Krystyna Andryszkiewicz. Fotografia jako forma buntu.

Barok - przesyt, bogactwo detalu, uwznioślenie i mrok określają fotokompozycje Krystyny Andryszkiewicz. Po wielu latach artystycznej przerwy, autorka „serafinów” wraca do swojej świetności, a jej prace można oglądać w tym miesiącu na wystawie prezentowanej w Filharmonii Bałtyckiej. W rozmowie z Prestiżem opowiada dlaczego tworzy, kto ją inspiruje i czy każdy może być fotografem. 

Dlaczego fotografia?

Od zawsze przyglądając się światu, moim pragnieniem było podzielić się z innymi częścią tego, co widzę, czuję, przeżywam i doświadczam. Fotografia artystyczna to potężna dziedzina sztuki, bardzo bogata w środki wyrazu. Zaoferowała mi nieskończoną różnorodność rozwiązań do realizacji moich artystycznych idei. Jej dodatkowym i niewątpliwym atutem jest precyzja, w odróżnieniu od malarstwa, które jest przepełnione innymi walorami. W swojej twórczości jestem dokładna i hołduję szczegółom. Twórczość jest dla mnie wytchnieniem, pewnego rodzaju modlitwą. Jest spełnieniem zarówno na poziomie emocjonalnym, intelektualnym, jak i duchowym. Umożliwia oderwanie się od często przygnębiającej rzeczywistości i dotkliwej samotności. Jest formą ucieczki, niezgody, buntu i lęków. Daje mi jednocześnie poczucie ogromnego uniesienia, łaski, szczęścia i rozkoszy.

Pani działalność artystyczna opiera się głównie na fotomontażu. Rzeczywistość to za mało dla artysty?

Fotomontaż nie jest tutaj do końca adekwatnym wyrażeniem. Dziś ma znaczenie pejoratywne i kojarzy się z zabawą, rozrywkową ilustracją, ilustracją prasową, czymś prostym, niezbyt skomplikowanym. Dlatego unikam tego określenia. Dużo trafniej moją twórczość opisują fotokompozycje. Dość wcześnie uświadomiłam sobie, że nie interesuje mnie rejestrowanie, czy dokumentowanie rzeczywistości. Zaczęłam, więc wychodzić poza ramy konwencjonalnej fotografii. Pochłonęły mnie całkowicie działania związane z możliwością kreowania własnych, zainscenizowanych i przetworzonych kompozycji, składających się z wielu różnorodnych fragmentów fotografii, które wypływały prosto z mojej wyobraźni, fantazji, podświadomości i intuicji. Tworząc swoje fotokompozycje zawsze myślę o tym, aby miały charakter refleksyjny, aby były nieobojętne, niejednoznaczne, wprowadzały niepewność, niekiedy zaskoczenie. Chcę, żeby pobudzały wyobraźnię, intrygowały poprzez swoje niedopowiedzenie. Chciałabym, aby balansowały na granicy prawdy i fikcji, dobrego smaku i kiczu. Dużą wagę przywiązuję też do koloru.

Serafina – to pani pseudonim artystyczny, a serafiny, to seria zdjęć określona tą nazwą. Jaka wiąże się z tym historia? Skąd wzięły się te określenia?

Historia „Serafiny” jest mi niezwykle bliska, niejako bezpośrednio dotyczy i dotyka mojej duszy artysty. Przyjęłam drugie imię „Serafina”, aby uczcić pamięć osoby, która stanęła na mojej drodze. Która uratowała mi życie. Ponadto, ta osoba pomogła mi się odrodzić jako artystce. Wyznaczyła i wskazała artystyczny kierunek mojej drogi. Historia ta ma ścisły związek z moimi pracami. 

Fotografia jest jednocześnie pani zawodem i pasją artystyczną?

Tak. Teraz moja twórczość i jej odbiór w świecie znawców sztuki dają mi komfort bytu. Fotokompozycje zachwyciły prywatnych kolekcjonerów sztuki, pojawiają się w galeriach i domach aukcyjnych. To niesamowite uczucie. Ewoluowałam artystycznie, pragnęłam wolności twórczej i teraz, gdy jestem wolna i niezależna, mogę w pełni poświęcić się temu, co jest odzwierciedleniem mojej duszy.

