JAKUB BEREŹNICKI
OJCIEC CHRZESTNY PLAKATU SPORTOWEGO

Jego życie nie kręci się wokół sztalug, choć codziennie uważnie dobiera kolory. Doskonale bawi się bielą przekonany, że w połączeniu z czernią staje się największym wyzwaniem dla grafika. Jakub Bereźnicki jako dziecko przekonał się, że sztuka nie ma granic, a człowiek powinien zawsze iść własną drogą. Prekursor emocji i dynamiki, ojciec chrzestny plakatu sportowego często ze zdumieniem patrzy na świat pełen realizacji, które wyszły spod jego ręki. Jak Polska długa i szeroka. Jak świat wielki i nieograniczony. 

Doskonały rzemieślnik czy artysta?

Staram się być artystą. Takie mam podejście i wynika ono z mojego pochodzenia.

W blasku czy w cieniu sławnej rodziny?

W blasku i dlatego postanowiłem zostać grafikiem, a nie artystą malarzem. Jeden, wybitny - myślę tu o ojcu - wystarczy. Od początku byłem pewien, że będę szukał swojej drogi. Ostatnią rzeczą jaką namalowałem były prace będące aneksem do dyplomu. Potem odłożyłem pędzel.

Uznawali Pana za talent?

Myślę, że nie. Studia to jest poszukiwanie. Do momentu ukończenia chyba nikt nie jest pewien co będzie robił.

Sztalugi i wzorcowy biceps. Jakim cudem Pan się na ASP uchował?

Całe życie jestem związany ze sportem. Pomimo, że rodzice artyści, to szczególnie mama zaszczepiała we mnie aktywność. Zimą narty, kilkanaście lat na korcie tenisowym, basen i koszykówka.

Były sukcesy?

Na poziomie szkoły podstawowej i liceum zawsze trafiałem do różnych reprezentacji w wielu dyscyplinach. Byłem ponadprzeciętny jeśli chodzi o wf.

Nie było żal odpuścić i ruszyć drogą spełniania genealogicznego przeznaczenia?

Pewnie że było, ale nastąpił moment podejmowania decyzji. Musiałem wybrać – ASP czy AWF? 

Jak rodzice przyjęli pomysł, że chce Pan umieścić potencjał twórczy w kantorku wuefisty?

Rodzice zostawili mi wybór. Miałem dowolność jeśli chodzi o przyszłość. Jednak przeważyły obserwacje i wnioski na podstawie historii znajomych, zawodowych sportowców. Jedna kontuzja i świat się kończył. Takiego ryzyka nie chciałem ponosić. Chociaż w tenisie piąłem się w górę, ale to były czasy, gdy można było za treningi rozliczyć się kawiorem. Wujek miał farmę pstrągów i dostarczał nam ikrę. Na sopockich kortach za słoiczki dawało się dogadać. Ilość treningów w pewnej chwili zaczęła się stawać przykrym obowiązkiem, a ja staram się czerpać radość z tego co robię.

Hedonista?

Myślę, że tak. W III klasie liceum zdecydowałem o przygotowaniach do ASP. Uczyłem się w zwykłym ogólniaku, więc musiałem nadrobić rysunek. Zajmowało mi to 4-6 godzin dziennie w weekendy, chodziłem na zajęcia z grafiki do Jacka Staniszewskiego i to otworzyło mi głowę, jak powinien myśleć grafik. 

Jak myśli grafik?

Bycie grafikiem użytkowym wymaga umiejętności skrótowego myślenia. Na zasadzie czarne – białe. Spodobało mi się i sprawiało sporo przyjemności. Egzaminy zdałem, ale niestety zabrakło mi 2-3 punktów by być  na liście przyjętych. Byłem drugi pod kreską. 

Nie chcieli poprawić wyniku za nazwisko?

Tym bardziej nie chcieli! Nazwisko wcale nie ułatwia. W świecie sztuki dzieje się to odwrotnie. To środowisko, w którym króluje sporo fałszu, duża zazdrość i niechęć. Słabsi, niespełnieni nie potrafią przełknąć pigułki sukcesu innych. Sami wiedząc i pamiętając, że dostali się za którymś razem, chcą dopiec takiemu Bereźnickiemu czy innemu.

Byli też inni?

Z mojego rocznika zdawało kilku synów profesorów. Niekoniecznie wszyscy na grafikę. Dzieci z końca lat 70 zdawały na ASP chętnie. Ja byłem pod kreską ex quo z Mariuszem Warasem, grafikiem, który robi światową karierę malując murale.

