Skiba - partyzant śmiechu


prestiz

Od lat jest naczelnym prowokatorem RP, satyrykiem, prześmiewcą politycznych i społecznych absurdów. Jego happeningi na trwałe zapisały się w historii, niektóre o wiele mocniej niż osoby lub zjawiska, z których żartował. Jednorazowym happeningiem miał być także zespół Big Cyc, którego jest współzałożycielem. Ten happening trwa już jednak ponad 20 lat a na jego czele niezmiennie stoi Krzysztof Skiba.

Niedawno, wraz z Konjem zorganizowałeś fantastyczny happening pod hasłem „Jeden Dzień z Życia Konspiry”. Sądzisz, że ludziom trzeba przypominać, jak to drzewiej bywało?

- Akcja miała charakter edukacyjny. Była to forma happeningu, która się wpisuje w modny ostatnio nurt rekonstrukcji historycznych. Uruchomiliśmy między innymi prawdziwą podziemną drukarnię, gdzie pokazywaliśmy, jak to się drukowało na wałku, na sitodruku. Farba śmierdziała niemiłosiernie. Tą drukarnię obsługiwali ci sami ludzie, którzy robili to w mrocznych czasach komuny. Był między innymi legendarny Mirosław Chojecki, czyli ojciec niezależnej poligrafii z lat 70 i 80. Ubraliśmy się w oryginalne stroje zomowców, były piosenki Kaczmarskiego, wystawa niezależnej prasy, wystawa oryginalnych transparentów z tamtego okresu. Udało nam się stworzyć konspiracyjny lokal wiernie oddający atmosferę tamtych czasów. Myślę, że taka forma lekcji historii była dla młodzieży bardzo atrakcyjna. Pamięć o tych czasach musi być pielęgnowana i można to robić także w taki sposób, w jaki my to zrobiliśmy.

- Nie wkurza Cię to, że młodzi ludzie tak na prawdę mają w dupie ideały, o które Ty i Twoje pokolenie walczyliście? Brak ideowości, wyrazistych przekonań, nieidentyfikowanie się z ojczyzną...

- Ja bym nie generalizował. Wtedy, w czasach komuny przecież też nie wszyscy byli ideowi. Przecież nie walczył cały naród. Tak naprawdę podziemie było marginesem, a ja i moje środowisko byliśmy marginesem marginesu. Historia narodów pokazuje, że większość chce po prostu przetrwać. Taka postawa wcale nie jest zła. Nikomu nie można kazać być bohaterem. Na szczęście dzisiejsza młodzież o wolność nie musi walczyć, nie trzeba ginąć za kraj z hymnem na ustach i sztandarem w ręku. Polacy są przyzwyczajeni do etosu rodem z „Kamieni na szaniec” - każde pokolenie musi być stracone, dostać w łeb, walczyć. A przecież rzeczywistość się zmieniła. Dzisiaj wolność trzeba tylko pielęgnować. I pamiętać, że wolność nie jest taką rzeczą, którą się dostaje i trzyma w lodówce.

- Twoi synowie wychowywani są w duchu patriotycznym?

- Nie robimy patriotycznych szopek w domu, nie jesteśmy rodziną, która chodzi na pielgrzymki do Częstochowy z pieśnią na ustach. Ale dużo rozmawiamy. Moi synowie na szczęście są fanami książek, dzień bez książki jest dniem straconym. Dużo czytają, w tym książki i artykuły historyczne przedstawiające fascynujące i powikłane dzieje naszego kraju. Wiedzą doskonale, że im więcej czytasz, tym więcej rozumiesz.

- Gdańsk to miasto ludzi, którzy kochają wolność. Ludzi, którym nie można narzucić żadnych ideologii – tak powiedziałeś w jakimś wywiadzie. Aż tak bardzo wierzysz w ideały?

