Kasia i Michał Dudko: 
Małżeństwo Dobrze zaprojektowane

Miłość, praca i dzielenie wspólnej pasji, to dla nich oczywistość. Mówią, że nie potrafią inaczej. Swoje życie zaprojektowali chodząc na kompromisy i ucząc się na błędach. Innym projektują wnętrza. Bezbłędnie i profesjonalnie. W pierwszym odcinku naszego nowego cyklu Miłość i Pasja rozmawiamy ze znakomitymi trójmiejskimi architektami, Kasią i Michałem Dudko.

Jak długo jesteście małżeństwem?

Kasia Dudko: 11 lat. Poznaliśmy się na studiach. Byliśmy w jednej grupie.
Michał Dudko: Już na pierwszym roku bardzo się polubiliśmy. Gdy trzeba było dobrać się w pary na zajęciach, to zawsze byliśmy razem.
K.D.: Tak, mąż był po prostu obibokiem, a że ja trochę mniejszym, to się do mnie przykleił i wszystko robiłam za niego (śmiech). Na drugim roku zostaliśmy oficjalnie parą.

Studio projektowe Formativ założyliście w 2004 roku, gdy jeszcze byliście studentami wydziału Architektury i Urbanistyki Politechniki Gdańskiej. Więc prowadzicie wspólnie firmę już 12 lat. Dlaczego zdecydowaliście się na ten krok?
K.D.: Chyba nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym aż tak dogłębnie. To wyszło tak jakoś automatycznie. 

M.D.: Ja wiem dlaczego

K.D.: Ty wiesz? To powiedz, bo ja nie wiem (śmiech).

M.D.: Ja po prostu nie chciałem szukać pracy, ani chodzić na rozmowy kwalifikacyjne. A gdy jeszcze jako studenci dostaliśmy pierwsze zlecenie, a zaraz potem pojawiły się kolejne, to pójście w tym kierunku razem, było dla mnie czymś naturalnym. Zdecydowaliśmy się na ten krok pewnie także z powodu braku wyobraźni. Nie zastanawialiśmy się nad czekającymi nas wyzwaniami czy zagrożeniami. Wbrew pozorom byłoby nam łatwiej, gdybyśmy na samym początku zatrudnili się u kogoś na jakieś 2, 3 lata. I dopiero wtedy, już z doświadczeniem, założyli firmę.
K.D.: A tak uczyliśmy się na błędach i nadal uczymy, bo wciąż się rozwijamy. Mamy jednak satysfakcję, że do wszystkich rozwiązań dochodzimy sami.

Nie obawialiście się wspólnego prowadzenia biznesu i tego, jak to wpłynie na wasz związek?

K.D.: My mamy to szczęście, że odkąd się poznaliśmy, to razem pracujemy, czy to na studiach, czy teraz w firmie. Nigdy nie robiliśmy niczego osobno. Nie wiemy jak to jest. Dlatego może nie zastanawialiśmy się, że wspólna praca może być problemem.

Podzieliliście się rolami?

K.D.: Tak, ten podział również wyszedł zupełnie naturalnie. Ja odpowiadam za stronę artystyczną projektów, a mąż za ich realizację, ponieważ mamy generalne wykonawstwo swoich realizacji.

Są jakieś plusy prowadzenia wspólnie biznesu?

K.D.: Wszystko ma swoje wady i zalety. Plusem jest z pewnością swoboda czasu. Nie musimy przed nikim rozliczać się z pracogodzin. Z drugiej strony nie mamy normowanego czasu pracy, więc obowiązki bardzo często przenosimy do domu. Nie da się tego uniknąć, mimo że bardzo się staramy. Gdy w firmie jest jakaś nerwowa sytuacja, ona także przenosi się do domu. Myślę, że gdy małżeństwa pracują osobno, to stres z ich miejsc pracy również przenosi się do domu, ale gdy dochodzi do kłótni, to niekoniecznie wiedzą z czego ona wyniknęła. My mamy ten komfort, że wiemy (śmiech).
M.D.: Plusem też jest na pewno fakt, że możemy o swojej pracy porozmawiać z kimś bliskim, z kimś kto zna temat i nas rozumie. Wspieramy się. Jednak jeśli by nam się nie udało, to oboje stracilibyśmy źródło utrzymania. I to jest ryzykowne. Myślę jednak, że zdecydowanie jest więcej plusów.

Macie inny gust?

M.D.: Tak, ja np. lubię ciemne gabinety. Połączenia drewna i cegieł. Klimat industrialny, niedokończony.

K.D.: Ja natomiast lubię bryły. Nie lubię dupereli, tak jak mąż. Preferuję przestrzenie pozamykane, minimalistyczne.Jednak Michał bardzo często doradza mi, wprowadza świeże spojrzenie i dzięki temu zachowujemy spójność projektu.

Formativ po łacinie oznacza kształcenie się poprzez twórczość. Co to dla was znaczy?

K.D.: Ta nazwa bardzo do nas pasuje. Każdy nasz kolejny projekt jest inny, z każdym kolejnym zleceniem rozwijamy się coraz bardziej, uczymy się nowych rzeczy. Nie wyobrażam sobie, że któregoś dnia stwierdzimy, że umiemy i wiemy już wszystko. Takiej sytuacji na pewno nie będzie.

