RENATA IRSA
ŚPIEWA JAZZ, KOCHA TEŻ ROCK  I NIE CHCE ZGINĄĆ W ZUPIE

Odważna i nierozważna. Pełna sprzeczności i prawdy, w którą święcie wierzy, kumulując rzeczy piękne i sumę wszystkich strachów w filigranowym ciele. Renata Irsa – objawienie jazzowej sceny muzycznej. Dziewczyna, której udało się zaczarować Wojciecha Manna. W świecie pełnym pozorów prawdziwa do bólu, twardo stąpa w innej bajce z przekonaniem, że tu i teraz oznacza chwilę. 

Jazz? Nie chciałaś zarabiać pieniędzy na muzyce?

Stachurski i Doda zarabiają duże pieniądze, ale ja tworzę raczej niszowe rzeczy, nie spodziewam się spektakularnych profitów. Muzyka jest dla mnie czystą pasją, nie kalkuluję czy na niej zarobię. Utrzymuję się z różnych źródeł, więc nie jestem zależna od tego, czy jestem na fali. Ale pewnych rzeczy nie zaśpiewam, choćbym zarobiła obrzydliwie wielkie
pieniądze. Aż tyle nie potrzebuję. 

Rekomendacja Wojciecha Manna w Trójce to jak polskie Grammy?

Dla mnie tak i chyba dla całkiem sporej grupy ludzi też, przynajmniej dla słuchaczy Trójki. Wojciech Mann upubliczniając moje demo powiedział, że nie jest to muzyka, z którą będę występowała w pewnych klubach, czy stacjach radiowych i telewizyjnych. To nie ci słuchacze. Zaznaczył, że wierzy w to, że są odbiorcy, którzy będą mnie słuchać z przyjemnością. I dziś już wiem, że tacy są. Uwielbiam koncerty w klubach, wolę je od teatralnych scen, które
odcinają od interakcji z publicznością. 

Twój jazz nie nadaje się na stadiony?

Nadaje się. Między innymi dlatego, że to nie jest taki klasyczny, oczywisty jazz, powiedziałabym raczej, że piszę piosenki osadzone w jazzie. I też nie wszystkie, bo czerpię z różnych gatunków muzycznych. Kończyłam wokalistykę jazzową na Akademii Muzycznej, siłą rzeczy znosi mnie w stronę jazzu. Uwielbiam melodyjność i wyobraźnię muzyczną Elli Fitzgerald. Moją muzą jest Barbara Streisand, choć ona tylko czerpała z jazzu. Ale to, co określa mój własny styl, to melodyjność wokalna, teatralność w wyrazie i teksty bardzo codzienne, dla wielu osób z ich własnego podwórka. Niektóre piosenki z mojej płyty „Nie z tej bajki” mogłyby dobrze zabrzmieć przed kilkoma tysiącami ludzi. Zagrzmiałoby, jak trzeba. Zresztą byłoby to preludium do trzeciej płyty – jeszcze nie ma drugiej, ale trzecią
chcę nagrać rockową.  

Będzie prawda w rockowej skórze?

Tak, bo obok Streisand moja druga miłość to Deep Purple. Przy „Perfect Stranger” mam dreszcze. Za każdym razem, gdy słucham tego utworu, czuję się tak, jakbym stała na polu walki. Naprzeciwko tego „doskonałego obcego”. Tam nawet gitary grają tak, jakby szło wojsko… To właśnie nazywam teatralnością w utworach. Nie trzeba nawet wizji, sam utwór odmaluje historię w wyobraźni, jak się w niego wsłucha. Płyta, o której myślę, ma być nawiązaniem do czasów moich fascynacji z młodości, mocnego brzmienia, wybitnych kobiecych wokali. Wokalistki rockowe jak Nancy Wilson z zespołu Heart, czy Robin Beck miały doskonałe głosy, fascynowało mnie, z jaką łatwością osiągały bardzo wysokie dźwięki. Mało kto dzisiaj potrafi tak zaśpiewać.