Dobry rocznik!

Bardzo dobry rocznik! Większość moich znajomych, z którymi kończyłem studia żyje z tego i wciąż istnieje. Mi również udało połączyć pracę dyplomową z tym, co robię do dzisiaj.

Co to takiego?

Postanowiłem, że dyplomem będzie seria plakatów sportowych. Uprawiałem sport, oglądałem największe widowiska telewizyjne, byłem zagorzałym fanem Prokomu Trefla Sopot, który był wtedy na fali największych sukcesów. Pomyślałem, że zrobię z nimi serię plakatów, ukazując ich jako bohaterów. Coś bardziej jak amerykański „movie poster” pokazujący herosów. Chciałem uzewnętrznić, oprócz sylwetek, ich charakter. Zrobiłem 12 plakatów wszystkich zawodników i jeden drużynowy. Trefl mi to wydrukował u siebie w dużych formatach. Gdy wywiesiłem komplet w auli ASP wyglądało dobrze i działało jeszcze lepiej. Klubowi tak się spodobały, ze kupili do nich prawa.

Pierwsze pieniądze?

Tak. Praca dyplomowa zaowocowała nowymi kontaktami. Fajne wejście na rynek, widząc pozytywny odbiór. Ludzie na meczach kupowali plakaty, biegając z nimi do zawodników. Obserwowanie aukcji na allegro, gdzie licytacja zaczynała się od 10 złotych, a kończyła na kilku stówach, to była największa radość i gratyfikacja. To było coś.

Stał się Pan młodym grafikiem na potrzeby Trefla?

Zacząłem od Trefla. Nie mieszali się w moją pracę, miałem wolną rękę i raczej pełną akceptację. Olbrzymie siatki na ścianach, pod sufitem i przed halami. Czego chcieć więcej? Tak zostałem ojcem chrzestnym grafiki sportowej, plakatu sportowego. Nie tego klasycznego, robionego pędzlem, tylko tego na komputerze, z użyciem photoshopa. Tego w polskim sporcie wcześniej nie widzieli.

Polska była za bardzo zamknięta na takie rozwiązania?

Polska przez cały czas jest zamknięta. Próbuje się otwierać. Paradoks polega na tym, że to ja jestem człowiekiem, od którego wszystko się zaczyna. Grafika ma promować wydarzenie, które będzie za 2, 3, 6 miesięcy. Z drugiej strony, wszystkie budżety minimalizują wydatki na opakowanie. Kasa idzie na inne rzeczy, często działania nie mają sensu, pieniądz wpada w błoto. Każdy chce mieć piękne opakowanie, ale przy minimum wydatków.

Trywializowanie pracy grafika? Za co kasa, za obróbkę kilku fotek?

Dokładnie. Wydaje się, że grafik to mistrz kopiuj-wklej, a photoshop może wszystko. Identycznie jest z fotografem. Po co płacić za sesję, skoro można machnąć zdjęcia smartfonem. To podejście laików, którzy nie mają pojęcia na czym polegają subtelne różnice powodujące, że finalnie mamy profesjonalny produkt, który powoduje, że sprzedaż hula. 

Długo Pan szukał swojego stylu? Jarek Bieniuk spod Pana ręki to mistrzostwo świata!

Dobry model i bardzo dobry fotograf Marcin Biedroń. Aby zrobić coś fajnego, niebanalnego, musi być do tego dobry materiał, a to może zagwarantować tylko zespół profesjonalistów. Stylu szukałem długo. To procesy przetwarzania i praca na wielu warstwach. Szukanie kontrastów i balansu bieli, kolorów. Czasochłonne i wymaga cierpliwości.

Pan jest cierpliwy?

Nie do końca. Irytuję się i denerwuję, więc nie potrafiłbym, jak mój ojciec, malować jednego obrazu 3 lata. 

Rywalizujecie z ojcem? Ściga się Pan z legendą? Nazwisko znane nawet bez wpisania w Wikipedię.

Ludzie ze świata sportu, gdzie się obracam, nie kojarzą nazwiska. Jestem biała kartą, którą raz za razem samodzielnie zapisuję. Wiedziałem, że nie ma sensu, abym próbował mierzyć się z ojcem. Jeśli chodzi o malarstwo, jest on absolutnym topem w kraju. Ja pracuję na swoje nazwisko, w zupełnie innej artystycznej dziedzinie. W takiej, którą nikt wcześniej w rodzinie się nie zajmował, więc mam psychiczny spokój, że nikt mnie do ojca nie będzie porównywał. Mam jednocześnie duże wsparcie.

