Jarosław Bieniuk
W dobrą stronę

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Światła reflektorów wypaczają normalne życie. Takie z pobudką wczesnym rankiem, przygotowanym śniadaniem i wyścigiem pod bramę szkoły. Z dala od medialnego zgiełku, stara się znaleźć czas na pasję, tak by nie kolidowała z odrabianiem lekcji. Najlepsze na świecie pierogi jego mamy pozwalają na chwilę zapomnienia i wiarę w przekonanie, że doba może być z gumy i zdąży pobiegać przy plaży. Docenia normalność, bo dawno temu postawił na wartości. Przekazuje je codziennie wierząc, że mieć dobre życie, znaczy być w zgodzie ze sobą. Zamyka kolejne drzwi ponieważ cierpienie i pomaganie w jego pojęciu nie są na sprzedaż. Jarek Bieniuk – mężczyzna stuprocentowy.

Będziesz master chefem tegorocznych świąt Wielkanocnych? Umiesz gotować?

Podstawowe rzeczy robię! Jajecznica, makaron z pomidorami, który uwielbiają dzieciaki. Śniadania jak najbardziej ogarniam (śmiech)! Gotować nie lubię i pewnie dlatego niezbyt potrafię. Mamy najlepsze babcie na świecie i wiesz, że kto tak ma, głodny nie będzie! Wpada moja mama, przygotuje do oporu. Jest kulinarnym mistrzem świata, robi takie pierogi, że nikt się nie oprze.

To znaczy, że miałeś fajne, pachnące obiadem, ciastem i miłością dzieciństwo?

Miałem wspaniałe dzieciństwo. Wychowałem się w blokowisku na Żabiance, jako dziesięciolatek przeprowadziłem się na Wyścigi, więc podstawówka i liceum to już był Sopot.

Zawsze pod telefonem? Miewasz chwile spokoju od dzwonka?

Zawodowo tak, prowadzę firmę i jednocześnie pracuję dla gdańskiej Lechii. Muszę być dyspozycyjny. Zresztą zawsze jestem – dla współpracowników, dla Akademii Piłkarskiej, której przewodzę, dla najbliższych i dla tych, którzy mnie potrzebują. Chcę mieć dla nich czas.

Ostatnio internet obiegło Twoje zdjęcie z zawodów biegowych. Nowa pasja czy ta impreza to coś więcej?

Mocno zaangażowałem się w program Tumbo Pomaga. Dedykowany jest dzieciom osieroconym. Lubię biegać i dodatkowo sprzyjają mi warunki. Z częstotliwością jest rożnie, czasem przez wiele dni nie zakładam spodenek, a jak się zbiorę to potrafię pięć dni w tygodniu lub jak wczoraj – rano bieżnia w domu, wieczorem na dwór.

Wtedy biegniesz i ścigasz się z myślami, czy biegniesz i słuchasz muzyki?

Myślę. Wyłączam się i jest to dla mnie ogromnie oczyszczające. Odstresowujące. Od dziecka byłem nadpobudliwy, chociaż podobno nigdy nie wyglądałem!

Rodzice zobaczyli ratunek w sporcie?

Ja sam się garnąłem do sportu. Od początku piłka. Tato grał z kolei w ręczną, ale nie kierunkował mnie w swoją stronę, tylko pokazywał mi wszystkie dyscypliny. Chodziłem z nim na mecze, zabierał mnie na Lechię, na kosza i na siatkówkę kobiecą oraz stadion rugby, gdzie wujek grał zawodowo.

Przeprowadziłeś się w okolice sopockiego hipodromu, konie nie wciągnęły?

Niespecjalnie. Tam grałem w piłkę. Moje życie mocno się zmieniło. Skończyło się podwórko, więc zapisałem się na piłkę. Tak się kręciło – koledzy, szkoła, treningi  i Sopot, w którym się zakochałem. 

To dlaczego nie Sopot jako Twoje miejsce
na ziemi?

Ani (Anna Przybylska – przyp. red.) marzeniem było Orłowo. Czego się nie robi dla ukochanej kobiety? Orłowo to piękne miejsce, ale być może Sopot będzie dla mnie idealny na emeryturę. Najlepiej w jego górnej części, marzyło mi się zawsze zamieszkać przy ulicy Mickiewicza. Do tego stopnia mi się tam podoba, że wieczorami braliśmy samochód, aby uśpić dzieci i jeździliśmy sobie oglądając domy. Zimą jest tam obłędnie. Gdy dzieciaki dorosną, pomyślę o tym na poważnie. Wszędzie blisko, chodzisz sobie na piechotę, poczta, sklepy, morze, las. Co więcej starszemu człowiekowi do szczęścia potrzeba?

