KRZYSZTOF SABISZ
MOUNT EVEREST WYSTAWIŁ RACHUNEK

Mount Everest miał być ostatnim klejnotem w Koronie Ziemi, przypieczętowaniem wielkiej przygody w górach i zamknięciem pewnego, jakże pięknego i ważnego etapu w życiu. Krzysztof Sabisz, 39-letni biznesmen z Gdyni, miłością do gór zapałał dzięki przypadkowi. Nagła zmiana planów wakacyjnych zaowocowała spontaniczną wyprawą na Kilimandżaro. Od tego się się zaczęło. Na Mount Everest miało się zakończyć. Ale najwyższa góra świata powiedziała – nie! Wystawiła też wysoki rachunek. 

Nie udało się wejść na dach świata. Zapłaciłeś też wysoką cenę za próbę realizacji wielkiego marzenia. Warto było?

Nie rozpatruję tego w takich kategoriach. Wyprawa zakończyła się dla mnie amputacją czterech paliczków dłoni. Walczyłem do samego końca o uratowanie jak największej części palców i dzięki dobrej opiece lekarskiej już w Polsce, za którą chcę podziękować dr Pawłowi Cieśli i dr Tomaszowi Dębskiemu ze Szpitala Miejskiego w Gdyni oraz dr Jackowi Kotowi z Uniwersyteckiego Centrum Chorób Tropikalnych w Gdyni Redłowie, palce zostały amputowane na takiej wysokości, że będę mógł z nich prawie normalnie korzystać. Wymaga to oczywiście długiej rehabilitacji i nauki pewnych czynności niemal od początku. Mam w sobie wiele pokory, ryzyko jest wkalkulowane w tak ekstremalną pasję. Pogodziłem się z utratą palców, mogło skończyć się o wiele gorzej.

Na przykład śmiercią?

Tak. Podczas tegorocznego okienka pogodowego na Mount Everest śmierć zebrała żniwo. W tym roku zginęło ponad 20 osób. Śmierć jest tam wszechobecna, na wyciągnięcie ręki, jest namacalną towarzyszką wspinaczki. Droga na szczyt, od tzw. strefy śmierci powyżej wysokości 8000 m usłana jest ciałami tych, którym się nie udało. Ludzkie ciało w suchym i mroźnym klimacie Himalajów doskonale się mumifikuje. Mija się zamarznięte ciała, niektóre wyglądają jakby naturalnie ułożone do snu, niektóre są dziwnie powykręcane. Z takiej wysokości nie ma szans, aby znosić ciała do bazy. Zostają więc tam na wieki. Etykieta wspinaczy mówi, że ciała należy zostawić tam gdzie są. Tak też się dzieje i służą wpinaczom jako
punkty orientacyjne. 

Upiorne drogowskazy w drodze na szczyt...

Charakterystyczne jest ciało himalaisty określane jako „zielone buty”. Nazwa pochodzi od zielonych butów, które cały czas znajdują się na nogach zmarłego. Prawdopodobnie jest to Tsewang Paljor z Indii, który zmarł w 1996 roku. Dziesięć lat później, obok Paljora umarł z wyczerpania i wyziębienia angielski wspinacz David Sharp, który usiadł na chwilę i zamarzł. Jego śmierć wzbudziła poruszenie, ponieważ w czasie gdy umierał, minęło go kilkadziesiąt osób. Nikt mu nie pomógł. Jego zamarznięte zwłoki, w pozie kucającego z rękami obejmującymi kolana do dziś „siedzą” w rogu małej skały.

W tym roku życie na Mount Everest stracił Ueli Steck, jeden z najwybitniejszych alpinistów ostatnich lat. 

Spotkaliśmy się na lodowcu Khumbu Icefall. Ueli tryskał energią i dobrym humorem. To wspinacz, który dokonywał w górach rzeczy absolutnie wielkich i wyjątkowych. Był autorem wielu technicznych przejść w Alpach i Himalajach. W tym roku zamierzał dokonać jeszcze trudniejszego wyczynu. Mowa o samotnym trawersie Mount Everest - Lhotse. Wszystko  z minimum sprzętu potrzebnego do przeżycia. Trzy dni po naszym spotkaniu, podczas aklimatyzacyjnego wyjścia w góry zginął, spadając ze ściany do podnóża Nuptse, siedmiotysięcznika przyklejonego do Mount Everest i Lhotse.