Ojciec ocenia prace? Krytykuje?

Ojciec nie lubi oceniać. To opinia znana studentom ASP. Dla niego najważniejsza zawsze jest praca, ponieważ ocena czy narzucanie są subiektywne. Jedyne co robi, to skupia się na poprawie strony technicznej.

Jakie dyscypliny sportu uwiecznił Pan swoich grafikach? 

Była koszykówka, siatkówka, piłka nożna i ręczna, sporty motorowe. Indywidualnie koszykarze, siatkarze, piłkarze, kulturyści, sporty walki i futbol amerykański. Na pewno brakuje mi w dorobku lekkiej atletyki. 

Która była najtrudniejsza?

Żadna, bo nawet te, którymi nie interesuję się na co dzień, staram się poznać. Przykładowo, nigdy nie byłem fanem sportów motorowych. Przygotowując się do zlecenia, zacząłem jednak chodzić na Night of the Jumps. Robię je od 4 lat i są to ogólnoświatowe edycje. Wraz z rodziną oglądamy, uczestniczymy. Muszę czuć klimat, smród spalin, huk silników. To problem wielu agencji, zlecają realizacje sportowe ludziom, którzy w tym nie siedzą. Nie czują klimatu, nie rozumieją i nie potrafią tego przełożyć na swoje zdjęcia, plakaty, czy grafiki. 

Sesja z Joanną Jędrzejczyk była sporym wyzwaniem?

Joanna to świetna dziewczyna. Szalenie skromna, otwarta, przemiła, bezproblemowa. Sesja z nią to czysta przyjemność. Jako modelka profesjonalna, widać, że USA przygotowało ją do pracy. Pamiętam, że nasze spotkanie zbiegło się z 4 sesjami, które miała w tygodniu dla swoich partnerów. Urzekła tym, że nic nie marudziła. Była lekko podziębiona na antybiotyku i przez 4 godziny robiła o co ją prosiłem. Skakała, kopała, biegała. Podobnie było z Marcinem Gortatem. Tacy ludzie jak on, czy Aśka, mimo że są wielkimi gwiazdami, w pełni oddają się, mówiąc, że teraz jesteś jak mój trener. To co powiesz, zrobię. Mam skakać, chodzić na rękach, stanąć na głowie. Okej. Ty masz wizję, Ty chcesz, ja robię.

Piłkarze reprezentacji Polski też są tacy otwarci? Orły Nawałki bywały przecież w niejednym obiektywie...

Trzy lata temu związałem się z PZPN i pojechałem na pierwsze zgrupowanie trenera Adama Nawałki z drużyną. Nikt nie znał trenera, nikt nie wiedział czego po nim się spodziewać. Wszystko było nieznane, a wielu chłopaków, takich jak Milik i Zieliński, stało na początku swojej piłkarskiej drogi. Wcześniej wysłałem do PZPN pomysły i szkice. Powiedzieli nie ma szans. Nie zrobią, bo to są gwiazdy. Nie będzie im się chciało, przyjdą zmęczeni po treningu i będziesz miał po 5 minut na każdego. No, ale jak chcesz, to próbuj. 

Spróbował Pan? Rozłożył Pan przed gwiazdami czerwony dywan?

Nie trzeba było. Zamiast czerwonego dywanu rozłożyłem moje dotychczasowe realizacje. To plus moja otwartość i kontaktowość wystarczyło. 

Otwartość otwartością, ale jak okiełznać celebrytę sportu narodowego?

Robiliśmy zdjęcia z kolejnymi piłkarzami i każdy kolejny, przyglądając się mojej pracy, chciał mieć lepsze ujęcie od poprzedniego. Robert Lewandowski zaczął robić przewrotki, takie że potłukł rzeźby w luksusowym hotelu Hyatt, na dodatek naciągnął mięsień i nie zagrał w kolejnym meczu. Gdy prezes PZPN Zbigniew Boniek i dyrektor Tomasz Iwan zeszli na dół i zobaczyli co się dzieje na planie, to przecierali oczy ze zdumienia. Mieliśmy te ustawowe 5 minut na każdego, a piłkarze pozowali po pół godziny. Latali, fruwali, kazałem rozłożyć materace. Wojtek Szczęsny robił robinsonady, była świetna zabawa. Materiały wyszły potem na rok, dwa i PZPN nigdy wcześniej nie miał takiej bazy zdjęć.