Jak wygląda proces powstawania pani zdjęć od strony technicznej?

Mam własny klucz. Chodząc po świecie, przemierzając go i doświadczając go, nigdy nie skupiam się na wykonaniu skończonej fotografii. Nie fotografuję natury, architektury, nie robię portretów, które mają skończone przesłanie już w trakcie fotografowania. Uwieczniam te elementy świata, które mnie podświadomie zatrzymują i wiem, że prędzej czy później znajdą swoje miejsce w trakcie tworzenia fotokompozycji. Mam bogaty zbiór podzielonych tematycznie obrazów, które mnie zaintrygowały i czekają na swoją kolej. Potem mam wizję, szukam i łączę te elementy w jedną spójną całość. Jeszcze w czasach tradycyjnej fotografii, w latach 80. zaczęłam tworzyć swoje pierwsze fotokompozycje. Składały się z wielu niezależnych od siebie sfotografowanych i odbitych na papierze elementów, wyciętych ręcznie i złożonych według własnego, osobistego klucza. Po złożeniu tworzyły spójną całość i nadały obrazowi zupełnie innego, nowego znaczenia. 

W pani twórczości widać silny wpływ malarstwa portretowego. Jakie jeszcze są pani punkty odniesienia, bez których nie byłoby pani fotografii?

Inspiracje czerpię ze wszystkiego, co mnie otacza. Pomysły pochodzą z różnych źródeł, często nieokreślonych, przypadkowych obrazów, czasem pozornie nieistotnych rzeczy, sytuacji, przeżyć, muzyki. Bardzo często sięgam do historii malarstwa i w szerokim pojęciu do historii sztuki. Nawiązuję do wielu stylów, od średniowiecza, przez renesans, a szczególnie barok. Sztuka baroku jest mi bardzo bliska. Czerpię inspiracje z barokowej kultury przepychu, dekoracyjności, monumentalności i przeskalowania. W swojej twórczości uciekam w świat barokowych fantazmatów, teatralnego patosu, ostentacyjnej ornamentyki. Operuję paradoksem, zamierzonym kontrastem, dysonansem i patosem. Ostatnio szczególnie inspirują mnie martwe natury holenderskie. Zachwycają mnie, staram się nadać im współczesny wymiar.

Twórczość których fotografów ceni pani najbardziej?

Cenię i podziwiam dobrych fotografów. Na pewno Robert Mapplethorpe za swoje czarno - białe, wystylizowane portrety, Helmut Newton za kobiece akty. Niesamowita Annie Leibovitz i jej fenomenalne portrety. Diane Arbus za jej unikatowe podejście do człowieka. Bardzo cenię również „białe” prace Erwina Olafa, Michael Hussar. Fascynuje mnie fotografia, która ma swoją narrację. Bardzo bliski jest mi także Roman Cieślewicz. On jest bardzo europejski w swoim punkcie widzenia. Też, podobnie do mnie, nawiązywał do sztuki dawnej, także uprawiał montaż. Nasza twórczość się ściera, jak sacrum i profanum – ja sakralizuję, a Cieślewicz kpił, desakralizował. 

Dziś panuje przeświadczenie, że niemal każdy może być fotografem, a żeby zrobić dobre zdjęcie wystarczy telefon komórkowy. Jak pani odnosi się do tej tendencji i jakie warunki powinien spełniać dobry fotograf?

Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Uważam, że nie każdy może być dobrym i profesjonalnym fotografem. Do tego potrzebna jest wiedza z zakresu techniki, historii sztuki, świadomość. Rzeczywiście, genialne zdjęcie można zrobić telefonem komórkowym. Ale nieświadomie, przypadkiem. Profesjonalny fotograf to ktoś, kto potrafi to zdjęcie powtórzyć.

 

73
10/2016

Są jak piękne kolorowe ptaki. Jak truskawki, które pachną zapowiedzią letniej przygody. Są jak pieprz i sól, niezbędne by życie miało smak.