A macie jakieś inne wspólne pasje?

M.D.: My zupełnie inaczej chcemy spędzać czas wolny, dlatego musimy chodzić na kompromisy. Ja lubię przebywać dużo poza domem, z dala od cywilizacji, a żona wręcz odwrotnie. Uwielbia siedzieć w domu.
K.D.: To prawda, choć gdybyś zadała mi to pytanie za 2 lata, to mogłabym odpowiedzieć inaczej. Obecnie jestem w stanie ogromnego zmęczenia psychicznego, bo łączę pełnoetatową pracę w firmie, która obecnie bardzo prężnie się rozwija, z wychowywaniem dwójki dzieci – 9-letniego Filipa i 1,5 rocznej Ani. Aktualnie więc w swoim czasie wolnym mam ochotę tylko siedzieć na kanapie, czytać książki lub oglądać seriale. Jednak moją największą pasją jest moja praca, śledzenie trendów wnętrzarskich, przeglądanie magazynów i portali w poszukiwaniu inspiracji. Zawsze też z podróży przywożę książki o tematyce wnętrzarskiej, bo tak najlepiej zapamiętuję miejsca, w których byłam.

Czyli wszystko kręci się jednak wokół domu i wnętrz. Michale, a co to znaczy, że spędzasz czas z dala od cywilizacji?

M.D.: Zabieram kilka rzeczy z domu i jadę do lasu, w głuszę, pod namiot.

K.D.: Michał jest hardcorem (śmiech). Gdy gdzieś razem wyjeżdżamy, to proszę go, aby chociaż był dostęp do bieżącej wody. Dlatego w ramach kompromisów wspólnie jeździmy na campingi, zamiast pod namiot w środku lasu. Michał bierze też udział w wyjazdach trekkingowych. Całe szczęście ma przyjaciela, z którym podziela swoją pasje. Jakiś czas temu zaraził nią też naszego syna.

M.D.: I myślę, że to jest nasza wspólna pasja – spędzanie czasu z dziećmi. Oboje to uwielbiamy i staramy się dzieciom poświęcać jak najwięcej uwagi. Bardzo często z nimi wyjeżdżamy. Np. Filip, gdy miał 6 lat przejechał ze mną 80 km na małym rowerku. Był bardzo zadowolony. A teraz jest na tyle duży, że chętnie jeździ ze mną na wyprawy do lasu.

Kasiu, to może chociaż córka pójdzie w Twoje ślady?

K.D.: Nie, już widać, że jest tak szalona jak oni, więc pewnie niedługo do nich dołączy (śmiech).

Jakie sprawiacie sobie prezenty? Związane z pracą?

M.D.: Przede wszystkim praktyczne, ale niekoniecznie związane z pracą.

K.D.: My w ogóle nie jesteśmy romantyczni. Bardzo często niczego sobie nie kupujemy, choć największym hitem jaki od Michała dostałam był koc elektryczny. Tego prezentu jeszcze niczym nie przebił (śmiech).
M.D.: No, ale to było romantyczne.

K.D.: - Serio? (śmiech)

M.D.: No na pewno bardziej niż dysk twardy.
K.D.: Niby racja. Choć tego dysku używam do dziś. Ja np. nie lubię kwiatów, więc Michał mi ich nie kupuje. Notorycznie też zapominamy o swojej rocznicy ślubu.
M.D.: Czasami dla żartu też ją obchodzimy (śmiech). Ja natomiast dostaję od ciebie kijki.
K.D.: No tak, bo ja zawsze uderzam w trekking. Michał jest bardzo wymagający, więc radzę się jego znajomych, z którymi bierze udział w wyjazdach trekkingowych, bo chcę, aby był zadowolony z prezentu.

Co uważacie za swój największy sukces?
K.D.: Rozwój firmy jest wg. mnie moim największym sukcesem. Może powinnam powiedzieć, że posiadanie dzieci, ale nie traktuję tego jako jakiegoś wielkiego wyczynu. To coś naturalnego. Natomiast rozwój firmy okupiony ciężką pracą, jest prawdziwych sukcesem, zwłaszcza gdy klienci przychodzą do nas, bo autentycznie podoba im się to co robimy.

M.D.: Moim zdaniem, naszym sukcesem jest to, że wszystko potrafimy pogodzić. Mamy dzieci, mamy firmę, mamy dom. Zajmujemy się wysokobudżetowymi inwestycjami, mamy wiele zleceń. Do wszystkiego doszliśmy sami. Nikt nam nie sprząta domu, nikt nam nie pierze. Potrafimy to wszystko ogarnąć i nawet znaleźć trochę czasu wolnego, aby gdzieś wyjechać. A firma? Firma służy po to, żeby żyć.

A największe marzenie?

K.D.: Jeszcze większy rozwój firmy. Chcielibyśmy mieć mniej na głowie, mieć więcej pracowników i móc tylko doglądać realizacji. Z drugiej strony chciałabym mieć taką możliwość, aby wybierać sobie projekty, przy których mogłabym mieć większą swobodę i trochę poszaleć.

M.D.: Bo dorobić się, wszystko sprzedać i nic nie robić, to raczej nie dla nas (śmiech). 

 

69
06/2016

Rodzice chcieli, aby został weterynarzem. On sam bardziej widział się w roli ekonomisty. Ostatecznie został żeglarzem.