Śmierć Stecka nie spowodowała u Ciebie zwątpienia? Wszak to był Twój pierwszy raz w Himalajach.

Oczywiście, ta śmierć mną wstrząsnęła, ale wiedziałem, że wybieram się na najwyższą górę świata, zdawałem sobie sprawę z ryzyka. Mam mocną psychikę. W górach wysokich tak jest, że świadomość śmierci, widok zamarzniętych ciał niektórych paraliżuje, a innym daje kopa do przodu i jest jak zastrzyk z adrenaliny, uruchamiasz takie pokłady świadomości, które każą Ci się obudzić, zmobilizować, bo w przeciwnym razie staniesz się częścią ponurej statystyki. U mnie tak to właśnie zadziałało.  

A czy po tej wyprawie nie masz wrażenia, że panuje tam po prostu znieczulica? Śmierć została oswojona?

Tak na pewno jest. Podam przykład. W mojej grupie był 50-letni Roland Yearwood, lekarz z Alabamy w USA. Zginął podczas ataku szczytowego. Na wysokości 8400 m dostał nagłej zapaści, prawie pół godziny walczył o życie, o każdy oddech. Jego osobisty Szerpa nie próbował go ratować. Pewnie uznał, że na takiej wysokości i tak nie ma szans na ocalenie. Zostawił Rolanda, zabrał mu jeszcze rękawice, maskę, plecak i czekan. Dosłownie jak na wojnie. Roland atakował Mount Everest również w 2015 roku. Większość jego ekipy zginęła pod lawiną, on jako jeden z nielicznych przeżył. Dwa lata później wrócił wyrównać rachunki z górą, ale nie oszukał przeznaczenia. Śmierć dopadła go po drodze. 

Mówiliśmy o znieczulicy, ale Ty nie zostawiłeś człowieka na pewną śmierć. 

Schodząc z góry do obozu czwartego po nieudanym ataku szczytowym, natknąłem się na leżące ciało, którego nie widziałem w drodze na szczyt. Byłem wyczerpany, musiałem odpocząć, usiadłem więc przy nim i nagle on się poruszył. Przestraszyłem się, myślałem, że mam omamy. Podszedłem bliżej, odgarnąłem śnieg z jego twarzy, facet dawał oznaki życia, ale widać było, że jest z nim bardzo źle. W butli już nie miał tlenu, oczy miał zamknięte, oddech zanikał. Ściągnąłem maskę i podałem mu swój tlen, siedziałem z nim prawie pół godziny, nie wiedząc, czy tlen coś mu pomoże i zastanawiając się co robić. Ale stopniowo zaczął odzyskiwać przytomność i otwierać oczy.

Co się stało później? Nadeszła pomoc?

To było na wysokości około 8400 metrów, w tak zwanej strefie śmierci. Zanim na niego trafiłem, mijali go inni wspinacze. Nikt mu nie pomógł, może go nie widzieli, może myśleli, że to trup. Gdy już odzyskał nieco świadomości, postanowiłem, że spróbuję sprowadzić go do obozu czwartego na wysokości 8000 m. Sam byłem strasznie zmęczony i słaby. Straciłem ponad 13 tysięcy kalorii w tym jednym dniu. Usiadłem rozkrokiem, związałem jego prawą nogę z moją lonżą i przypiąłem się do liny poręczowej. Pierwszy odcinek drogi pokonaliśmy zjeżdżając powoli po śniegu na dół, hamując rakami. Trwało to około 4 godzin. Potem udało mi się go postawić na nogi i ostatkiem sił dotarliśmy do obozu. Tam już zaopiekowali się nim Szerpowie, a ja wyczerpany padłem w namiocie i zasnąłem bez tlenu w tzw. strefie śmierci. Rano jak się obudziłem to paliczki miałem całe sine od niedotlenienia i wychłodzenia. Później dowiedziałem się, że cztery osoby, które spały bez tlenu w obozie IV, już się nie obudziły. W sumie miałem
ogromne szczęście.

Zdajesz sobie sprawę, że uratowanie człowieka na takiej wysokości to wyczyn spektakularny?

Andrzej Bargiel powiedział w jakimś wywiadzie znamienne słowa: „ludzie mają siłę zdobywać szczyty, robiąc z tego heroiczne wyczyny, ale jak trzeba kogoś ratować, to nagle sił nie mają”. Nie jestem bohaterem, zachowałem się po prostu jak człowiek. Nie wiem też, czy go uratowałem, w tym temacie powinni się wypowiedzieć raczej doświadczeni himalaiści. Na pewno mu pomogłem. 