- Coś w tym jest. Ostatnio zwróciłem uwagę na hasło, jakim Gdańsk się promuje w rywalizacji o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku - Wolność Kultury, Kultura Wolności. To hasło idealnie oddaje historię i klimat Gdańska. Bierze się to stąd, że Gdańsk był zawsze miastem portowym, otwartym. To przecież tutaj inicjowany był artystyczny ferment, powstawały kapele rockowe, festiwale jazzowe. Na Wybrzeżu było też najmniejsze upartyjnienie. Mieszkańca Trójmiasta, podobnie jak Górala trudno było nakłonić do zapisania się do partii. Ten duch wolności, niezależności jest w Gdańsku odczuwalny do dziś.

- Gdańsk to bardzo szczególne miasto. Tutaj zaczęła się II Wojna Światowa, tutaj zaczęły się zmiany prowadzące do upadku komunizmu w Europie. Czy miasto dobrze wykorzystuje te fakty w kontekście promocji?

- Miasto Gdańsk przespało lata 90. To były lata stracone. Tak, jak Niemcy dobrze sprzedali swój Mur Berliński, tak myśmy nie potrafili wykorzystać Solidarności, Lecha Wałęsy i jego zasług dla upadku komunizmu na świecie.

- Pytam o to, bo wielu chce zawłaszczyć sobie historię, zasługi. Coraz częściej mówi się, że II Wojna Światowa nie zaczęła się w Gdańsku, że obrońcy Westerplatte byli tchórzami, że upadek komunizmu nie zaczął się od Solidarności...

- Nie można zabronić pisania ludziom książek, historykom prawa do interpretacji niejednoznacznych często faktów. Tak się dzieje na całym świecie. Ważne, żeby za tym szła uczciwość. Czytałem książkę, w której pisze się, że to nie major Sucharski, a kapitan Dąbrowski dowodził obroną Westerplatte. Mamy zatem spór historyczny, co powoduje, że o tej historii się mówi. Historia nie może być nudna. Zdecydowanie natomiast odrzucam pseudofakty, książki i publikacje służące do bieżącej walki politycznej, opluwaniu innych. Niestety, jesteśmy specjalistami od niszczenia i opluwania własnych bohaterów.

- Masz na myśli Lecha Wałęsę?

- Tak. Rozumiem ludzi, którzy mają dość pewnego rodzaju samochwalstwa Wałęsy i ciągłego mówienia, że on obalił komunizm, że on stworzył Solidarność. Oczywiście stali za nim ludzie, to był masowy ruch i trzeba mieć świadomość, że nie dokonała tej wielkiej rzeczy tylko jedna osoba. Jest wielu zapomnianych bohaterów, jak choćby Andrzej Kołodziej, przywódca strajku w gdyńskiej stoczni. Dzisiaj żyje w zapomnieniu i proszę mi wierzyć, nie opływa w luksusy. Takich ludzi jest znacznie więcej.

- Czy to, co się dzieje wokół Lecha Wałęsy to spór historyczny, czy szarganie symbolu?

- I jedno i drugie. Ja w odróżnieniu od wielu ludzi zabierających głos w tej sprawie przeczytałem bardzo uważnie słynną książkę Cenckiewicza i Gontarczyka. Z faktów i dokumentów w niej przedstawionych - wierzę, że prawdziwych - wynika, że ta współpraca jednak była. Książka ta jest jednak za bardzo złośliwa, za bardzo jednoznaczna. Może należało bardziej zaznaczyć ten moment emancypacji Wałęsy, kiedy on zerwał tą współpracę? Może więcej autorzy powinni skupić się na motywach Wałęsy? Dzisiaj każdy jest mądry po latach, jakby zapominając jaka była wtedy rzeczywistość. Czytając tą książkę dało się odczuć, że autor ma z góry założoną tezę i aż się cieszy, gdy opisuje rzeczy świadczące na niekorzyść Lecha Wałęsy. Fakty, które mogą go bronić lub usprawiedliwiać pomija lub przytacza zdawkowo. Nie widziałbym jednak w tej książce czegoś, co zdecydowanie zabija mit Lecha i podważa jego zasługi. Taka jest moja interpretacja.

- Gdańsk ma szczególne miejsce nie tylko na geopolitycznej mapie świata, ale również na muzycznej mapie Polski. Powiedziałeś kiedyś, że Gdańsk jest kolebką rock and rolla.

