ROBERT WYSKIEL  ZAKLINACZ DREWNA

Tekstem o rzeźbiarzu rozpoczynamy nowy cykl o „zawodach z duszą”. Takich, które niegdyś powszechne, dzisiaj powoli odchodzą w zapomnienie. To cykl o rzemieślnikach i artystach, których profesje są nośnikami historii. Mimo postępu technologicznego, ich praca wygląda niemal identycznie jak w czasach naszych przodków. Bohaterem pierwszego odcinka naszego nowego cyklu jest rzeźbiarz, Robert Wyskiel.

Praca rzeźbiarza do łatwych nie należy. Trzeba być jednocześnie bardzo precyzyjnym rzemieślnikiem oraz artystą. Rzeźbiarz przenosi swoje wizje na materiał, w którym tworzy. Dawniej, za pomocą młotka i dłuta, a dzisiaj coraz częściej w asyście urządzeń mechanicznych. Niezależnie od narzędzi, współczesne rzeźbiarstwo ma w sobie magię, która nie została wyparta przez automatyzację. Gdyńskim ambasadorem tego zawodu jest Robert Wyskiel, który na swój materiał wybrał drewno. 

ISKRA ZRODZIŁA PASJĘ

Ta historia nie miała szczęśliwego początku. Najpierw była iskra. Taka prawdziwa, która zmusiła Roberta do podjęcia radykalnych kroków. Gdy jego restauracja stanęła w ogniu, mimo bezsilności, nie poddał się. Postanowił ją odbudować własnymi rękami. To właśnie wtedy odkrył swoją prawdziwą pasję – sztukę rzeźbienia w drewnie.

Dzisiaj, Robert Wyskiel potrafi stworzyć na przykład pięknego anioła, który bierze udział w licytacji na cele dobroczynne. Albo gałąź, na której siedzi kilka do-rodnych puchaczy. W jego warsztacie widać przede wszystkim rzeźby, stworzone z zacięciem artystycznym, ale Robert tworzy również przedmioty użytkowe, np. miski na owoce lub deski do krojenia chleba. 

SAMORODNY TALENT

Rzeźby robią wrażenie, a Robert zdobywa coraz większe uznanie nie tylko w rodzimym Trójmieście, ale również na całym świecie. Świadczy o tym chociażby zajęcie pierwszego miejsca w konkurencji Speed Ice Carving na festiwalu Rzeźby w Lodzie „Kryształowy Tomsk” na Syberii. Nieprawdopodobne, że jego pasja i talent nie mają swoich korzeni w dzieciństwie.

- Nigdy wcześniej nie majsterkowałem. Mój ojciec śmiał się ze mnie, że jako młody chłopak nie potrafię nawet wbić gwoździa. A co dopiero wyrzeźbić takiego rybaka (pierwsza rzeźba Roberta przedstawiała rybaka z dużą ludową głową - przyp. red.). U mnie w domu nikt nie był szczególnie uzdolniony ani plastycznie, ani manualnie. Potrafiłem co prawda ładnie rysować i malować na lekcjach plastyki, ale wszystko w obrębie szkoły – mówi Robert Wyskiel.

OD SZCZĘŚCIA DO TRAGEDII

Jako młodzieniec, Robert chciał zostać kucharzem. Ukończył szkołę gastronomiczną i szybko znalazł pracę w zawodzie. Pływał m.in. na statkach handlowych. Własna restauracja we Władysławowie była spełnieniem jego marzeń. Interes szedł bardzo dobrze. Do czasu. Kiedy w 2012 roku ktoś podłożył ogień, świat Roberta w jednej chwili przestał istnieć. Lokal nie był ubezpieczony, ponieważ większość firm towarzystw nie chciała wówczas ubezpieczać sezonowych lokali. W obliczu dramatu drogi były tylko dwie – poddać się albo spróbować to wszystko odbudować. Robert wybrał tę drugą.

ODBUDOWAĆ WŁASNYMI RĘKAMI

Iskra pojawiła się w 2012 roku trzykrotnie. Najpierw stała się zaczątkiem pożaru, który strawił wszystko, co napotkał na swej drodze. Druga zainspirowała Roberta, aby wszystko zbudować od nowa. 

