ALAIN I GRAŻYNA MOMPERT
MAŁŻEŃSTWO DYPLOMATYCZNE

Miłość ma wiele kolorów. Gdy spoglądają w lustro, widzą ludzi szczęśliwych. Spełnionych, uczciwych wobec siebie i wrażliwych na los potrzebujących pomocy dzieci. Są jak ogień i woda. Potężne żywioły, które w pasji i wierze nie wahają się mierzyć mocniej, po to, aby dać innym nadzieję. Przekonani, że ludzie potrafią się jednoczyć, Grażyna i Alain Mompert przez okna konsulatu Francji witają z radością nowy dzień. Kolejny, który mocniej upewnia ich, że to, co wspólnie robią, ma wielki sens.

Polskiego uczył się Pan pilnie?

Alain Mompert: Jestem zdania, że szacunek do obywateli danego kraju można wyrazić między innymi próbą nauczenia się ich języka. Gdy zapadła decyzja, że moje miejsce na ziemi to Polska, podjąłem wyzwanie. Mimo, że czas płynie, wciąż dostrzegam sporo błędów, które popełniam. 

Grażyna Mompert: Mąż fantastycznie mówi po polsku. Zdarza się, że poprawia moje błędy (śmiech). Spogląda przez ramię na klawiaturę i wskazuje pomyłkę. Mówię brawo i rosnę z dumy! Zdradzę, że czyta wszystko, co wpadnie mu w ręce!

Polską literaturę też?

A.M: Jestem w stanie czytać wszystko, ale zupełnie nie wiem, jak do tego doszło! Pamiętam, kiedy przyjechałem do Polski miałem bardzo dużo czasu. W sopockim mieszkaniu dysponowałem trzema programami telewizyjnymi. Namiętnie przytrafiał mi się popularny „Czterdziestolatek” przeplatany Teatrem Telewizji. Ratowało mnie to, ponieważ aktorzy mówili bardzo wyraźnie. Jednocześnie wspierałem się gazetami, zaczynając prasówkę od podpisów pod zdjęciami. Potem przechodziłem do tytułu, a na końcu do zawartości.

Pomysł na Ecole Francais i przedszkole francuskie przyjechał wraz z Panem?

A.M: Byłem pewien, że obie formuły są potrzebne. Faktycznie, pomysł miałem od samego początku. Dynamicznie rozpocząłem poszukiwania odpowiedniej lokalizacji w Gdyni. Udało się. 

G.M: Nas połączyła chęć pomagania. Oboje mocno skupiamy się na działalności charytatywnej. Daje nam to mnóstwo pozytywnej energii. Skupiliśmy się na dziecięcym hospicjum Bursztynowa Przystań w Gdyni. Działanie na rzecz innych mocno nas cementuje.

Dlaczego Bursztynowa Przystań?

G.M: Księdza prowadzącego hospicjum znam od ponad 30 lat. Poznaliśmy się jeszcze w Starogardzie, skąd pochodzę. 

Można pomóc śmiertelnie chorym dzieciom?

A.M: Można. Pomagać zaczynałem dla Fundacji Marka Kamińskiego i Akogo. Uczyłem się, jak pomagać mądrze. Mam sporo szczęścia, na mojej drodze stają niesamowici ludzie. Mam zaszczyt przyjaźnić się z Czesławem Langiem, w moim pojęciu człowiekiem, który potrafi wymiernie i wprost do celu realizować zaplanowaną misję. Ta kooperacja doświadczenia i charakterów powoduje, że obaj możemy więcej od siebie dać.

G.M: Oboje bierzemy udział w Tour de Pologne! Alain jest opiekunem sędziego głównego wyścigu. Cieszy nas to, że wiele rzeczy możemy robić wspólnie. Jest to dla nas szalenie ważne.

Rowerowi wyczynowcy?

G.M: Tour de Pologne ma dwie formuły. Profesjonalną, dedykowaną zawodowcom i drugą, w której biorą udział amatorzy. Właśnie w trakcie ich zmagań zbierano pieniądze na fundację Akogo prowadzoną przez Ewę Błaszczyk.

W hospicjum można zachować zimną krew?

G.M: Była pani kiedyś? Ja trzy razy. Po raz pierwszy z uwagi na charytatywną Galę Polsko - Francuską, którą robimy właśnie dla Bursztynowej Przystani. Za trzecim razem  powiedziałam: ksiądz, mogę robić wszystko. Być obsługiwaczem finansowym, pomagać marketingowo, ale inaczej nie dam rady, bo serce pęka. Maleństwa leżące bez mamy i taty. Ich obraz mam w sercu i pewnie dlatego tak mocno zaangażowaliśmy się w Galę.

Wspólna potrzeba pomagania?

A.M: Nie było nam trzeba inspiracji. Od dawna staram się pomagać. Początek miał miejsce w 1982 roku w Bejrucie. Potrzebę pomagania tak po prostu się ma.

G.M: To prawda. Możliwość robienia wartościowych rzeczy dla innych dodaje skrzydeł. Daje ogromną siłę, która pozwala nam realizować zamierzenia. Podczas charytatywnej Gali Polsko – Francuskiej skupiamy wiele osób, w polsko –francuskim zespole jest nas trzydzieścioro.

