Strusie na sulkach, czyli rzecz o sopockim hipodromie.

Przemykający Szybką Koleją Miejską mieszkańcy Trójmiasta z osobliwą nazwą zdążyli się oswoić, przybyszy – dziwi, czasem śmieszy jak sąsiednia Żabianka. A że Sopot - Wyścigi ma coś wspólnego z końmi, co bardziej błyskotliwi zorientują się, wpatrując się w to, co za oknem. Współcześnie kojarzy się przede wszystkim z końmi, ale przecież sopocki Hipodrom przed wojną był świadkiem wyścigów psów, motocykli, a nawet… strusi. 

Jeszcze wcześniej narowiste rumaki uczyli się tu kiełznać huzarzy śmierci, słynący z charakterystycznych trupich czaszek, noszonych na czapkach. Jeśli dobrze się rozejrzeć wokół, to spokojnie da się wywąchać ducha przeszłości. Ale zarządcy Hipodromu nie zaniedbują też jego przyszłości.

PRUSKI FELDMARSZAŁEK  

Właściwie to Hipodrom dał początek sopockiemu sportowi. Już w latach 70. XIX stulecia  stacjonujący w Gdańsku – Wrzeszczu (wówczas Langfuhr) pruscy kawalerzyści urządzali na tym terenie, należącym do majątku Karlikowo, gonitwy myśliwskie świętego Huberta. Ich organizacją zajmował się August von Mackensen, późniejszy generał i feldmarszałek. Po odkupieniu przez gminę sopocką Karlikowa i z myślą o uatrakcyjnieniu – jakbyśmy dziś powiedzieli – uzdrowiskowej oferty kurortu, jego fragment zaadaptowano na tor wyścigów konnych, do czego rękę z pomocą swoich podkomendnych przyłożył zresztą von Mackensen.  Za datę powstania Hipodromu uznaje się rok 1898 – upamiętnia ją tablica na bramie wjazdowej od strony przystanku SKM-ki. Rok później kroniki odnotowują rozegranie pierwszych zawodów – jak się wówczas mawiało – hippicznych. 

ZOPPOTER SPORTWOCHE 

Od 1901, wzorem „Tygodnia Kilońskiego” i wobec rosnącego zapotrzebowania na większą rozmaitość rozrywek w rozwijającym się kurorcie, zaczęto organizować „Sopocki Tydzień Sportu” (Zoppoter Sportwoche), którego Hipodrom nie był co prawda centralnym punktem, ale oprócz wyścigów konnych oddawano się tu innym sportowym uciechom: strzelectwu i piłce nożnej. Kulminacyjny punkt tego święta przypadał na czwartek (Grosser Donnerstag), kiedy to między innymi końskie zaprzęgi paradowały w pełnym przepychu korso kwiatowym. 

Przystrojona kwiatami kawalkada pojazdów – od jeźdźców przez wozy strażackie, po ówczesne automobile, przemierzała – ku uciesze zgromadzonych wzdłuż trasy sopocian – dystans spod Łysej Góry do Placu Mancowego, mieszczącego się w Parku Północnym.  Uwagę szczególnie męskiej części publiczności przykuwał jadący jako drugi kabriolet z… najpiękniejszą mieszkanką Sopotu. Wśród prezentujących nie mogło zabraknąć pruskich kawalerzystów. 

ŚWIADECTWO HUZARÓW ŚMIERCI

Z czasem w obrębie toru na Hipodromie ustawiono dziewięć stałych przeszkód podobnych do tych, które współcześnie wykorzystuje się do jednej z konkurencji Wszechstronnego Konkursu Konia Wierzchowego, czyli crossu.  Zarys tych przeszkód zachował się do dziś. 

– To był naprawdę tor przeszkodowy wysokiej jakości. Można było się ścigać na dystansie 5800 metrów. Z tego, co wiem, dłuższe gwarantowały jedynie Liverpool i Pardubice – mówi Wojciech Kowerski, który na Hipodromie „zęby zjadł”, pełniąc na nim m.in. funkcje koniuszego i gospodarza toru. Żywa legenda tego magicznego miejsca. 