- Tutaj powstało wiele ciekawych zespołów, tutaj narodził się rock and roll, W legendarnym klubie Rudy Kot w 1959 roku zagrał polski zespół rockowy Rythm and Blues, co uważa się za początek rock and rolla w Polsce. tu po raz pierwszy grano Presleya w Polsce. Przypomnę, że w 1957 roku Komitet Centralny Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego ogłosił Elvisa Presleya wrogiem numer 1 systemu. Granie Elvisa w jednym z ważnych ośrodków stalinizmu wymagało wielkiej odwagi. Na Wybrzeżu powstały także takie zespoły, jak Niebiesko Czarni, Czerwone Gitary, tutaj zaczynał grać także Czesław Niemen. Potem, już w latach 80. powstała Gdańska Scena Alternatywna z takimi zespołami, jak Apteka, Bielizna, Pancerne Rowery. To są wszystko zespoły, które mocno zaznaczyły swoją obecność na mapie polskiego rock and rolla.

- Czy w czasach głębokiej komuny granie rock and rolla wymagało odwagi?

- W pewnym sensie tak. Było to przede wszystkim manifestowanie życiowej odwagi. Takie zespoły, jak Kult, Dezerter, Róże Europy, w ogóle nie były w radiu grane. To było olanie systemu i szukanie swojego kawałka wolnego świata w zniewolonym kraju. Nie zawsze był to wielki bunt polityczny, ale często postawa plecami do systemu i przodem do własnego kawałka podłogi.

- Jak bardzo na przestrzeni lat zmienił się polski rynek muzyczny?

- Wtedy w ogóle nie istniało coś takiego, jak rynek muzyczny. Nakłady płyt uzależnione były od stanów magazynowych masy użytej do ich produkcji. Dzisiaj to się wydaje komiczne, ale tak było. Absurd gospodarki socjalistycznej. Poza tym była cenzura. Wszystkie zespoły musiały przesyłać teksty piosenek do cenzury. Stosowało się wtedy takie zabiegi, że do cenzury wysyłało się specjalnie ze dwie dodatkowe piosenki, tak zwane siekiery, aby cenzor poskreślał co nieco. Dzięki temu reszta piosenek mogła przejść. Ale i tak te skreślone przez cenzurę piosenki śpiewało się na koncertach. Teraz mamy kompletnie inną sytuację, w której karty rozdają wielkie koncerny muzyczne. Płytę ulubionego artysty możesz kupić w dniu premiery w Londynie, Nowym Jorku i w Suwałkach. Śpiewasz o czym chcesz, ściągasz muzę z internetu, kręcisz fajne klipy. Jest normalnie.

- Wyjaśnij proszę na czym polega kondomizm w polskiej muzyce, bo takiego określenia kiedyś użyłeś?

- Jest bardzo dużo plastiku w mediach i ten plastik się lansuje. Ktoś kiedyś powiedział, że na coraz większych, coraz bardziej nowoczesnych telewizorach oglądamy coraz głupsze programy. Produkowane przez telewizje „gwiazdy” są jak wydmuszki. To są papierowi artyści. Kiedyś, żeby wyjść na scenę trzeba było mieć talent. Obojętnie jaki, można było śpiewać, stepować, opowiadać dowcipy, żonglować kuleczkami wody, cokolwiek. Dzisiaj wystarczy wystąpić w kilku głupich programach, zagrać małą rólkę w serialu, na fali tej pseudo popularności nagrać singla i już taki ktoś określany jest mianem artysty. Oczywiście, później życie weryfikuje te kariery. Mieliśmy już Leppera, Renatę Beger, Jolę Rutowicz, Frytkę, dzisiaj mamy między innymi Palikota. Jak widzisz kondomizm nie dotyka tylko i wyłącznie muzyki.

- A propos Palikota. Mocno go ostatnio krytykujesz, co niektórym może się wydawać dziwne. Wszak obaj macie naturę prowokatorów.

