Pewex, czyli 400% normy w retrobiznesie

Samochodziki matchboxa, klocki Lego, jeansy Levis, papierosy Marlboro, czy whisky Johny Walker. Po te towary m.in. chodziło się w czasach PRL-u do Pewexu, czyli sklepów Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego. Oczywiście warunkiem było posiadanie dolarów lub bonów towarowych. W okresie PRL-u Pewexy były przepustkami do lepszego, bogatszego , ale też i „zgniłego” Zachodu. Po zmianie ustroju zniknęły nie wytrzymując konkurencji wolnorynkowej. Od 3 lat Pewex znów działa jako część grupy skupiającej znane serwisy internetowe, m.in. Demotywatory, Mistrzowie, czy Joemonster. Tylko po co? O tym opowiadają Prestiżowi właściciele reaktywowanej marki -  Sebastian Leśniak i Mariusz Składanowski. 

anowie, jak przebiega wasz eksport wewnętrzny? Warto było reaktywować Pewex?

Sebastain Leśniak: To już trzeci rok naszego eksportu wewnętrznego i z lubością informujemy, że ma się dobrze. Realizujemy 400 % normy, nie jest to nasze ostatnie słowo i cały czas idziemy do przodu. Także jesteśmy ukontentowani.

 

Skąd w ogóle pomysł na reaktywację?

SL: Jesteśmy dzieciakami PRL-u, roczniki 76, czyli mamy to nie tylko w genotypie i metabolizmie, ale i zakotwiczone we wspomnieniach. Było więc spore powiązanie czysto sentymentalne. W 2000 roku podjęliśmy pracę w mediach internetowych, to była Wirtualna Polska.  Reprezentowałem wtedy dział e-commerce i pewnego razu przyszedł pomysł żeby sprawdzić czy jest wolna domena pewex.pl. Obserwując wielki boom internetowy uznałem, że kiedyś może się przydać. 

 

No i okazało się, że jest wolna.

SL: Dokładnie. Przypomnę, że nie było jeszcze prawa, które korespondowało z nowymi technologiami, co jest bardzo istotne, jeżeli chodzi o tę kwestie. Ta domena cały czas sobie wisiała i po prostu ją wzięliśmy. Kilka lat później, mając już duży bagaż doświadczeń wyniesionych z korporacji, trafiłem na opracowanie pewnej doktorantki, która robiła badania poświęcone postrzeganiu marki Pewex przez współczesnych 20, 30-latków. Wyobraźcie sobie, że wówczas respons był negatywny. Ludzie traumatycznie odbierali markę jako niemożność zakupową w ówczesnych czasach. To było okno na świat, ale niedostępne.

 

Tak oceniła większość?

SL: To był na tyle duży wolumen respondentów, że trzeba było swoje odczekać. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później każdy z nas będzie wspominał swoją młodość raczej w superlatywach. Stwierdziliśmy, że trzeba po prostu cierpliwości. No i nadszedł ten czas kiedy powstał facebook i założyliśmy profil. W międzyczasie, co jest bardzo istotne, należało dopasować się do współczesnego prawa, więc udało się zakupić znak towarowy Pewex, czyli ten sławetny logotyp. Tak więc cała identyfikacja wizualna i prawo do nazwy należy do nas. 

 

Do kogo należał wcześniej?

SL: Prawa do znaku po prostu wygasły i trzeba było je w umiejętny, prawny sposób je przejąć. 

Od samego początku mieliście pomysł na sklep internetowy? 

SL: Tak, to miało być e-commerce, ale jeżeli chodzi o przyszłość to chcielibyśmy przywrócić też tradycyjną sieć sprzedaży. Od samego początku doskonale wiedzieliśmy co chcemy zrobić i jaką ma to wartość. Był taki czas kiedy współpracą zainteresował się jeden z największych funduszy w Polsce, pytali wówczas o koncepcję, model biznesowy itd. Nie do końca byli jednak pewni jakie będzie zainteresowanie użytkowników. Powiedzieli wtedy tak: jeżeli będzie 8 tys. osób na fb – tutaj dodam, że to były początki facebooka w Polsce – to będziemy mieć mocny argument żeby przepchnąć ten projekt, bo pachnie tutaj bardzo fajną kasą. I co się okazało? Wyjechałem wtedy na miesiąc do Holandii – było 2 tys. użytkowników, a kiedy wracałem było już 20 tys. Nim się spostrzegliśmy było 50 tys. użytkowników. Był to najlepszy dowód, że jest zapotrzebowanie. Dzisiaj mamy 509 tys. użytkowników, a miesiąc temu zrobiliśmy rekord – 5 milionów zasięgu tygodniowo. 

