MARIUSZ SZCZYGIEŁ
TAJNA BROŃ MASOWEGO RAŻENIA

Witał rzeszę Polaków z dachu wieżowca Polsatu. Bez cienia sarkazmu gościł bohaterów, których kilku śmiało mogłoby wylądować w gabinecie psychiatry. Kraj zamierał, on drążył dalej, a słupki oglądalności szybowały w górę. Wielu zastanawiało się, gdzie zniknął. Mariusz Szczygieł, symbol zmian i rodzimego talk show, gdy zgasły światła telewizyjnych jupiterów poszedł prostą drogą. W stronę reportażu i książek, które zrywając kajdany, są tlenem i najlepszą koniecznością.

Jakie perspektywy zobaczył Pan z dachu wieżowca Polsatu? 

Najbardziej perspektywę kupienia mieszkania w Warszawie. Nie chciałem pracować w telewizji, ani prowadzić żadnego programu. Jego producent i reżyser Witold Orzechowski uparł się na mnie. Zakochał się w moim głosie, w którym - jak stwierdził - jest słońce. Usłyszał mnie w nocy w radiu i wymyślił, że będę prowadził talk-show. Przekonało mnie tylko to, że kupię sobie szybciej mieszkanie. "Obiecuję panu, że za rok od poprowadzenia pierwszego programu będzie pan miał mieszkanie". Ja na to: "Kawalerkę". "Nie, dwupokojowe" - stwierdził. I tak było, latem 1996 roku kupiłem swoje pierwsze 38 metrów. Nie pracuję już 17 rok w telewizji, mieszkanie mam kolejne... Muszę powiedzieć, że darzy mi się w zawodzie, może ta słoneczność we mnie procentuje i ludzie lubią ze mną pracować.

Na ekranie wszystko się zaczęło, czy skończyło? 

Zaczęła się popularność, pieniądze i frukty od życia. Kontrolerzy zamiast sprawdzać mi bilet w tramwaju, podawali mi rękę. Dostałem nawet raz "pisemną prośbę o stosunek płciowy". Skończyła się prywatność, spokój i pisanie reportaży do "Gazety Wyborczej". Zanim trafiłem do Polsatu, pracowałem w "Gazecie" i dobrze mi szło. Do reportażu wróciłem po telewizji i dzięki Bogu, bo uważam, że telewizja mnie zjadała, roztrwaniałem tam swoją energię. Wiem, że program "Na każdy temat" był kultowy, pomógł wielu ludziom i pokazywał Polaków jako niekoniecznie zhomogenizowany naród, a tak myśleliśmy o sobie w PRL-u, że wszyscy jesteśmy jakoś jednakowi. A tu nagle: księgowa, która wierzy w UFO; emerytowana sprzedawczyni, która dorabia w klubie sado-maso; oficer wojska, który śni o latających ciężarówkach. 

Dziennikarz z krwi i kości? 

Dziennikarstwo to złe słowo. Nie czuję się typowym dziennikarzem. Jestem reporterem. Nigdy nie zajmowałem się newsami, publicystyką, ani tematami politycznymi. Jedna moja książka jest o tym, jak w Czechach żyje się bez Boga, inna - o kobietach, które usiłują uciec ze swojej codzienności, jeszcze inna opowiada do jakich życiowych prawd doszli napotkani przeze mnie ludzie. To nie są typowo dziennikarskie obszary. Więc może lepiej spytać: czym jest dla mnie pisanie? Otóż tym czym jedzenie, oddychanie i seks. Koniecznością! Nie żyję, jeśli codziennie nie napiszę chociaż jednego postu na Instagramie. Słowo pisane jest dla mnie ważniejsze niż wypowiedziane. Ma większą moc. Piszę schludnie, mówię bezładnie. Piszę w sposób uważny, mówię, co mi ślina na język przyniesie. Pisanie jest dla mnie czymś organicznym, dopiero potem intelektualnym. 

Słowo ma moc? Tajna broń masowego rażenia?

Ma, ogromną. Widać, co robią dziś z ludźmi fake-newsy. Widać jak słowem potrafią rządzący manipulować, żeby osiągnąć swoje korzyści. Wystarczy coś zohydzić słowem i już efekt jest gotowy. Jeśli świat się skończy, to od słowa, wypowiedzianego pochopnie, bez namysłu. Dlatego cieszmy się życiem, póki jest.

Hanna Krall nauczyła Pana uwodzić czytelnika? Uczył się Pan reportażu?

Pamiętam, jak wnuczek Hanny Krall, który dziś już jest żonaty, miał siedem lat i spytał babcię: Co robicie z panem Mariuszem? "Babcia pilnuje, Michałku, żeby pan Mariusz ładnie pisał". Krall twierdzi, że reportażu da się nauczyć każdego, kto ma talent. Bo nie da się nauczyć kogoś bez talentu. Więc jedno i drugie. Musimy mieć diament i wtedy możemy go szlifować.

Rozumie Pan ludzi? Wchodzi w buty bohaterów? 

Zbieram materiał, rozmawiam z ludźmi, studiuję stare dokumenty po to, żeby rozumieć. Co człowiek może zrobić w tym życiu, które nie ma żadnego sensu poza reprodukowaniem się? Jak najwięcej zrozumieć. Bo wtedy ulżymy w życiu i sobie, i innym. Nie identyfikuję się, raczej często im zazdroszczę. Wyszukuję bohaterów, którzy robią coś innego niż ja, których podziwiam, którzy są ode mnie inni. Opisałem młodego rzeźbiarza Tomasza Górnickiego, który w Warszawie znany jest z tego, że dokonuje interwencji miejskich, czyli w przejściach podziemnych, czy przęsłach mostu zostawia nielegalnie swoje rzeźby. Penetruje miasto i wypełnia jego zakamarki. Graficiarze zostawiają malunki, on - dzieła przestrzenne. Jest street-artowcem, ale mnie wydał się miejskim macho. Mężczyzną, który ma potrzebę zostawić piętno na mieście. Napisałem reportaż o nim, ale jednocześnie jest to opowieść o mojej tęsknocie za męskością.