- To jest postać, która wcześniej finansowała ultra prawicowe pismo Ozon. Teraz tworzy własny ruch skręcający mocno w lewo. To jest człowiek, który nie ma własnego kręgosłupa, własnej tożsamości, postawi na to, co się aktualnie sprzeda. Tak samo jest z niektórymi zespołami, którym bez różnicy, co grają, byle się sprzedało.

- Pijesz do Agnieszki Chylińskiej?

- Nie. Agnieszka jednak coś na tej polskiej scenie muzycznej osiągnęła. Każdy ma prawo do zmiany. Osobiście ta jej nowa muzyka zupełnie mi nie odpowiada. Moim zdaniem to brzmienie jak z tandetnej dyskoteki. Ale znajduje swoich odbiorców i świetnie się sprzedaje. Nie można jej za to potępiać. Starsi fani utyskują i krytykują, ale przecież każdy może nagrać płytę, jaką chce. Jak chce nagrać płytę z pierdzeniem krowy, to czemu nie. Notabene dzisiaj niewiele osób pamięta tą starą, ostrą jak brzytwa Chylińską. Dzisiaj dla większości to jest pani z telewizji, która po prostu nagrała płytę.

- Mówisz, że każdy ma prawo do zmian, ale mam wrażenie, że Big Cyc od 20 lat się nie zmienia.

- Warto zaznaczyć, że Big Cyc powstał jako jednorazowy projekt, tylko na jeden koncert w klubie studenckim. Okazało się, że ta chwila trwa do dzisiaj, wydaliśmy 15 płyt, zagraliśmy 5 tysięcy koncertów. Z wygłupu powstał regularny zespół rockowy. Na pewno zespół dojrzał przez te wszystkie lata, ale nadal jest to wesoły rock and roll. Śpiewamy o bardzo poważnych sprawach, serwujemy publice teksty polityczne, komentujemy dzisiejszą, często absurdalną rzeczywistość. Walimy prosto z mostu i dzisiaj także niektórych naszych piosenek nie chcą puszczać w radiu. Tak było chociażby z piosenką „Moherowe berety”, czy „Warto rozmawiać”, w której w humorystyczno - prześmiewczy sposób odnieśliśmy się do działalności „dziennikarza” TVP Jana Pospieszalskiego. Pospieszalski powiedział później, że tą piosenką dołączyłem do całej kampanii oszczerstw inspirowanej przez tajne służby. W Polsce powstają kolejne odcinki historii głupoty, a my cały czas jesteśmy na froncie walki z głupotą. Konjo kiedyś użył fajnego określenia, że jesteśmy partyzantami śmiechu.

- Satyrykom wolno więcej, ale czy jest coś z czego nigdy się nie śmiejesz, nie żartujesz? Masz jakieś granice, których nie przekraczasz?

- Dowcip jest anarchistą, nie uznaje żadnych świętości. Mnie jednak nie śmieszą dowcipy rasistowskie, antysemickie, nigdy nie śmieję się z osób niepełnosprawnych.

- Zmieńmy temat. Jesteś za legalizacją lekkich narkotyków?

- Uważam, że marihuana powinna być legalna. Powszechna opinia jest taka, że lepiej palić marihuanę niż brać dopalacze, które w szybkim tempie mogą człowiekowi zrobić z mózgu klej do drewna. Ja natomiast nie palę, nie jestem zwolennikiem tego typu używek.

- A akcja przeciw dopalaczom to chęć zrobienia czegoś z tym problemem czy zwykły populizm i mało skuteczne machanie szabelką?

- Jest to chęć zrobienia czegoś z tym problemem, ale obawiam się, że może to się okazać mało skutecznym machaniem szabelką. Przeciw dopalaczom są wszyscy, od polityków, przez dziennikarzy, po toksykologów i lekarzy. Za dopalaczami jest jednak prawo. W działaniach rządu jest wielki pośpiech, a pośpiech nigdy nie jest dobry. Może warto wziąć przykład z krajów zachodnich, które sobie z tym problemem poradziły i wprowadzić sprawdzone rozwiązania?

- A jeśli znalazłabyś u swojego syna dopalacze lub marihuanę to co byś zrobił?

