, które mnie fascynują. Rower staje się bodźcem do fajnych historii, które się przydarzają.

Często?

Zależy od kraju. Jadąc przez Iran, codziennie rano zastanawiałam się, co się wydarzy. Podróż prowokowała nietypowe sytuacje. Ludzie zapraszali nas na obiad, proponowali nocleg. W Polsce takie historie przytrafiają się rzadziej. Podróżując dookoła kraju z pewnością wzbudzałam zainteresowanie, ale nie było ono tak euforyczne, jak za granicą.

W ile czasu objechała Pani Polskę?

Nie liczyłam dokładnie dni rowerowych, ale zajęło mi to około 7 tygodni. Nie traktowałam podróży na czas, zdarzało się, że odpoczywałam dzień dłużej, czy zabawiłam chwilę u rodziców.

Podobno trudno z Panią wytrzymać?

Opinia męża (śmiech). Stale mnie nosi, nie potrafię usiedzieć w miejscu, mam tysiąc pomysłów na minutę. Jestem wybuchowa i nieprzewidywalna. Kobieta wulkan. Jak tytuł prezentacji, którą prowadzę.

Wulkany fascynują?

Bardzo. Szczególnie te aktywne. Powodują sporą dawkę adrenaliny. Świadomość, że są w trakcie erupcji jest niesamowita.

Wchodzenie na nie jest dozwolone?

Jak najbardziej. W lutym byłam w linii prostej jakieś 16-20 metrów od krateru wulkanu w trakcie erupcji. Robiłam zdjęcia i w pewnym momencie musieliśmy szybko się cofnąć, ponieważ wybuch był tak silny, że kamienie wypluwane przez krater spadały w miejsce, gdzie staliśmy.

Najbardziej ekstremalna rzecz w Pani wykonaniu?

Zjazd na desce z aktywnego wulkanu. Trasa wulkanoboardingu w Nikaragui miała około 800 metrów, może nie była straszliwie długa, ale totalnie ekstremalna.

Jakie jest tempo?

Zależy od tego, na ile się hamuje. Rekord wynosił około 80 kilometrów na godzinę. Ja hamowałam i jechałam maksymalnie 30. Na tym wulkanie został ustanowiony rekord zjazdu na rowerze prototypowym i z tego, co pamiętam liczył około 180 kilometrów. Chłopak, który tego dokonał trafił do księgi rekordów i na 3 miesiące do szpitala.

Tramp nosi trampki?

Pewnie tak (śmiech). Spotkania podróżujących kobiet o nazwie TRAMPki to moje dziecko. Pomysł zakiełkował ponad 5 lat temu, gdy w kwietniu wróciłam z podróży. Stwierdziłam, że brakuje wydarzenia dedykowanego paniom, na którym mogłyby sporo się dowiedzieć, zapytać i rozwiać wątpliwości, które w nich siedzą. W tym czasie dostawałam sporo maili od dziewczyn, które chciały zrobić to, co ja, ale strach je blokował. To był ten moment, w którym zbieramy się w jednym miejscu, wzajemnie się inspirujemy, ubierając trampki, dzięki którym krok po kroku realizujemy marzenia. W tym roku spotkaliśmy się w Europejskim Centrum Solidarności i to był czas, w którym poznałam wiele fantastycznych kobiet, inspirujących historii i pomysłów na niezapomniane wyprawy. 

 

93
06/2018

Jak spada się z 68 metrów, to z człowieka niewiele można uratować.