A jak na co dzień ludzie reagują słysząc słowo Pewex?

Mariusz Składanowski: W relacjach biznesowych to jest moment wspomnień, a potem przechodzi się do rozmów o pieniądzach. Są faktury, są produkty, pierwsze trzeba opłacić, drugie trzeba sprzedać - tu nie ma sentymentu. Inaczej jeżeli chodzi o znajomych, czy ludzi z ulicy. Gdy dowiadują się, że to jest „ten” Pewex to zawsze budzą się jakieś wspomnienia z tamtego okresu. Ktoś wspomni co kupił za zaoszczędzone pieniądze, podarowane bony, a czego nie mógł nigdy kupić, zaczyna się podróż w dzieciństwo.

SL: Pamiętam jak po starcie Pewexu trafiliśmy na główną stronę wp.pl z tekstem “Pewex zaszachuje Tesco i Biedronkę”. I po nim na fali sporego hejtu przeczytaliśmy taki “majonez-delikates”, tutaj zacytuję: “Jebana ubecja, żydokomuna, pewnie będą transferować pieniądze z banków szwajcarskich, żeby faktycznie rozpierd (…) zachodni kapitał”. Także wiecie gdzie nasze macki sięgają, ja bym był naprawdę ostrożny rozmawiając z nami (śmiech).

Wasz sklep ma produkty całkowicie współczesne, ale macie też stronę retro Pewex, która wprost odwołuje się do dawnego Pewexu i bazuje na sentymencie. Zastanawialiście się czy nie reaktywować innych marek?

SL: Wskrzesiliśmy największą markę PRL-u i tutaj jesteśmy zaabsorbowani całkowicie. W tym konkretnym przypadku nie można wejść drugi raz do tej samej rzeki, tym bardziej, że kosztowało nas to mnóstwo pracy.

Część marek chyba została reaktywowana. Dostaliście może propozycję żeby wasz sklep sprzedawał takie reaktywowane produkty, znane z okresu PRL-u?

SL: Wydaje mi się, że to jest naturalna kolej rzeczy. Wpadło nam to do głowy, żeby stworzyć oddzielny dział - polskie marki o smaku retro. Widzimy co się dzieje, wskrzeszono Junaka, teraz w Świdniku mają wskrzesić WSK-ę, wskrzeszono też zegarki Błonie. Jesteśmy marką, która agreguje inne marki. Podjęliśmy już kolaborację z Unitrą i sprzedajemy te produkty, choć nie jest to jakiś poziom wyjątkowy, bo cały czas borykają się z głównym zarzutem, że „to nie jest to samo co kiedyś, bo jest z Chin”.

Kiedy otwieracie sklepy stacjonarne?

SL: Mamy projekty sklepów stacjonarnych, wizualizacje, ale to są bardzo kosztowne projekty. Póki co wszystkie siły skierowane są na e-commerce’owy pokład, trzeba zarobić na to, żeby powołać taki projekt. To jest dopiero trzeci rok działalności, myślę, że decydujący. Jesteśmy bez wątpienia piękną panną na wydaniu, wielu adoratorów kręci się wokół nas, wokół biznesu pewexowego, więc niewykluczone, że ten proces zostanie przyspieszony w sytuacji kiedy adorator naszej panny okaże się na tyle atrakcyjny i wyjdzie z ciekawą inicjatywą.

Co najlepiej schodzi w Pewexie?

SL: Tutaj was zaskoczymy – tekstylia. Mało kto wie, że stary Pewex posiadał także swoją linię tekstylną, w zasadzie sami niedawno się o tym dowiedzieliśmy. Tekstylia schodzą najlepiej, my je produkujemy i sygnujemy marką Pewex. Natomiast mamy generalnie wszystko: perfumy, kosmetyki, ciuchy innych marek, muzykę, książki, film. Chcemy być dużym marketem online, ale w naszym koncepcie jest cały czas nawiązanie towarowe do starego Pewexu i tu możemy wam uchylić rąbka tajemnicy – dostaliśmy koncesję na alkohol i niedługo wprowadzamy go do oferty. Chcemy towarowo korespondować z tym, co było kiedyś, m.in. po to, by któregoś pięknego dnia sprawnie przejść do rynku tradycyjnego.

To będą standardowe sklepy jak Biedronka, Żabka, czy też chodzi bardziej o promocję firmy, niż tylko samą sprzedaż?

