Małgorzata Białecka: 
Stworzona do rywalizacji

"Bardzo wkręciłam się w kolarstwo, triathlon, dwa razy wystartowałam w zawodach half IronMan, w których stawałam na podium. Jedną nogą byłam w triathlonie, ale wtedy podjęłam decyzję, że stawiam wszystko na windsurfing". Dla mówiącej te słowa Małgorzaty Białeckiej, mistrzyni świata w windsurfingu, była to przełomowa decyzja. Z reprezentantką SKŻ Hestia Sopot, wielką fanką kawy, teatru i owoców morza, rozmawiamy nie tylko o rozbudzonych nadziejach na olimpijski medal w Rio de Janeiro.  

Jesteś sprawczynią jednej z największych tegorocznych sensacji sportowych. Z udziału w Igrzyskach Olimpijskich wyeliminowałaś brązową medalistkę z Londynu – Zofię Noceti - Klepacką.

Nikt w zasadzie nie brał takiej możliwości pod uwagę. W naszym sporcie Zosia faktycznie była niezwyciężona i to zawsze też mnie i inne dziewczyny z kadry trochę frustrowało. No sama powiedz... my pływałyśmy cały sezon, ciężko trenowałyśmy i dawałyśmy z siebie wszystko, a tu przychodziła dziewczyna, dwa miesiące po porodzie, która wydaje się nie do końca przygotowana i rozwala całą stawkę. Wtedy pojawia się taka myśl: albo coś jest z nami nie tak, albo coś jest z tym sportem nie tak. Może to była też taka psychiczna bariera, u mnie chyba nastąpiło przełamanie!

Tuż po wygraniu przez ciebie kwalifikacji słychać było nawet komentarze, że to stało się przypadkiem, że to była kwestia jednego punktu…

Myślę, że swoim zwycięstwem w Mistrzostwach Świata udowodniłam, że to nie była kwestia przypadku. To chyba rozwiało wszelkie wątpliwości wielu osób. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Dlaczego akurat windsurfing?

Zanim zaczął się windsurfing robiłam dużo innych rzeczy. Sport w każdej postaci był zawsze moją pasją. Jestem takim typem osoby, która jak już się czegoś podejmie, to daje z siebie wszystko. Nie potrafię się wyluzować, pobiec dla przyjemności, wystartować w regatach bez konkretnego celu, nawet pograć w karty dla zabawy – zawsze muszę wygrywać. Rywalizacja płynie w mojej krwi i nic na to nie poradzę. Najpierw była koszykówka, ale niestety los nie obdarzył mnie odpowiednim wzrostem, więc byłam zmuszona z tego zrezygnować. Zaczęłam kombinować, jeździłam na obozy lekkoatletyczne, pływałam wpław, jeździłam na nartach, łyżwach, pływałam z rodzicami na żaglówkach. Mam dwie siostry i dwóch braci, co ciekawe nikt nie jest w żaden sposób zaangażowany w sport, ale w rodzinie od zawsze panował taki żeglarski klimat. Mój tata pływał na desce. 

No właśnie, to prawda, że pierwszą dechę wystrugał ci tata?

Nie mi, lecz sobie (śmiech). W tamtych czasach tego tak naprawdę nigdzie nie było, tę deskę mamy po dzień dzisiejszy. Jak miałam 13 lat to poprosiłam tatę żeby mnie trochę nauczył, już nie na tej samorodnej. Pierwsze kroki stawiałam na Jeziorze Raduńskim. Na początku pływałam z tatą, który z sąsiedniego kajaku mówił mi co mam robić. 

Potem był Sopocki Klub Żeglarski, sama wpadłaś na ten pomysł?

To miała być odskocznia od szkoły. Miałam 13 lat, na początku w ogóle nie chcieli mnie przyjąć do grupy, bo „to już nie te lata, szybko się jej znudzi, niech idzie do szkółki, weźmie instruktora i zobaczymy“. Tata nie odpuścił. Miałam z nim pewien układ – jeśli wygrywam zawody, albo zajmuję ustaloną pozycję, to w zamian dostaję od niego jakąś część sprzętu. To było motywujące, powoli kompletowałam sprzęt, nie dostałam wszystkiego od razu. W ten sposób nauczyłam się też cieszyć z tych małych rzeczy.

Pierwszy sukces?