Lista nagród jest męska?

Nie. Nagrody niewiele znaczą. Sukcesem może być kolejna napisana książka, o której czytelnicy mi powiedzą: czytam ją drugi raz. Choć o "Gottlandzie", czy "Kaprysiku" słyszę, że niektórzy czytali je po cztery, pięć razy. Tylko tym się mogę cieszyć. Nagród mam niezliczoną ilość, ale to nie to samo, co satysfakcja czytelnika. Niedawno jedna pani w Gdańsku podczas targów książki kupiła trzy egzemplarze mojej książki "Projekt: prawda" dla trzech przyjaciółek. "Chcę im pokazać dzięki czemu wydobyłam się z depresji - tabletki i Szczygieł". Dzięki takim wyznaniom jestem spełniony. Ale powiem Pani, co jeszcze mnie "spełnia". Kiedy jadę na promocję jakiejś mojej książki za granicą - a wyszły one już w 20 krajach, łącznie ze Stanami, teraz szykuje się wydanie chińskie - lektor czyta fragment, ja śledzę w egzemplarzu polskim dany tekst i słyszę jak publiczność we wszystkich krajach śmieje się w tym samym miejscu tekstu albo ma grymas zaskoczenia na twarzach w tym samym miejscu. Myślę sobie wtedy: O, Szczygieł, umiesz porozumiewać się ze światem.

Krzyż na klapie jest...

Rzeczywiście, dostałem Polonię Restitutę od prezydenta Komorowskiego, ale uważam, że to przesada. Nic wielkiego dla literatury i Polski jeszcze nie zrobiłem. Chciałbym napisać jeszcze dwie mądre książki. A potem zobaczę, co będę robił. Ukoronowaniem zawodowym jest chyba to, że mogę żyć wyłącznie z pisania i wieczorów autorskich. Nie muszę mieć nigdzie etatu. To jest mój realny sukces. I oby tak było dalej. 

Marzyciel bywa niepoprawny?

Marzenia moje prywatne nie mają szans się spełnić. Moim marzeniem jest znać angielski i zamieszkać na trochę w Nowym Jorku. Znać francuski i zamieszkać na trochę w Paryżu. Ale one nigdy się nie spełnią, ponieważ jestem leniwy i nie nauczę się tych dwóch języków. Znam czeski i mogę zamieszkać w Pradze - to też pięknie, ale możliwe jest tylko w teorii. Moja rodzina nie wyjedzie do Pragi na stałe. Prowadzę Fundację Instytut Reportażu i zostawienie jej też nie byłoby w porządku wobec współpracowników. Nie jestem wolny do końca, niestety. 

To, co to za wolność?

Wolność najbardziej czuję w tym, że mogę wstawać, kiedy chcę. Nie znoszę gdzieś być o wyznaczonej godzinie rano. Do dwunastej nie umiem nawet za bardzo rozmawiać. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że dzwoni się do mnie dopiero po południu. Kiedy byłem nastolatkiem, musiałem dojeżdżać codziennie do szkoły 23 kilometry. Wstawałem o 6:10. Postanowiłem wtedy, że moim głównym celem będzie doprowadzenie swojego życia do punktu, w którym nie muszę wstawać wcześnie rano. Od pięciu lat nie muszę. I to dla mnie jest prawdziwe ukoronowanie życia zawodowego.

Wszyscy książki piszą. Co to za nowy trend? 

Mam nadzieję, że nie każdy. Wielu ludziom wydaje się, że pisanie jest łatwe. Powstaje wiele bubli, książek bardzo źle napisanych. Czytamy coraz mniej, co powoduje, że ludzie nieoczytani są pewni siebie i wydaje im się, że mogą pisać. Brak świadomości i kultury literackiej powoduje, że mają tę odwagę. Ja mam przerwy między książkami kilkuletnie. Wiesław Myśliwski, z którym broń Boże się nie porównuję, bo to największy żyjący polski pisarz, pisze jedną książkę na dziesięć lat. Im bardziej jesteśmy świadomi tego, co już istnieje w literaturze, tym mniejsza odwaga do pisania własnych książek.

Media mocno się zmieniły?

Nie wiem, niestety, co się zmieniło, bo prawie nic nie oglądam, poza TVN24Bis. A jak czasem spojrzę na ekran przez przypadek, to widzę, że dzisiaj wszystko dzieje się szybciej. Choć muszę powiedzieć, że jest jeden facet, któremu jako medium ufam. To Piotr Kraśko. Jest tym, kim ja chciałbym być, gdybym urodził się homotelevisius. Ale ja pracy w telewizji nie znoszę i nie znosiłem. Ona wydarzyła się w moim życiu przypadkiem. Co do mnie, pracuję nad nową książką, która powinna wyjść jesienią. Będzie to książka reporterska, bohaterowie będą z Polski, Czech, Albanii, Ukrainy, a temat będzie psychologiczny. Powinna to być najbardziej literacka moja książka, ale oczywiście nic nie zmyślone, bo mnie interesuje tylko literatura faktu.

93
06/2018

Jak spada się z 68 metrów, to z człowieka niewiele można uratować.