SL: Promocja to jedno, jednak wynik finansowy jest tutaj głównym determinantem. Chcemy mieć sieć sklepów autorskich innych niż wszystkie – brzmi jak banał, ale nie chodzi o to żeby konkurować z największymi, bo nie tędy droga. Dla nas biznesem cały czas jest online, jednak chcemy stworzyć sieć autorskich sklepokawiarni i mocno to powiązać z zakupami online. Jeśli chodzi o sklepy, to chcielibyśmy żeby były zaszyte w infrastrukturę miejską, a nie klasyczne molochy, galerie. 

Nieodłącznym elementem Pewexu jest wasz serwis wspomnień, coś szczególnego zapadło wam w pamięć?

SL: Tych wspomnień jest mnóstwo. Praktycznie na przestrzeni ostatnich trzech lat użytkownicy dodali tysiące swoich zdjęć otaczając je swoim prywatnym sentymentalnym komentarzem. 

MS: Ja znalazłem gdzieś u siebie w szpargałach rzutnik „Ania”. Odpaliłem, obejrzałem z synem parę bajek i to było całkiem fajne doświadczenie – ten zapach lampy, która wypala kurz, który gdzieś tam się pojawia… i tutaj zapach jest takim przeniesieniem w przeszłość. 

SL: Co ciekawe często dostajemy zapytania: gdzie mogę kupić rzutnik „Ania”? Czy będziecie mieli coś podobnego w ofercie? Czy macie w swojej ofercie kulki na szprychy? Czyli jest wbrew pozorom zapotrzebowanie na tego typu rzeczy. Wyprodukowaliśmy swoją oranżadę, prawdziwą, na cukrze, różową, mamy do niej dedykowaną etykietę – „Pewex. Smaki z dzieciństwa”, dodatkowo fajne kartonowe opakowanie. W ciągu ostatnich edycji Jarmarku Dominikańskiego ta oranżada była najbardziej wabiącym produktem, także patrząc przez pryzmat tych kawiarni, myślę, że hipsterska warszawka chodziłaby różowa.

A jakie wy macie osobiście wspomnienia związane z Pewexem, z PRL-u? To było dla was to zamknięte okno?

SL: Ja dzieciństwo miałem bardzo kolorowe. Jestem takim klasycznym chłopakiem z blokowiska, z podwórka, gdzie w zasadzie największym zmartwieniem był krzyk do mamy, żeby rzuciła piłkę przez balkon. Natomiast wspomnienia związane z Pewexem mam typowo andrusowskie, pozytywnie chuligańskie. Kiedyś mój kolega zorganizował 100 dolarów, odkleił cioci ze słoika skitranego gdzieś w szafie. To była kupa szmalu. Dodam, że bawiliśmy się z chłopakami z osiedla przez dwa tygodnie. Miałem wtedy 12 lat – czekolada, coca cola, te sprawy. To był jakiś bardzo gorący okres, bo pamiętam do dziś jak czekolada spływała nam po łapkach. Pieniądze trzeba było rozmienić u kolegów, którzy skończyli 18 lat. W tym okresie dzieciństwo było tak fajne, że ci kumple za fajki rozmieniali małolatom dolary, tak żebyśmy mieli po dolarku, i zwracali te pieniądze co do centa. Dzisiaj te pieniądze prawdopodobnie nie wróciłyby do kieszeni takiego 12 - latka. Przehulaliśmy to osiedlowo, ku niepocieszeniu rodziców, którzy później musieli zwrócić te pieniądze, ale wtedy poczułem prawdziwy smak luksusu. Także wspomnienia mam mocno wbijające się w genotyp. 

MS: Ja miałem daleko do jakiegoś Pewexu, więc dla mnie równie egzotyczny był kiosk Ruchu. Dla mnie wystawa w kiosku była czymś super fajnym. Sam Pewex kojarzy mi się z tym, że koledzy mieli klocki Lego, szczególnie ci, których tata pracował gdzieś zagranicą i przywoził te skarby. Kolega wyciągał szufladę, a tam same porozwalane klocki – to było dla mnie jak szuflada ze złotem. Trzeba było tak dotykać żeby nie popsuć. 

Poza Pewexem prowadzicie serwisy, m.in. Demotywatory, Mistrzowie, Joe Monster itd. W ubiegłorocznej kampanii wyborczej, zarówno prezydenckiej i parlamentarnej – internet po raz pierwszy w historii tak mocno wpłynął na wynik wyborów. Dwie strony barykady, czyli PiS i PO wzajemnie oskarżali się, że zatrudniają całe rzesze ludzi, którzy robili wpisy, różnego rodzaju memy ośmieszające kontrkandydatów. Czy wy – jako właściciele najważniejszej strony do robienia memów, odczuliście takie zjawisko?