A.M: W 2013 roku, jako Prezes Związku Francuzów Zagranicą w Gdyni zorganizowałem Galę po raz pierwszy. Okazała się sukcesem, zebraliśmy sporo pieniędzy. Wznowiłem działania, widząc zainteresowanie, zaangażowanie i zapewnienia sponsorów, że wszystko co zaproponuję, będzie miało ich pełne poparcie. Pieniądze, które są zbierane podczas wydarzenia są wpłacane bezpośrednio na konto hospicjum. Mamy to szczęście, że sponsorzy pokrywają wszystkie wydatki, jakie związane są z Galą.

G.M: Wspólnie z Anią i Mariuszem Białek mamy ogromne szczęście do ludzi. Udało nam się skupić wokół tej szczytnej idei wyśmienitych sponsorów i partnerów, którzy swoją pracę świadczą pro-bono. Carrefour Polska, Hotel Mercure Gdynia Centrum wraz z całym zespołem fantastycznych ludzi i niezwykle profesjonalnych, Philippe Abraham z Petit Paris Sopot, wyjątkowe artystki – Polki, działające z sukcesem w Paryżu i w Polsce,  Chris Schittulli z Bogdanem Hołownią, Stephanie Moser, Sylwie La Roche, artyści z Teatru Muzycznego w Gdyni, sprawiają, że nasze marzenia o pomocy nieuleczalnie chorym dzieciom urzeczywistniają się.

A.M: Nadaliśmy Gali akcent wyjątkowości. Na gości, którzy nas zaszczycą czekać będzie wyśmienita francuska kuchnia, wspaniałe wina i nasze otwarte serca. Nasi goście są
na pierwszym miejscu. 

Francuska gościnność, czy taki model biznesu?

A.M: Nie, nie powinniśmy generalizować. Galą pokazujemy, że są Polacy potrafiący robić doskonałe rzeczy u siebie w kraju i we Francji, podobnie, jak Francuzi, którzy tak samo funkcjonują w ojczyźnie i poza jej granicami. Piękny mariaż i jedność, dzięki którym umiejętnie realizujemy cel, jaki nam przyświeca. 

G.M: Nie przygotowujemy Gali skupiając się na ilości. Przygotowaliśmy 150 miejsc, które sprzedały się w mgnieniu oka. Bez reklamy i namawiania. Gala stała się symbolem zjednoczenia w pomaganiu dzieciom. Nam o to chodziło.

Polacy przyjaźnią się z Francuzami?

A.M: Bardzo. Wiktor Hugo powiedział, że nasze kraje łączy wiele. Spójrzmy na historię, nie było między nami konfliktów, a  jedynie nieporozumienia. Jesteśmy, muszę przyznać, jak stare dobre małżeństwo.

Francję ma Pani od dawna w sercu?

G.M: Uczyłam się w liceum z wykładowym francuskim. Zakochiwałam się w tym kraju podczas wymian, na które wyjeżdżaliśmy. Po latach odwiedziłam te miejsca wraz z mężem.

Dom polski, czy francuski?

A.M: Mówimy po polsku.

G.M: Patrząc na prowadzenie domu udało się nam pomieszać bez kolizji. Sporo serwowanych przeze mnie potraw to przepisy babci Alaina.

Trudna kuchnia?

G.M: Przystępna, ale wyrafinowana.

A.M: Najważniejsze jest serce, to najistotniejsza przyprawa, niezależnie od kuchni.

Serce dzieli Pan na pół?

A.M: Serce właśnie po to jest. Gala ma dla nas ogromne znaczenie, dlatego dbamy o wyjątkowość jej oprawy. Podczas Gali wręczana jest nagroda Bryła Bursztynu – dla osoby, która swoją życiową  postawą stanowi przykład wrażliwości i otwarcia na drugiego człowieka. Jestem pewien, że za 10, 20 lat stanie się ona symbolem dobroczynności. W taki sposób staramy się doceniać tych, którym nie jest obojętny los innych. To najważniejszy warunek.

Zawsze razem ręka w rękę?

G.M: Staramy się. Jesteśmy dla siebie ważni, czasem nawet myślę, że prawie jak tlen. Łączą nas rowery, obydwoje uwielbiamy przejażdżki. Mamy swoje miejsca, w które wybieramy się z przyjaciółmi. Padają rekordy, bo proszę mi wierzyć, przykład przyjaciela wicemistrza olimpijskiego jest najlepszą motywacją do pokonania kolejnych kilometrów. 

Padł dystans życia?

G.M: Pokonałam 80 kilometrów jadąc z mężem na Hel. 

A.M: Jechaliśmy spokojnie, zamknęliśmy się w niespełna pięciu godzinach.

G.M: Hel zrobiłam dwa razy. Lubię rowerowe wyzwania, czego dowodem są mocne podjazdy w hiszpańskich górach.

A.M: Przyznaję, Grażyna jest niesamowita! Podjazd miał 23 procent. Żona śmignęła bez trudu.

Duch sportowca?