Poszłaś do wytwórni z konkretnym pomysłem?

Poszłam po audycji w Trójce. Skoro ja, nikomu nie znana, z własną twórczością, tekstem i muzyką spoza mainstreamu, zostałam doceniona w tak kultowym radiu, to nie trzeba mi było lepszego kierunkowskazu. To nie było „pięknie, Renia, pięknie” z ust mamy, taty czy choćby profesorów z Akademii. To były słowa dziennikarza, który o muzyce wie bardzo dużo, bo sporo słyszał, który w swoich audycjach był zawsze bardzo wymagający muzycznie i bezkompromisowy.

Byłaś prymuską w Akademii?

Zdecydowanie nie! Trochę z powodu życiowej sytuacji. Na drugim roku urodziłam dziecko i musiałam podjąć decyzję, na co stawiam, bo oczywistym się stało, że nie będę miała komfortowych wielu godzin na pracę nad każdym przedmiotem. Niektóre zajęcia opuszczałam i pojawiałam się tylko na zaliczeniach, niektóre zaliczałam wyłącznie dzięki pamięci muzycznej, bo nie miałam czasu na przećwiczenie zadanych nut przy klawiaturze. Żal mi było straconych lekcji, bo wiele z nich prowadzili świetni pedagodzy. Ale w tym czasie trzeba było np. nakarmić, uspać dziecko i wybór był dla mnie oczywisty. Robiłam to wszystko świadomie i cieszyłam się, że wzięłam z Akademii to, co mogłam w tamtym momencie. 

Dobre wspomnienia?

Uwielbienie. Uwielbiam Akademię Muzyczną w Gdańsku. Zachwycam się nią bezkrytycznie! Pamiętam, że gdy idąc na egzaminy wstępne zobaczyłam na ścianach zdjęcia div i śpiewaków, ugięły się pode mną kolana. Idąc korytarzem, słyszałam dźwięki muzyki wydobywające się z sal – ktoś prowadził zajęcia z czytania partytur, jakiś student ćwiczył na kontrabasie, ktoś grał na fortepianie – czułam się jak w magicznym świecie. Modliłam się w duchu, by stać się jego częścią. 

Wisisz już na ścianie?

Błagam Cię. Pewnie nigdy nie zawisnę. Tam są klasycy i wielkie nazwiska. Trzeba na to zasłużyć, ja nawet nie mam takich aspiracji, to byłoby szaleństwo. 

Ekonomię ukończyłaś dla bezpieczeństwa i spokoju sumienia?

Siłą rozpędu. W dzieciństwie wygrywałam jakieś festiwale i programy telewizyjne, to wtedy ujawnił się mój talent, ale rodzice mnie przekonywali, że powinnam być niezależna finansowo, traktować muzykę jako pasję, a nie sposób na zarabianie na życie. No więc nie poszłam zawodowo w świat artystów tylko tych, którzy na co dzień godzą pracę etatową, dzieci, dom, rozliczne obowiązki, niekiedy hobby. Ale nie odpuściłam muzyki, nigdy. Akademia była bardzo ważnym krokiem. To praca na żywym organizmie, na człowieku. Bardzo zindywidualizowana, różna od ekonomii – tej w Polsce, czy tej w Hiszpanii, bo tam też studiowałam. Na Akademię startowało 200 osób, dostało się 11. Tam każdego się zna, pedagodzy odnotowują postępy, pamiętają, co kto
w przeszłości śpiewał. 

Jesteś autorką tekstów i muzyki. Chce Ci się?

Nie kalkuję, czy mi się chce. Pisanie tekstów jest dla mnie tak naturalne, jak oddychanie, ciągle w głowie układają mi się jakieś strofy. Mam tak od dawna, tyle że teraz je spisuję i powstają piosenki. Paradoksalnie, gdy zaczęłam pisać teksty, właśnie świat ludzi „z biura” stał się dla mnie największą inspiracją. Ci ludzie, których sztuka często pokazuje jako bezmyślnie zagonionych, jako trybiki w maszynie. A ja w tych ludziach widzę pokłady fascynujących zjawisk, czytam w nich historie na niejeden tekst, który nie pozostawi obojętnym słuchacza na koncercie. Jak w utworze „Uczta”, czy
„Tango matrimonio”. 