- Pewnie bym był tolerancyjny i pokusił się o spokojną rozmowę. Może zaproponowałbym mu, abyśmy wzięli to razem i sprawdzili, czy to faktycznie jest takie fajne, czy się po tym po prostu porzygamy.

- Jak już jesteśmy przy wątkach rodzinnych to jaki jesteś w domu, gdy nie ma kamer, dziennikarzy, publiki? Ile jest w Tobie tego Skiby, którego wszyscy powszechnie znają?

- Dom to jest moja oaza, moja przystań. Gdybym nie miał domu to pewnie bym zwariował, a nawet bym już nie żył. Trasy koncertowe do lekkich nie należą, nie są zbyt zdrowe. Oczywiście lubię to co robię i jeszcze na tym zarabiam. W domu się wyciszam, łapię energię do grania dalszych koncertów. Oczywiście natury nie oszukasz, to co robię na scenie jest przecież moim naturalnym zachowaniem, zatem w domu nie zrzucam jakiejś maski. Ale staram się przede wszystkim zrelaksować. I zawsze chętnie do niego wracam. A mieliśmy już takich kolegów, którzy 20 lat temu wyszli z domu na imprezę i jeszcze do niego nie wrócili. Mnie to nie grozi.

- Kluczem do dobrego samopoczucia jest dystans, akceptacja i świadomość swoich wad i atutów – taki kiedyś powiedziałeś. Jakie zatem masz wady, jakie atuty, zalety?

- Ciężko mówić o swoich zaletach. Jeśli chodzi o wady to jestem łakomczuchem. Czasem próbuję się odchudzać, nie zawsze mi to wychodzi. Chyba brak mi w tej kwestii silnej woli. Czasem jestem porywczy, czasem szybciej powiem niż pomyślę. Z wiekiem stałem się mniej radykalny, aczkolwiek to chyba nie wada.

- Kto rządzi w domu? Ty czy żona? Jak wygląda podział domowych obowiązków?

- Absolutnie żona. Ja jestem tak zwanym lokatorem, kiedyś żona mówiła nawet, że uciążliwym lokatorem. Ona jest zawiadowcą, dowódcą, ona kieruje ruchem w domu.

- Synowie idą w ślady ojca?

- Starszy jest typem naukowca, intelektualisty i poszedł w ślady mamy, która jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Gdańskiego. Uczy łaciny i greki. On jest bibliofilem, zbiera książki, żyje w świecie książek. Dzięki temu jest spokojny, wyciszony, nie ma w nim energii buntownika. Natomiast młodszy syn bardziej przypomina mnie. Fascynuje się muzyką, gra na gitarze, pisze swoje teksty, coś tam komponuje. Jest fanem Beatlesów, Nirvany, dużo czyta o muzyce rockowej. Ale na dzisiaj trudno powiedzieć, czy to będzie tylko hobby czy po latach przekształci się w jego zawód.

- Ty w ślady ojca nie poszedłeś. Marynarzem nie zostałeś...

- Nie zostałem, ale była szansa. Ojciec mi jednak odradzał. To jest jednak rozłąka, rodzina na wariackich papierach. Jak ojciec pływał to w ciągu roku widziałem go przez dwa tygodnie. Czasami ojciec zabierał nas w rejsy i to była wspaniała rzecz, bo pokazał nam kawał świata. Zaszczepił w nas chęć podróżowania, poznawania innych ludzi, kultur.

- Pamiętasz swój pierwszy happening?

- To było już pod szyldem Pomarańczowej Alternatywy. Niezależne obchody Dnia Dziecka. W żółtych kalesonach weszliśmy na kiosk ruchu, mieliśmy transparent z napisem światu pokój - dzieciom mieszkania. Rzucaliśmy w milicjantów cukierkami. To się skończyło aresztowaniem na 48 godzin i wysokim kolegium. W trakcie rozprawy zomowcy zeznawali, ze rzucaliśmy w nich twardymi landrynkami. My zeznawaliśmy, że nie było żadnego rzucania tylko częstowanie, i że nie były to twarde landrynki tylko miękkie tofi i krówki ciągutki, które nikomu krzywdy nie były w stanie zrobić, a po za tym za komuny były towarem luksusowym i rzadko dostępnym. Po pół godzinie dyskusji na temat landrynek i krówek kolegium zorientowało się, że to dalsza część happeningu i wlepiła nam wysokie kary pieniężne.