G.M: Sport w moim życiu zaczął się, gdy poznałam Elę i Czesia Lang.  Zaszczepili w nas miłość do kolarstwa.

A.M: Jest trzech Polaków, których zna każdy Francuz: Jan Paweł II, Lech Wałęsa i Czesław Lang. Pewnie dlatego Tour de Pologne jest rzeczą ważną.

G.M: Ten wyścig to połączenie najwspanialszych rzeczy związanych ze sportem. Obłędna energia, która wydziela się przez 7 dni trwania zmagań. Pokazuje, jak jednoczymy się  na metach i startach. Cudowna fiesta. Czesław z taką samą mocą zaangażował się w naszą Galę. Przekazuje na licytację rower. W tym roku wręczy go jego córka Agata, będąca jedyną kobietą na stanowisku wiceprezesa Europejskiej Federacji Kolarskiej. 

A.M: W ubiegłym roku rower od Czesława Lang został wylicytowany za 12 tysięcy, które zasiliło konto hospicjum.

Małżeński dar przekonywania?

A.M: Uciekamy od negatywnych rzeczy. Koncentrujemy nasze starania na dobrej i jasnej stronie medalu. Wydaje mi się, że to klucz, który otwiera wiele drzwi.

Polskie narzekanie nie podcięło skrzydeł?

A.M: Francuzi są tacy sami. Otwierają oczy i zaczynają narzekać. Podobnie, jak Polacy na pogodę, podatki i wysokie ceny w sklepach (śmiech).

G.M: To prawda, ale nie zapominajmy, że są radośni. 

A.M: Galę organizujemy przez cały rok. Uprzedzam zespół, że będą napięcia, stresy i wymiana zdań. To wpisane w takie działania. Najważniejsze, aby w trudnych momentach nie zboczyć z kursu, pamiętając, jaki przyświeca nam cel.

Tytuł konsula honorowego pomaga?

A.M: Zdecydowanie. Dlatego od chwili nominacji powróciłem do organizacji Gali.

Z honorami?

A.M: Z wiarą i honorem (śmiech). Konsul honorowy nie ma zatrudnienia. Otrzymuje honorarium, ale nie ma umowy o pracę. Ma za to przywileje dyplomatyczne. Staram się robić, co w mojej mocy, aby moje stanowisko pozwalało na realne działania wobec obywateli, którzy mnie potrzebują. Nie patrzę na zegarek, załatwiam szpital, gdy trzeba, samolot, ubezpieczenia. Nie skupiam się, co znajduje się w moim zakresie zadań, staram się otoczyć ludzi troską. Bez zastanawiania się, kim są.

G.M: Z Bogiem. Obydwoje bardzo wierzymy i modlimy się bardzo często. Wiele momentów zawdzięczamy wspólnie zanoszonym prośbom. 

Szkoła to ukoronowanie wspólnego dzieła?

A.M: Zależy nam, aby żadne z dzieci nie zostawało w życiu bezradne. Stworzona przez nas placówka Ecole Francaise ma przede wszystkim dawać solidne podstawy, które zaprocentują w dorosłym życiu. Aktualnie uczy się w niej 85 procent Polaków.

G.M: Przedszkole i szkoła. Ta ciągłość pozwala na realizację zamierzeń dydaktycznych. Kontynuacja odbywa się w gdyńskiej „dwójce” z którą współpracujemy.

A.M: Nabierając doświadczenia przekonałem się, że najważniejsze jest spojrzenie nauczycieli na uczniów. Narzekanie, że dzieci są beznadziejne absolutnie mija się z prawdą. W grupie mamy indywidualności. Celem pedagoga jest uzmysłowienie sobie talentów i predyspozycji podopiecznego i przekonanie go do innych przedmiotów. Gdy się to uda, wygrywamy. Szalenie ważne jest poszanowanie dzieci, zrozumienie, że mały człowiek ma również swoje granice, których nie powinniśmy siłą forsować.

G.M: Maluchy zaczynają edukację w przedszkolu. Kolejnym etapem jest szkoła i równolegle Ecole Francaise. Dostają drugie świadectwo, a my jesteśmy oddziałem francuskiej szkoły, która swoją misję edukacyjną prowadzi na podstawie programu CNED dedykowanego Francuzom uczącym się poza granicami swojego kraju.

G.M: Od dziesięciu lat organizujemy w Teatrze Miejskim w Gdyni występy naszych podopiecznych, które dedykowane są Hospicjum w Gdyni. W tym roku z okazji 30–lecia placówki połączyliśmy siły z Operą Bałtycką i nasze dzieciaki mogły zaprezentować się na jej deskach w gradzie aplauzu i braw. Szkoła to nie tylko edukacja. To równie istotna nauka życia, zrozumienia, co jest ważne i zdolności wyciągania ręki do potrzebujących pomocy. Każdego dnia z dumą angażujemy się w ich kolejny dzień pewni, że po latach pójdą drogą, w której chęć pomagania przeważy nad konsumpcjonizmem i szarzyzną prozy życia.

 

91
04/2018

O życiu, które jest podróżą z wybitnym trójmiejskim podróżnikiem rozmawia Malwina Talaśka.