Miałaś szansę na sukces?

Czesława Niemena zaśpiewałam w wieku 17 lat. Jego edycja Szansy na Sukces była programem mocno wyśrubowanym, wszyscy, no może z jednym wyjątkiem, potrafili tam śpiewać. Nie poszłam na casting, tylko podczas przeglądu Debiutów do Opola w jury była reżyserka tego programu. Elżbieta Skrętkowska wyszła za mną po przesłuchaniu i zaproponowała udział.

Dzieciak mierzy się z legendą...

Stres był, wylosowałam „Domek bez adresu”. Zaśpiewałam go po swojemu, rockowo, dostałam wyróżnienie i wystąpiłam w Sali Kongresowej. Przygoda bezcenna, ale wydarzyła się za wcześnie na to, by wejść głębiej w muzykę. Na wszystko musi być odpowiedni czas, a ja nie byłam jeszcze wtedy gotowa. Pozwalałam sobie na epizody – choć znaczące, bo główne role – w musicalach „Grease” i „Cabaret”. Potem dostałam się na Akademię z drugą lokatą. To wydarzenie i opinia Manna stały się przełomem.

Marzą Ci się wielkie festiwale?

Mam pewne propozycje, jestem w trakcie rozmów, zobaczymy, co z tego wyniknie.

Jaka jest cena kariery?

Jeszcze za nic nie muszę płacić, bo nie mam tak rozpędzonej kariery by mieć dylemat, co wybrać. Najważniejsze są sprawy rodzinne, a mąż mi pomaga, żeby nie było zbyt kolizyjnie w naszym codziennym życiu. Nie miałam dotychczas sytuacji typu wyjazd na koncert czy impreza urodzinowa córki. Zresztą córka zawsze wygra. Poza tym mam dużo dobrych ludzi wokół siebie. 

Sława cię nie zmieni?

Nie wiem, w czym mogłaby mnie zmienić. Mam chyba dystans do tzw. gwiazd. To zwyczajni ludzie, tyle że z jakimś medialnym talentem. Choć… fakt, miękną mi kolana przy niektórych osobach publicznych i zaczynam się jąkać z wrażenia, więc chyba jednak jestem też podatna na gwiazdy. Ale chętnie się zmierzę z dylematem, czy mnie sława zmieni. Zabawne jest to, że najwięcej ludzi pyta o to mojego męża. Może gdyby się u mnie wszystko wywróciło do góry nogami, gdybym spektakularnie zwyciężyła w jakimś programie muzycznym i świat by zwariował na moim punkcie, moglibyśmy mówić o sławie. Ale u mnie póki co jest proces, ja, mój mąż, moja cała rodzina – dorastamy w tym razem. Jeśli mam być bardziej znana, to mamy na to czas, by się przygotować. 

Bez kontrowersji?

Dużo rozmawiamy. Ze mną zresztą nie ma wyjścia – mówię w życiu, co myślę, we wszelkich relacjach. Właściwe to się bardziej uczę gryzienia w język, bo może nie zawsze trzeba wszystko powiedzieć. Moja bardzo mądra siostra mówi, że trzeba niekiedy rozważyć co ważniejsze: racja czy relacja. Ja wciąż działam bardziej romantycznie niż rozważnie – wysłowię, co na wątrobie. Ooo, będzie to fraza do nowej piosenki (śmiech). 

Histerycznie ekspresyjna?

Wulkan energii, ale bez histerycznych emocji. Mój mąż mówi, że to jest dziwne, że nie mam fochów. Co nie znaczy to, że nie potrafię sobie i innym podnieść ciśnienia. 

Całkiem Twoja inna bajka?