Wygrałam w Sopocie Puchar Prezesa Ergo Hestii, w kilku wyścigach pokonałam zarówno dziewczyny, jak i chłopaków. 

Był taki czas, że przez kontuzję wypadłaś na jakiś czas z gry. Wyobrażasz sobie jakkolwiek życie bez sportu?

To był bardzo długi okres, cały ciąg niefortunnych zdarzeń, który zapoczątkowała właśnie ta kontuzja. Wcześniej zawsze byłam w kadrze, ale spektakularnych wyników brakowało. Wiedziałam, że pływam na windsurfingu, dostawałam sprzęt, miałam finansowanie, za które jeździłam po świecie, ale tak naprawdę nie mogłam nigdy powiedzieć, że jestem profesjonalnym sportowcem. To jest fajne jak jesteś w liceum, uczysz się, zwiedzasz dalekie kraje, ale potem nagle dochodzisz do takiego momentu, że musisz coś ze swoim życiem zrobić, bo czas płynie, a ty ciągle stoisz w miejscu. 

Miałaś taki moment, że uciekła ci trochę młodość?

Nigdy nie żałowałam, że trenuję windsurfing, to była najlepsza młodość jaką mogłam sobie wyobrazić, ale bywały ciężkie momenty. Wszyscy dookoła się bawili, wyjeżdżali i ja też czułam, że musiałam na chwilę się oderwać, zmienić towarzystwo. Zawsze uwielbiałam jeździć na nartach, zaczął się boom na wszystkie duże wyjazdy zimowe, pojechałam raz i pokochałam narty na nowo. Wtedy strasznie zafascynowałam się freestylem. Rok później zapisałam się na warsztaty i nauczyłam się kręcić 360. Zajawka na maksa. To był fajny czas, ale wszystko przerwała kontuzja - zerwane więzadła krzyżowe i uszkodzone łąkotki. To było w styczniu 2011, miałam jechać do Livigno na zgrupowanie ogólnorozwojowe, jednak zamiast tam wylądowałam na stole operacyjnym. Pięknie mnie poskładali, rehabilitacja była męcząca, ale po 3 miesiącach się pozbierałam, pojechałam na pierwsze zgrupowanie do Francji. Jak już doszłam do lepszej formy zaczęła się druga akcja. Po Uniwersjadzie w Chinach, na której zajęłam trzecie miejsce, zaczęły się przewlekłe problemy z zatokami. Zaraz po Uniwersjadzie odbyły się Mistrzostwa Europy, gdzie startowałam na antybiotyku, forma beznadziejna. Nie wystartowałam też w Mistrzostwach Polski, ponadto dowiedziałam się od związku, że jestem w kadrze do listopada, więc automatycznie sama muszę sfinansować wyjazd w grudniu na mistrzostwa świata do Perth do Australii. Mimo, że miałam już kupiony bilet, nie poleciałam, bo nie byłam do końca zdrowa.

Za własne pieniądze? 

Tak było. Próbowałam się jakoś odbudować, w 2012 r. były igrzyska, o których nawet nie myślałam, chciałam po prostu wrócić do kadry. Los się trochę do mnie uśmiechnął. Dostałam szansę od Maksa Wójcika, który był wówczas trenerem pewnej Amerykanki. Zaproponował mi żebym została jej sparingpartnerką i w ten sposób poleciałam na 2 miesiące do Miami. Potem były Mistrzostwa Europy na Maderze, które też finansowałam z własnych środków, wszystko po to, aby zrobić jakikolwiek wynik na kadrę. Byłam całkiem nieźle przygotowana, ale właśnie tam przytrafiła się największa wtopa mojego życia. 

Mogło być jeszcze gorzej?

Tam obowiązywał system zgłoszeń, w którym trzeba było online wpisać numery seryjne poszczególnych części sprzętu. Jednego dnia regat wygrałam 2 wyścigi i wzięli mnie na rutynową inspekcję sprzętu. Okazało się, że teoretycznie źle wpisałam numer seryjny swojej deski i zostałam zdyskwalifikowana z 8 wyścigów. Nie wiem jakim cudem to się stało, dla mnie cały czas jest to jakiś błąd systemu. Wszystkie marzenia o kadrze, stypendium nagle legły w gruzach. 