Jesteś w komfortowej sytuacji, ktoś zawsze Cię w tym Sopocie odwiedzi!

Liczę, że będę miał dużo wnuków. W tych czasach jest różnie, patrzę na moich młodszych znajomych i wygląda to  zupełnie inaczej niż z moimi rocznikami. Wielu kolegów szybko „poszło w dzieci”, dzieciaki mają po kilka, kilkanaście lat. Z kolei Ci mający 27 – 34 lata nie chcą mieć dzieci. Są nastawieni na karierę, na komfort życia. Nie oceniam tego, ale ja od zawsze marzyłem o dzieciach, pewnie dlatego że jestem jedynakiem. Towarzystwa rodzeństwa szalenie mi brakowało. 

Wcześnie zostałeś tatą…

Tak, ale wszystko było świadome. Staraliśmy się z Anią do rodzicielstwa przygotować jak najlepiej. Pytaliśmy, czytaliśmy, zdobywaliśmy wiedzę. Pamiętam, że mieliśmy kupioną literaturę rodzicielsko – dziecięcą. Były podręczniki, które mnie wciągnęły i cały okres ciąży Ani, byłem świadomy tego co się dzieje, co się zmienia, co się wydarzy. Miałem 23 lata i pewnie początkowo, trzymając córeczkę w ręku byłem nieporadny, ale byłem najszczęśliwszym gówniarzem na świecie. 

Potem było z górki? Porzuciłeś podręczniki na rzecz doświadczenia?

Oliwia to było chuchanie, dmuchanie. Szymon już z rozpędu, a trzeci Jasiek na rutynie. Bez paniki.

Rzuciłeś piłkę w dobrym momencie? Czujesz się spełniony jako sportowiec?

Ciężko powiedzieć. Kolegom, którzy myślą o końcu kariery, radzę aby grali jak najdłużej, bo do piłki już nie wrócą. To było moje całe życie i nagle tego brakuje. Pierwsze pół roku jest nawet fajne, bo inne niż lata codziennego kieratu. Masz czas na odpoczynek, można pojechać na długie wakacje, których przez kilkanaście lat kariery mi brakowało. Zawsze patrzyłem z zazdrością na kolegów, którzy ruszali na Półwysep na kite’a, a ja torba i na trening. Teraz nadrabiam. Zachłysnąłem się jazdą na rowerze! W pierwsze wakacje zrobiłem kilkaset kilometrów z Jasiem w budzie. Napawałem się tym normalnym odzyskanym życiem, bo trenując musiałem odpoczywać, nie było szansy na rower, na cokolwiek innego. Piłka dyktowała warunki i rytm mojego dnia.

Nagle okazało się, że tęsknisz za boiskiem?

Szybciej niż myślałem. Brakowało mi adrenaliny, kolegów z szatni i tej specyficznej atmosfery. Tęskni się do tego, że jest się co tydzień docenianym, krytykowanym, ma to swój urok. 

To co się stało, że korki trafiły na kołek?

To była decyzja, którą podyktował los. Choroba Ani nie zostawiła mi innego wyboru. 

Obiecałam sobie, że nie będę Cię pytać o Anię, nie będę wracać do tego trudnego okresu. Nie mogę jednak nie zapytać, jak sobie radzisz z ogarnięciem obowiązków, domu z trójką dzieci?

Nie będę udawał, nie jestem mistrzem ogarniania prozaicznych tematów. Przy pomocy rodziców mamy poukładany rytm, np. tata odbiera Jasia, ja Oliwię i Szymona. Dzielimy się obowiązkami, mamy poukładane szkoły i dodatkowe zajęcia. Zorganizowaliśmy to na początku roku i to funkcjonuje. Jak w firmie, gdzie trzeba koordynować i pilnować pewnych tematów. Z zegarkiem w ręku, bo inaczej doskonały plan pada. 7 rano śniadanie i w drogę! Wesoły autobus zostawiam w szkołach, potem na szybko sprawy i o 9:30 jestem za biurkiem w Lechii. Na koniec dnia trening którejś z grup młodzieżowych i tak wygląda mój dzień. Wieczorem czas z dzieciakami, kąpiele, problemy, historie ze szkoły i przedszkola, czyli najlepsze na świecie burzliwe przeżycia razy trzy!