- Jestem zodiakalnym rakiem. Nie mogłem się poddać. Pożar zabrał nam wszyst-ko, również oszczędności. Powiedziałem sobie, że odbuduję moją knajpę za wszelką cenę. Nie miałem pieniędzy, więc dekoracje postanowiłem wyrzeźbić sam. Wtedy po raz pierwszy miałem do czynienia z czystą bryłą drewna – dodaje Robert.

KOLEJNA ISKRA

To był moment, w którym pojawiła się trzecia iskra. Ta sama, która towarzyszy Robertowi do dziś, gdy schodzi do swojego warsztatu, aby zniknąć w nim na kilka godzin. I chociaż pomysł odbudowy restauracji okazał się nietrafiony, bo po knajpie, którą ostatecznie trzeba było odsprzedać pozostały tylko długi – pasja, jaką odkrył w sobie Robert okazała się bezcenna.

- Pierwsza rzeźba, którą wykonałem była naprawdę niezła. Pamiętam, że byłem z niej dumny. To był duży, ponad dwumetrowy rybak, który miał być wizytówką mojej restauracji. Dzisiaj, trochę się go wstydzę, bo przez te kilka lat praktyki wyrobiłem swój warsztat i pewne detale wykonałbym inaczej - dodaje Robert Wyskiel.

NIE ZMARNOWAĆ ANI KAWAŁECZKA

Z rzeźbiarstwem jest trochę jak z gastronomią. W obu przypadkach ważny jest zdrowy rozsądek i szacunek do tworzywa, z którym pracujemy.  Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie powinno się nic marnować.

- Gdy jadę do tartaku po drewno, zabieram nie tylko duże kawałki, ale również te mniejsze odrzutki, których nikt nie chce. Nawet z najmniejszego kawałka drewna można coś wyczarować. Gdy rzeźbię coś dużego, nigdy nie wyrzucam odpadków. Można z nich zrobić np. fajkę albo inny detal, uzupełniający całość – opowiada Robert.

W salonie Roberta widzimy m.in. czereśniową misę, dębowe podkładki oraz męż-czyznę z fajką, wyrzeźbionego z topoli. Ten ostatni gatunek nie jest zbyt pla-styczny i niełatwo z nim pracować. Robert najbardziej lubi rzeźbić w drewnie dębowym oraz w czereśni.

– Zobacz, to czereśnia, która rosła na podwórzu mojego ojca przez trzydzieści lat. Z jej skrawków zrobiłem taką miskę. Jest mała, ale wbrew pozorom, jej wykona-nie zajmuje więcej czasu niż stworzenie rybaka. Trzeba ją dokładnie wyprofilo-wać i wyszlifować, a to jest pochłaniacz czasu – Robert z dumą prezentuje swoje dzieło.   

NIE MA PLANU, JEST WYOBRAŹNIA

Niektórzy rzeźbiarze, zanim zabiorą się do pracy robią dokładny plan. Markera-mi zaznaczają miejsca, w których należy ciąć. Robert pracuje bez planu. Widzi drewno i wszystkie wymiary uwzględnia w swojej wyobraźni. Rzadko się przygotowuje. Jeżeli może pozwolić sobie na kreatywność i brak planu, dopiero wtedy czuje się wolny. 

- Albo się to widzi, albo nie. Bez wyobraźni nie ruszyłbym z miejsca. Gdy patrzę na bryłę drewna, zawsze wiem co z niej powstanie. Takie podejście jest ryzykow-ne, czasami popełniam błędy, ale ostatecznie zawsze wychodzę na tym dobrze – dodaje Robert.

Drugi sekret tkwi najprawdopodobniej w dobrej organizacji czasu własnego. Bo rzeźbienie nie jest zajęciem, które pochłania Roberta na osiem godzin dziennie. Często są to wieczory, weekendy i święta. A przecież w tym wszystkim musi znaleźć czas dla swojej rodziny, żony oraz sześciorga dzieci.

- Gdy człowiek chce, to czas się znajdzie. Kocham to, co robię i myślę, że w tym tkwi cały sekret. Nawet teraz, kiedy rozmawiamy, stojąc w moim warsztacie, myślę tylko o tym, że za chwilę będę mógł oddać się swojej pasji. Ta myśl nakręca mnie każdego dnia. Po cichu marzę, aby pobić rekord Guinnessa prezentując największą rzeźbę na świecie - podsumowuje
Robert Wyskiel. 

 

88
01/2018

Swoją przygodę zaczynał w czasach bigbitu i to w samej jego kolebce – w Sopocie. Zanurzył się w rocka, a potem w jazz.