Faktycznie, teraz twoje sformułowanie „seria niefortunnych zdarzeń” nabiera sensu…

A to jeszcze nie koniec… Nie poddałam się, prosto stamtąd pojechałam do Kadyksu na MŚ. Wygrywałam wyścigi treningowe, jednak warunki na zawodach całkowicie mnie sparaliżowały. Wiało niemiłosiernie, były dni że wiało 30-40 węzłów, połowa zaplanowanych wyścigów nie odbyła się. Dwudziestokilogramowe deski RS:X fruwały na slipie. Straszny dym! Nie udało mi się z tego nic wycisnąć. Potem były igrzyska i weszła decyzja o zamianie windsurfingu na kite’a.

Myślałaś żeby szybko się przerzucić?

Nie miałam pieniędzy, nie miałam wtedy w zasadzie nic, nikt nie miał podstaw żeby wziąć mnie do kadry nawet na wniosek. Wtedy pomyślałam, że to naprawdę koniec, że trzeba zacząć normalnie żyć. To był chyba najgorszy moment w moim życiu. Klasa RS:X wypadała z igrzysk, ale rozegrano jeszcze ostatnie Mistrzostwa Polski, które niespodziewanie wygrałam. Miesiąc później okazało się, że RS:X jednak będzie dyscypliną olimpijską i w ten sposób byłam ponownie w kadrze. Miałam dobre momenty, wiedziałam, że fizycznie jestem lepiej przygotowana niż inne dziewczyny w stawce, jednak nie przekładało się to na wyniki i to było dla mnie najbardziej frustrujące. Przez to zaczęłam bawić się w inne sporty. Bardzo wkręciłam się w kolarstwo, triathlon, dwa razy wystartowałam w zawodach half IronMan, w których stawałam na podium. Jedną nogą byłam w tym triathlonie, ale wtedy podjęłam decyzję, że jednak stawiam wszystko na windsurfing. Ostatni rok do igrzysk, jakbym teraz odeszła to po prostu byłabym głupia, postanowiłam zaryzykować i dać z siebie wszystko, no i w końcu są tego efekty!

W naszej sesji zdjęciowej jesteś wystylizowana bardzo kobieco. Jak się czujesz w takiej odsłonie? 

Wbrew pozorom uwielbiam chodzić w szpilkach, ale niestety nie mam na to czasu. Pływanie na desce to zupełnie inny styl życia. Jednak jak jest jakakolwiek okazja aby się wystroić, sukienka, pełny makijaż, to jak najbardziej z tego korzystam. Poza tym jak nie robisz tego na co dzień, to jest to bardziej ekscytujące!

W tym całym wirze regat czasami masz chwile żeby odpocząć. Co robisz w wolnych chwilach?

Nadrabiam zaległości towarzyskie, kulturalne. Uwielbiam teatr i dobre jedzenie! Szczególnie kuchnię śródziemnomorską, owoce morza i nie wyobrażam sobie zacząć dnia bez dobrej mocnej kawy. Poza tym jestem bardzo wkręcona w kolarstwo, jeżdżę w amatorskim teamie Trek Gdynia, czasem też startuję w wyścigach kolarskich, jeśli tylko nie koliduje to z windsurfingiem. Na rowerze trenuję, ale też odpoczywam, to świetne oderwanie od różnych problemów.

Jak wygląda połączenie życia sportowego z prywatnym? Randki? 

Z chłopakami jest ten problem, że to oni muszą się dostosować do mnie, do mojego grafiku. Uprawiając profesjonalnie sport w ogóle ciężko jest ludzi poznawać. My funkcjonujemy w zupełnie innym schemacie. Normalni ludzie spotykają się np. o 21, piją sobie piwko, winko, imprezują, następnego dnia wstaną, odeśpią na kanapie i nic się nie dzieje. A w naszym przypadku jest tak, że nie mogę iść na trening podmęczona, bo taki trening nie ma sensu. Prosta matematyka, trzeba szanować swoją pracę. Trochę może brakuje mi życia osobistego, niestety coś kosztem czegoś. Mam nadzieję, że mi to nie przepadło.

Jak długo chcesz pływać?

Nie mam deadline’u i na razie nie chce o tym myśleć. Wiadomo wszystko jest powiązane z finansami. Fajnie byłoby zakończyć karierę jak się jest na szczycie, ale np. stypendium można dostawać tylko jak się realizuje program szkoleniowy. Generalnie od żeglarstwa jest ciężko  zupelnie odejść.