Jako ojciec nastolatków czujesz, że musisz być twardzielem?

Masz dzieci? To zdajesz sobie sprawę, jak ogromne na tu i teraz są problemy nastolatków. Skala, komunikacja i oczekiwania powodują, że chyba każdy ojciec czuje się chwilami doprowadzony do ostateczności. Lub płaczu przynajmniej (śmiech). Bardzo zależy mi na edukacji, dlatego dzieci chodzą do dobrych szkół. Jestem czujny pod każdym względem i jest to nasza wspólna ciężka praca. W tematach sportu odpuściłem. W życiu jestem zero - jedynkowym gościem, dzięki temu łatwiej ten świat poukładać.

Jakieś hobby dla równowagi? Coś Cię wkręciło w ostatnim czasie?

Mam i to jest hobby od zawsze, którym z uwagi na piłkę, nie mogłem się za bardzo chwalić. Uwielbiam góry i snowboard. Wreszcie dla siebie odkryłem skitouring, czyli wchodzenie pod górę na nartach i zjeżdżanie poza trasami. Jeśli ktoś lubi góry, to jest to! Odkąd zacząłem grać w piłkę, miałem długie urlopy zimowe. Jeździliśmy zawsze w Alpy i zakochałem się. Byłem już dwa razy w Zakopanem na wyrypie skitourowej. Wyjście w góry to dla mnie połączenie wysiłku fizycznego z doznaniami jakie daje nam przyroda i świat na zewnątrz. Jeżdżę wśród choinek, czuję że jestem całkowicie wśród gór, w idealnej symbiozie z naturą.

Dobrze jeździsz?

Daję radę, zjadę z każdej góry. Zaczynałem swoją przygodę ze snowboardem, kiedy na stokach królowały - jak przystało na lata 90 - tylko proste narty. Moda snowboardowa była taka fajna, kolorowa, gdy narciarze zasuwali w obcisłych kombinezonach, my zjeżdżaliśmy w dżinach. Górska subkultura!

Dzieciaki - snowboard czy narty?

Oliwia jeździ na nartach, Jasiu też, a Szymon przerzucił się na snowboard i coraz lepiej mu idzie.

Ta miłość do gór znaczy, że jesteś typem romantyczno – refleksyjnym?

Góry mają coś takiego magicznego. Inni to samo widzą w morzu. Ktoś kiedyś powiedział mi, że w góry chodzą ludzie tacy bardziej uduchowieni. Ze mną tak jest, że ciągnie mnie do głębszych przeżyć, tak mi się przynajmniej wydaje. Umówmy się, że to po prostu lubię!

Mówi się, że góry wymagają dojrzałości. To prawda?

Do pewnego stopnia tak, bo wiem co z tych gór chcę dla siebie zabrać. W tym roku na nowo odkryłem Tatry. Będąc dzieckiem, dwa czy trzy razy spędziłem tam czas z rodzicami, trafiałem na obozy sportowe, ale wtedy nie zwracałem uwagi na ich piękno i potęgę.

Wygląda, że dorosłeś do gór, czyli coś w tym stwierdzeniu naprawdę jest.

Inaczej, zawsze uwielbiałem góry. Może ze względu na infrastrukturę, Tatry wydawały mi się takie nieciekawe. Spędziłem w ferie 4 dni w Zakopcu wraz z rodziną. Nocowaliśmy w schronisku, było bardzo klimatycznie. Wjechaliśmy na Kasprowy Wierch, warunki były alpejskie, nie było kolejek.

Miałeś farta! 

Wszyscy to mówią! Pogoda fajna, nie wiało, jechaliśmy sobie bez kłopotu, trasy piękne, idealne warunki do jazdy. Tam po raz pierwszy zainteresowałem się splitboardem. To snowboard przecięty na pół, abyś mogła podchodzić. Przekładasz sobie wiązania, wpinasz się jak w narty i wchodzisz jak na nich pod górę. Na szczycie spinasz na cztery zawiasy i zjeżdżasz. 

Mówisz, że nocowaliście w schronisku. A namiot wchodzi w grę? 

Pewnie! Byłem w zeszłe wakacje, pierwszy raz od 20 lat w Słowińskim Parku Narodowym, cudowne miejsce. Ognisko na plaży, niesamowite przeżycie. 