- A które ze swoich akcji, których przecież było wiele, oceniasz za najbardziej pomysłowe i skuteczne? Czy te z czasów konspiracji i Pomarańczowej Alternatywy, czy te już po transformacji ustrojowej?

- Ciekawym happeningiem z czasów Pomarańczowej była „Galopująca inflacja”. Mieliśmy tabliczki z napisem „Inflacja” i biegaliśmy w tą i z powrotem po ulicy. W ciągu kilku minut milicja wykazując niebywałe wyczucie ekonomii zatrzymała siedemnastu uczestników akcji. Na drugi dzień wydaliśmy oświadczenie, że skończyły się kłopoty gospodarcze, bo milicja „zatrzymała galopującą inflację”. W nowej rzeczywistości tez zrobiliśmy kilka głośnych akcji. Całkiem niedawno wspólnie z Pawłem Konnakiem i Waldemarem Frydrychem „Majorem”, pomysłodawcą Pomarańczowej Alternatywy, zrobiliśmy happening pacyfistyczny pt. Muzeum III Wojny Światowej. Rozdawaliśmy w centrum Warszawy słoiki z popiołem a na nich były nazwy miast typu: Tokio, Nowy Jork, Moskwa, Warszawa, Barcelona, Paryż itd.

- Mocno dawałeś się we znaki komunistycznemu aparatowi. Próbowali Cię kiedyś złamać?

- SB usiłowała usunąć mnie ze studiów, byłem wielokrotnie nękany i zatrzymywany przez milicję, odmówiono mi wiele razy wydania paszportu, siedziałem nawet przez trzy miesiące w areszcie, miałem podsłuch telefoniczny w domu i byłem otoczony wianuszkiem konfidentów, a raz po koncercie Big Cyca zostałem kulturalnie zaproszony do milicyjnej nyski na bezpłatny masaż pleców przy pomocy długich gumowych przedmiotów. W sumie nic wielkiego. Inni mieli gorzej.

- Odkąd skończyłeś 40-tkę często dziennikarze pytają Cię, czy nie myślisz o tym, by trochę odpuścić, zająć się czymś poważniejszym niż satyra. Ty jednak nie masz zamiaru schodzić ze sceny?

- Ja dopiero się rozkręcam. A satyra to jedna z poważniejszych rzeczy w życiu. O zejściu ze sceny pomyślę za ok. trzydzieści lat, a i to wydaje mi się za wcześnie. Teraz granice aktywności artystów bardzo się przesunęły. Jest wielu którzy są po 70-tce, a mimo to są aktywni artystycznie np. Woody Allen, Bob Dylan, Ray Manzarek, Tina Turner, czy …Jerzy Połomski. Sophia Loren w wielu 70 lat wystąpiła na golasa w kalendarzu i te fotki były całkiem smaczne. Niech żyje chirurgia plastyczna i chemikalia, które na to pozwalają!

- Myślisz, że za 20 lat nadal będziesz na scenie z Big Cycem i z tej sceny publika słuchać będzie Berlina Zachodniego?

- Mam taką nadzieję aczkolwiek wszystko się może zdarzyć. Jeśli wspólnie z kolegami dojdę do wniosku, że zabawa w zespół już nas nie bawi to zawsze możemy zająć się czymś innym. Na razie się na to nie zanosi. W tym roku zagraliśmy blisko siedemdziesiąt koncertów i wszędzie były tłumy oraz żywiołowa reakcja. Szalejąca publiczność to coś, co nas nakręca. Niebawem nagrywamy kilka nowych piosenek, będzie też nowy teledysk oraz książka o happeningach z czasów Pomarańczowej więc sporo się w naszym obozie dzieje.

Jakub Jakubowski

9
10/2010

Od lat jest naczelnym prowokatorem RP, satyrykiem, prześmiewcą politycznych i społecznych absurdów