Wiesz kim jest człowiek, który zawdzięcza Ci życie?

Nie miałem okazji z nim później już porozmawiać, ale tą kwestie próbuje rozwiązać Piotr Sztaba, instruktor Polskiego Związku Alpinizmu. Niedawno światowe agencje podały informacje o tym, że grupa Szerpów uratowała w strefie śmierci na Mount Everest wspinacza z Pakistanu i 19-letniego Szerpę, jego przewodnika. Na filmie z akcji ratunkowej widać też, że uratowany człowiek ma kurtkę w takim samym kolorze i taki sam plecak, co człowiek, któremu pomogłem. To zbyt duży zbieg okoliczności, Everest to nie Tesco, gdzie przewijają się tłumy ludzi. Najprawdopodobniej było tak, że wracający ze szczytu Szerpowie znieśli najpierw do obozu czwartego swojego młodego rodaka, który był w tragicznym stanie, był nieprzytomny i miał poważne odmrożenia. Po Pakistańczyka nie zdążyli już wrócić. Jeśli to ten sam człowiek, to cieszę się bardzo, że mogłem pomóc. 

Nie masz żalu o to, że cały splendor za akcję ratowniczą spadł na Szerpów?

Najważniejsze jest to, że udało się tych ludzi uratować. To też dowód na to, że humanizm na Evereście nie umarł tak do końca. Pomagając temu człowiekowi nie myślałem o splendorze. Ja w ogóle wtedy nie myślałem racjonalnie, działałem instynktownie. Mam zdjęcia, które zrobiłem , są daty zrobienia tych zdjęć, jak ktoś kiedyś będzie chciał doprecyzować całą historię, to chętnie udostępnię. Nie zależy mi jednak na tym, aby pisać wyjaśnienia tylko po to, by przypiąć sobie jakiś order do piersi lub zebrać część chwały. Nie po to się wspinam.

Nie udało Ci się zdobyć szczytu. Wiesz już dlaczego?

Najprościej byłoby powiedzieć, że góra na to nie pozwoliła i nie był to mój dzień. Zabrakło niewiele, musiałem zawrócić w momencie, gdy do szczytu miałem 175 metrów. 

Czyli miałeś szczyt na wyciągnięcie ręki. Co się zatem stało?

Tak się tylko wydaje, że te 175 metrów to jest jak wyciągnięcie ręki. W rzeczywistości to jeszcze kawał drogi i konieczność pokonania słynnego Stopnia Hilarego. Musiałem zawrócić, bo kończył mi się tlen, poprosiłem Szerpę o kolejną, opłaconą wcześniej butlę z tlenem, ale ten tylko rozłożył ręce i powiedział, że nie ma już tlenu i jest wyżej przy uskoku Hilarego. 

Chcesz przez to powiedzieć, że płacisz agencji duże pieniądze za udział w wyprawie, masz w kontrakcie określoną liczbę butli z tlenem i mając szczyt w zasięgu wzroku okazuje się, że tego tlenu brakuje?

Dokładnie tak było. Pomyślałbym, że to może przypadek, jakieś nieporozumienie, ale dokładnie to samo spotkało innych członków naszej wyprawy. Ja miałem niecałe 200 metrów do szczytu, a inni Polacy, Sylwia Bajek i Szczepan Brzeski musieli zawrócić 50 metrów przed szczytem. Dla nich też zabrakło tlenu, który miał być przy uskoku Hilarego na wysokości 8800 m. 

Jak do tego mogło dojść? 

Przeważnie rząd Nepalu na letnie wejście na Mount Everest wydaje od 220 do 250 zezwoleń. W tym roku było ich aż 373. To oznacza olbrzymi tłok i wręcz kolejki do wejścia na szczyt. Agencje w pogoni za pieniędzmi, biorą wielu uczestników. Wiadomo, że na każdej wyprawie są wspinacze lepiej i gorzej wyszkoleni, z mniejszym lub większym doświadczeniem. Jasne jest, że przy takim tłoku szanse na zdobycie szczytu ma niewielu. Moim zdaniem, od początku stawia się na tych najlepszych, a pozostali traktowani są trochę jak takie mięso armatnie. Może wejdą, może nie wejdą, ale przynajmniej zdobędą trochę doświadczenia. A jeśli umrą? No cóż, w górach wszystko jest możliwe, każdy zdany jest tylko na siebie, ważne, że kasa się zgadza. Tak było z nami, po prostu Ci, którzy szli przed nami zużyli o wiele więcej tlenu i dla nas już zabrakło. W takiej sytuacji masz do wyboru posłuchać głosu rozsądku i rozpocząć odwrót lub atakować szczyt bez tlenu. 