MS: Tak. Pamiętam jeszcze poprzedni okres, kiedy w 2005 roku rządzili Kaczyński z Giertychem. Wtedy internet był jednoznacznie przeciwko nim. Potem nastąpiła zmiana. W drugiej kadencji PO zaczęło robić tak beznadziejne rzeczy, że internet, który nie tykał w ogóle Tuska, pod koniec jego drugiej tury urzędowania był już zdecydowanie anty PO. Wszystkie rzeczy piętnujące PO dostawały wręcz nienaturalnie dużo głosów pozytywnych. Ci, którzy próbowali ich bronić często dostawali minusy, to także dało się zauważyć. Sprawdzaliśmy, czy ktoś nie stworzył sobie jakieś automatów, które generują te głosy, bo memy przeciwko PiS były automatycznie minusowe, więc nie miały szansy przejść dalej. Nie wyglądało to jednak na działania automatyczne. Tak więc była jakaś zorganizowana grupa kilkudziesięciu osób, ale mimo wszystko poza tą grupą, ludzie naturalnie dali upust swojej złości na poprzedni rząd. 

A mieliście jakieś propozycje od partii? Np. byście pomogli waszymi serwisami w kampanii?

MS: Nie, to byłoby strzelenie sobie w kolano, ale w 2006 r. dzwonili do mnie z SLD czy byśmy im nie powrzucali parę rzeczy. Byłem wtedy na urlopie i od razu powiedziałem, że będziemy wrzucać to, co jest po prostu dobre i to była w zasadzie jedyna taka próba. 

Macie pomysły na kolejne portale?

MS: Teraz bardziej obserwujemy to, co się dzieje. Ostatnio nabyliśmy serwis anonimowe.pl, to anonimowe wyznania. Niesamowita historia, bo to jest piękne, że w czasach obrazkowych, gdzie występują same memy, ludzie nagle opisują historie ze swojego życia. Wesołe, smutne, tragiczne i naprawdę lubią to czytać. Te posty na facebooku mają po kilkanaście tysięcy lajków, są czytane przez kilkadziesiąt tysięcy osób. To jest cały serwis i dalej to rozwijamy. 

Wspieracie swoje marki wzajemnie?

SL: Główną lokomotywą są Demotywatory jako marka kreatywna. Pewex to projekt e-commerce’owy, natomiast mamy ten oręż w garści, możemy korzystać z własnych mediów i nie musimy kupować ich na zewnątrz za żywą gotówkę. W e-commerce zarobienie 100 tys. złotych to jest kawał organicznej pracy wielu osób, począwszy od marketingu, przez call center, a skończywszy na zwykłych pracownikach magazynu. Zarobienie tych 100 tys. jako wydawca jest zupełnie inne, sprzedaje się reklamę i jest. Natomiast cały czas wszystko jest jednym organizmem, korzystamy z auto promocji w zasadzie we wszystkich serwisach.

Macie niesamowite wyczucie internetu to nie ulega wątpliwości. Czy możecie się pokusić o taką diagnozę w jakim kierunku pójdą trendy internetowe?

MS: Jeżeli chodzi o internet to jest bardzo ciekawe zjawisko, a mianowicie segmentacja. Ludzie skupiają się wokół jakiejś strony, wokół jakiejś osoby, wokół youtuberów, co ciekawe te filmy na youtubie z marszu mają ogromną oglądalność. Patrząc z perspektywy moich serwisów te filmy nie cieszą się jakąś specjalną popularnością, chodzi bardziej o nową postać, która przyciąga. Internauci potrafią zostać z tym co lubią przez długie lata. My mamy swoją grupę użytkowników Demotywatorów, czy Joe Monstera, które mają stałą oglądalność przez już ładnych parę lat. Są osoby, które dołączyły do tego serwisu w 2003 r., więc kawał życia z nami spędzili. Jest też grupa, która skacze z kwiatka na kwiatek, bardzo często tam gdzie facebook pokaże jego algorytmy. To jest dość niepokojące, bo my się cieszymy, że dużo osób nas lubi, ale zmiana tego algorytmu powoduje, że jakieś serwisy mogą momentalnie wypaść z gry. Facebook to prawdziwy Wielki Brat. 

Czego wam życzyć na najbliższe 5 lat?

SL: 400 % normy i nie jest to nasze ostatnie słowo.

66
03/2016

Samochodziki matchboxa, klocki Lego, jeansy Levis, papierosy Marlboro, czy whisky Johny Walker.