Ciebie cieszą rzeczy normalne, jak przyjaciele, rodzina…

Ja wiem co jest w życiu najważniejsze. Szczere relacje, uczucia, chwile, które później lubię wspominać dają mi siłę, budują jako człowieka.

Mówi się o Tobie, że jesteś bardzo pożądanym „towarem” dla paparazzi, dziennikarzy, plotkarskich portali. Potrafisz żyć pod ostrzałem?

Bez przesady. Z drugiej strony, nie chcę być hipokrytą, przecież popularność pozwala na szereg korzyści.

Znaczy, że nie pchasz się na ścianki?

Nie mieszkam w Warszawie, nie bywam gdzie się bywać powinno. Unikam zgiełku i skupiam na rodzinie, pracy i możliwości pomocy. Bliskie jest mi hospicjum, które wspierała Ania, dlatego każdorazowo dziewczyny mogą liczyć na mój udział w dowolnej akcji. Nie pcham się z tą pomocą przed kamery, bo moim celem i założeniem jest jej wymierny efekt. Oczywiście, jest mi łatwiej i nie ukrywam, że jeśli mogę wykorzystać zainteresowanie do promocji akcji, robię to. Dokładnie jak podczas biegu sztafety dla dzieci osieroconych. Jestem mężczyzną, rodzice wychowali mnie na człowieka świadomego swojej roli. Za to jestem wdzięczny.

Ciężko Ci chronić prywatność? Media bywają bezwzględne.

Nie mam z tym problemu, za mną nie chodzą na szczęście. Paparazzi chodzili za Anią i to rzeczywiście było koszmarne, ten oddech na plecach.

Przecież piłkarze uwielbiają być w blasku fleszy!

Trochę tak. Warszawa wymaga stania się sportowcem celebrytą. Od rozpoznawalności często bardzo wiele zależy. To indywidualna decyzja czy tego chcesz czy nie. Prosty bilans zysków i strat.

Ty wydajesz się mistrzem  ochrony prywatności. Jak na lekarstwo o ekscesach, związkach i nowych samochodach.

Tak, generalnie unikaliśmy ścianek. Pojawialiśmy się wyłącznie w związku ze sprawami zawodowymi Ani i teraz nic się w moim życiu nie zmieniło. Jeśli chcę coś zakomunikować, mam swoje portale społecznościowe.

Masz rzeszę fanek! Kolejne zdjęcie wywołało burzę. Goły, mocno wyrzeźbiony tors spowodował, że lajki sypały się z prędkością światła. Obiekt pożądania?

Bez przesady. Potraktujmy to jako sprawdzian formy przed latem! (śmiech).

Firma IQ Sport, którą prowadzisz skoncentrowana jest na wyłącznie na sporcie?

Jestem w niej wspólnikiem, udziałowcem. Zajmujemy się marketingiem sportowym. Specjalistą jest w niej mój przyjaciel Marcin Ciącio, który opiekuje się sportowcami pod kątem marketingu. Równocześnie prowadzi moje sprawy zawodowe. Druga część tego co robimy, to gałąź IT, czyli nowe technologie.

Interesujesz się IT?

Interesują mnie aplikacje. Sami z nich często korzystamy. Jesteśmy w drugiej rundzie finansowania projektu Drop by Box, mamy również produkt Efan24. Jak to z aplikacjami, przez cały czas trzeba szukać możliwości, ale jest to temat, który chcemy robić. Mamy wiele pomysłów. To wciągające, ale czy wyjdzie, czas pokaże. 

Żyłka do biznesu od zawsze? Jesteś ryzykantem?

Zawsze chciałem robić coś swojego. Ale nadmierne ryzyko nigdy mnie nie pociągało, nie lubiłem nigdy hazardu. 

Grasz w lotto?

Nigdy. Kumulacja nęci, ale nie mnie.

Załóżmy że wygrywasz 23 miliony, miałbyś na nie plan?

Miałbym, wiedziałbym jak z nich korzystać. Zarabiam od 19 roku życia, pewnie całkiem niezłe pieniądze. Mam komfort i standard życia, więc wieloma rzeczami bym się nie zachłysnął. Mnóstwo razy się sparzyłem, kilka inwestycji okazało się fiaskiem, jestem starszy i bardziej doświadczony, więc gdybym zgarnął te 23 banki to wiedziałbym jak ułożyć życie, aby do końca nie pracować. Proste! To się właśnie nazywa wolność finansowa.