Ty postanowiłeś wracać...

Nawet jeśli miałbym tlen, to nie jestem pewien, czy stanąłbym na szczycie. Mimo, że byłem tak blisko, po drodze jeszcze wszystko mogło się zdarzyć. Góra będzie stała w tym samym miejscu zawsze. Zwyciężył zdrowy rozsądek. Zawróciłem. Z różnymi przygodami udało mi się zejść do obozu drugiego. Kto wie jakby się to skończyło, gdyby schodzący po udanym ataku szczytowym Mariusz Szczuraszek nie zwrócił uwagi na mnie i oznajmił mi, że słabo wyglądam. Dał mi też tabletki na chorobę wysokościową i obrzęk płuc. Byłem totalnie wyczerpany i na dodatek nie czułem rąk, palce miałem całe przemarznięte. Z „dwójki” trafiłem helikopterem wprost do Lukli, a później bezpośrednio do prywatnej kliniki w Katmandu. Tam lekarze powiedzieli mi że będzie wszystko dobrze, okazało się jednak, że końcówki palców zaczęły mi usychać po kilku dniach. Po pięciu dniach wypisali mnie z kliniki z rachunkiem na prawie 7 tys. dolarów. Nie zrobili nic, chodziło im tylko o to abym bym przebywał w klinice jak najdłużej, bo każdy dzień to dla nich zarobek. Prawdziwa walka o palce rozegrała się już w Polsce. 

Czy masz wrażenie, które przewija się dość mocno w różnych relacjach, że zdobywanie tego Everestu nie ma już za wiele wspólnego z piękną ideą walki z górą, tylko, że jest to komercja, kasa i turystyka wysokogórska?

Himalaje to już od dawna są dwa światy. Ten pierwszy to świat wspinaczy sportowych, takich, dla których sam szczyt nie jest wyzwaniem, a liczy się droga, skala trudności, nowa trasa, szybkość, czy cokolwiek innego, czego jeszcze nikt nie dokonał lub dokonało niewielu. Piękne, sportowe wyzwania, szalenie niebezpieczne. Drugi świat to wyprawy komercyjne, organizowane przez mniej lub bardziej profesjonalne agencje górskie. Tutaj chodzi o to, by po prostu postawić stopę na dachu świata, poczuć wolność, udowodnić coś sobie i innym. I to też jest ok, o ile nie zabija ducha himalaizmu. Na Mount Everest niestety ta komercja jest coraz częściej mocno widoczna. Nie wiem, jak jest na innych górach, bo w Himalajach byłem po raz pierwszy. Problem zaczyna się wtedy, gdy pieniądze stają się wyższą wartością niż życie ludzkie. A tak się coraz częściej dzieje, agencje chcą zgromadzić jak największą liczbę uczestników i jak najwięcej zarobić. Wiadomo, że o to chodzi w biznesie, ale nie kosztem życia ludzkiego. 

Co dalej z Tobą? Wrócisz na Everest?

Chciałbym bardzo. Nie ma takiego tygodnia, abym o tym nie pomyślał. Kto mnie zna, dobrze wie, że nie zostawiam spraw niezałatwionych. Mamy rachunki do wyrównania z Everestem, tylko nie chciałbym, aby były takie samie jak w przypadku Rolanda. Wszystko też zależy od zdrowia, rehabilitacji amputowanych paliczków, od tego jak będą zachowywać się na mrozie, bo raz odmrożona część ciała, już do końca życia jest o wiele bardziej podatna na odmrożenia. Życie nie kończy się jednak na Evereście, jest wiele innych pięknych niższych gór. Cieszę się z tego co i tak już osiągnąłem. 

 

87
12/2017

Pesymista zawsze narzeka na wiatr. Optymista oczekuje, że ten szybko się zmieni, pozwalając pójść z prądem w obranym kierunku.