Dla Pana piłka wciąż w grze?

Współpraca układa się bardzo dobrze. Gdy są jakieś wydarzenia, to jestem na miejscu. Euro, mecze eliminacyjne, wtedy robię oficjalne grafiki oddawane sponsorom, którzy wykorzystują je komercyjnie. Można pójść do EMPIK-u i kupić plakat, kalendarz, podkładkę pod myszki. Jest tego pełno, gdziekolwiek nie pójdę, widzę swoje prace.

Jakie to uczucie?

Miłe. Jest fajnie gdy jadę przez Polskę i widzę swoje billbordy reklamujące wydarzenie w Ergo Arenie. Będąc w Warszawie widzę coś mojego. Ląduję w Krakowie, a tu zwiastun, że będzie się działo w Tauron Arenie. Nawet moja córka rozpoznaje moje prace i często zauważa je na ulicach. 

Artystka czy sportsmenka?

Artystka z zamiłowania. Malowała w pracowni dziadka, a obecnie rozwija się pod kierunkiem absolwentki ojca. Ceramiki uczy się u mojej siostrzenicy. Tka gobeliny, tak jak babcia. Zero przymusu. Aktualnie zafascynowała się szyciem, na urodziny dostała maszynę. Dzieli czas między nią, a warsztaty teatralne w Teatrze Atelier. W wolnym czasie konie, ma już za sobą treningi na dużych wierzchowcach. Regularnie pływa i jeździ z nami na nartach. Multitalent lat 11. 

Będzie Pan wierny aż po grób sportowym realizacjom?

Myślę, że tak, ale mam jeszcze szereg pomysłów, które wdrożę, jak zacznę się starzeć.

Kiedy grafik się starzeje?

Mam nadzieję nigdy, że to jest jak z malarzem. Całe życie może malować i tworzyć co tylko chce. Cały czas czuję się młodo, czynnie uprawiam sport dotrzymując kroku znacznie młodszym. Kręgosłup daje się we znaki bo spędzam przy matrycy około 6-8 godzin dziennie. W przeszłości miałem maratony, siedziałem przy komputerze po kilka dni, bo deadline na kalendarz, bo ktoś się nagle obudził. Pracowałem, jadłem, kładłem się na ziemi, aby odpocząć.

Bez wspomagania?

Jestem wolny od używek. Chyba nawet bym nie mógł. Moja praca jest bardziej techniczna. Jestem jak ojciec, który jedynie naleweczkę.

Co Pan robi za Oceanem?

W Stanach przygotowuję grafiki dla ligi, która nazywa się LFL. Futbol amerykański kobiet, który bardzo szybko się rozrasta. 10 zespołów w lidze i mecze, które grają w Azji, Europie, Kanadxzie. W przyszłym roku zawitają do Polski i rozegrają dwa mecze – w styczniu w Gdańsku i na początku lutego w Warszawie. Graficzna strona będzie należała do mnie. Pracujemy 5 lat i to oni mnie znaleźli.

Wschód już pukał?

Myślałem o tym kierunku. Jest potencjał. 

 

JAKUB BEREŹNICKI

Artysta grafik, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, specjalizacja grafika sportowa. Nazywany ojcem chrzestnym polskiego plakatu sportowego. Współpracował i tworzył grafiki m.in. dla Polskiego Związku Piłki Nożnej, Polskiego Związku Piłki Siatkowej, Polskiego Związku Koszykówki, Związku Piłki Ręcznej w Polsce, Ekstraklasy Polskiej, Polskiej Ligi Koszykówki, Amerykańskiej Ligi Zawodowej LFL, a także dla CNBC (Chicago Bulls), Sportainment (Night of The Jumps, Supercross, Superenduro). 

Współpracował także z klubami sportowymi: Prokom Trefl Sopot, Lotos Trefl Gdańsk, Atom Trefl Sopot, Turów Zgorzelec, Impel Wrocław oraz ze sportowcami – Robertem Lewandowskim, Marcinem Gortatem, Kamilem Stochem, Joanną Jędrzejczyk, Rafałem Sonikiem, Jakubem Błaszczykowskim, Łukaszem Piszczkiem, Mariuszem Wlazłym, Jarkiem Bieniukiem, Angelique Kerber, Kai Greene, Stanem Wawrinką.  

 

84
09/2017

Jego życie nie kręci się wokół sztalug, choć codziennie uważnie dobiera kolory. Doskonale bawi się bielą przekonany, że w połączeniu z czernią staje się największym wyzwaniem dla grafika.