Mam świadomość tego, jak wiele mamy szczęścia, żyjąc tu, gdzie żyjemy. Nawet z całym tym obecnym bajzlem w polityce nie musimy się martwić – mam nadzieję na zawsze – o to, czy bomby zburzą nam domy. Nie musimy się bać wyrażania opinii, a kto chce w Polsce pracować, nie będzie głodny. Mam świadomość szans, które są wokół i dobra, które mi się przytrafia, żyjąc w kraju bez wojny, więc nie trwonię czasu na złość, wolę energię przekierować na coś bardziej twórczego. Ale jak się wkurwię, to równie twórczo przeklinam.

Czego się boisz? 

Boję się o bliskich. Boję się, że tak się w Polsce nawzajem poranimy, że zmarnujemy dorobek niedawnych przodków. Gdyby tak skupić się na tym, ile nas łączy, a nie dzieli, może byśmy lepiej ten czas wykorzystali. Wiersz Brzechwy z moich dziecięcych lat wraca do mnie dziś bardzo często. Mam go w głowie prawie zawsze, gdy włączam telewizję: „Po co wasze swary głupie / Wnet i tak zginiemy w zupie”. Uważam, że powinniśmy zacząć siebie nawzajem chwalić. Naprawiać błędy i chwalić za to, co nam się dobrego udało zrobić. Jedni drugich, zanim
trafią do zupy. 

Ile z ciebie jest na sprzedaż?

Na sprzedaż jestem tylko muzycznie. Na sprzedaż jest mój czas spędzony na koncertach lub na spotkaniach około-muzycznych. Moja muzyka w utworach i moje historie w tekstach. To jest na sprzedaż. Reszta jest tylko moja. 

Jaki jest jazzowy światek?

Nie mam pojęcia. Nie jadam śniadań z Anną Marią Jopek i nie chadzam na drinka z Leszkiem Możdżerem. Pewnie to świat jak każdy inny, z cechami małymi i prawdziwie pięknymi. Mój świat muzyki jest przyjemny, choć już też znam
jego czarniejszy odcień.

Masz muzycznego mistrza?

Barbarę Streisand. Podziwiam ją w każdym calu. Uważam, że są piosenki, których się nie powinno śpiewać, kopiować pierwowzorów. Kilka z tych piosenek pochodzi z jej repertuaru, jak np. „A piece of sky”. Jej utwory to wysoki poziom artystyczny. Nie aspiruję do Barbary, ona jest jedyna w swoim rodzaju, ale blisko mi do jej nurtu i uczyłam się słuchając jej utworów. 

Jednak to Mann zmienił bieg wydarzeń

To, że zaprezentował moją muzykę, jest niesamowite. Gdy trzeciego dnia po przesłaniu do niego demo nie było odpowiedzi, przestałam czekać. Czwartego dnia puścił moje utwory w swojej audycji i jak to redaktor Mann, jak już coś mu się spodobało, a coś innego rozdrażniło, zestawił moją muzykę w kontrze do tego, co się dziś często słyszy w rozgłośniach radiowych, do czego się „łatwo klaszcze i buja”. Odebrało mi mowę z wrażenia, gdy to usłyszałam w Trójce, tyle było pozytywnego przekazu na temat moich kompozycji. Od czasu tamtej audycji moja skrzynka mailowa przyjmuje dużo maili od słuchaczy Trójki. 

Wszystko sprzyja?

Układa się. Z ciekawością i uśmiechem patrzę w nowe. Dziś wymyśliłam scenariusz do kolejnego teledysku, do utworu „Pohulanka”. W tej mojej wizji są tancerki, teatr, nowoczesna technika i odrobina szaleństwa, muszę się więc rozejrzeć za sponsorami teledysku, bo będzie się w nim działo! Tak działam – najpierw wymyślam, potem się martwię, jak to zrobić. To wielka frajda tak działać.
Więc niech się dzieje!  

 

88
01/2018

Swoją przygodę zaczynał w czasach bigbitu i to w samej jego kolebce – w Sopocie. Zanurzył się w rocka, a potem w jazz.