To nie jedyne świadectwo epoki Huzarów Śmierci. Jeśli dobrze się rozejrzeć, to można natknąć się na głaz upamiętniający hrabiego Gustawa Puttkamera, służącego w Leibhusaren Brigade, który podczas jednej z gonitw spadł z konia tak niefortunnie, że po bezskutecznej hospitalizacji, wyzionął ducha. 

- Wtedy topografia terenu odbiegała nieco od tej, która znamy dzisiaj. Padok wyścigowy, waga i „dżokejka” znajdowały się bliżej ulicy Polnej. Od schyłku XIX wieku nie zmieniły się za to dwie drewniane trybuny, w tym jedna z wydzielonymi lożami dla Czarnych Huzarów - opowiada Magdalena Rutkowska, prezes spółki Hipodrom. 

KRONPRINZ NA HIPODROMIE

Trybuna, jak stanęła w 1898, tak stoi do dziś. Choć, naturalnie, na przestrzeni lat nie obyło się bez renowacji. Żołnierze pruskiego regimentu zaś musieli cieszyć się u ówczesnych sopocian szczególnym poważaniem, skoro, kiedy powędrowali na front bić się za Kaisera, Hipodrom rozparcelowano na działki i… oddano w użytkowanie ich rodzinom. 

Nominowanie w 1911 roku na dowódcę 1. Pułku Przybocznego Huzarów następcy tronu cesarskiego, Wilhelma, jak się później okazało, przydało splendoru także Sopotowi. Wprawdzie Kronprinz zaledwie dwa lata cieszył się tym zaszczytem, ale zdążył – incognito – wziąć udział w jednym z wyścigów na Hipodromie. 

Materialnych śladów przeszłości sprzed I wojny światowej, nie licząc infrastruktury, do czasów współczesnych zachowało się niewiele. Cennym znaleziskiem mogła być skrzynia, odkryta przez Wojciecha Kowerskiego. 

– Skrzynia znajdowała się pod jedną z trybun i należała do Wschodniopruskiego Związku Jeździeckiego. Był w niej między innymi raport kasowy z 1911 roku. Niestety, jej dalsze losy nie są mi znane – mówi były gospodarz sopockiego obiektu. 

Z tego okresu, dodaje Kowerski, pochodzi też maszt z korbą, wciągającą do góry bombę – sygnał dla startera, że kasy totalizatora są już zamknięte. Pan Wojciech przyznaje, że to jego oczko w głowie, bo sam od wielu lat podczas wyścigów kręci korbą, którą uchronił zresztą od wywiezienia na złom. 

PIERWSZE STAJNIE

Wskutek postanowień traktatu wersalskiego w 1919 roku i demilitaryzacji Wolnego Miasta Gdańska, w skład którego wszedł Sopot, zakończyła się chmurna i brawurowa epoka Huzarów Śmierci. Nie oznacza to, że ranga Hipodromu w życiu społecznym kurortu osłabła. Nic z tych rzeczy! Właśnie po I wojnie światowej zyskał nową „końską” infrastrukturę. Dopiero wtedy powstały pierwsze stajnie, wcześniej konie przed gonitwami trzymano przy rozmaitych tutejszych rezydencjach, a w dniu wyścigu prowadzono na Hipodrom. 

– Stąd dróżka, wiodąca między sopockim rynkiem a torem kolejowym nazywała się Pferdwege (końska droga), jej zarysy zresztą widać między ulicą 3 Maja a Jana z Kolna, a ten kawałek, który dochodzi do Polnej, jest wybrukowany – opowiada Kowerski. 

Na wyścigi konie transportowano koleją i statkami, które cumowały przy molo. Jedna z wybudowanych wówczas stajni ma zresztą status zabytku. Podobnie kilka innych obiektów, jak nowa trybuna z przeszkloną górną kondygnacją. Zresztą większa połać Hipodromu jako całość, z wyjątkiem najnowszych inwestycji, wpisana jest do rejestru zabytków.  

PSY, STRUSIE, KONIE I KONIE MECHANICZNE

W parze z rozkwitem infrastruktury szła rosnąca popularność toru wyścigowego, na którym oprócz gonitw, które na stałe wpisały się do krajobrazu Hipodromu, rozgrywano zawody w innych zdobywających wówczas popularność dyscyplinach. Popularnych zwłaszcza w miejscach takich jak Sopot, gdzie dla utracjuszy wszelkiej maści uzupełnieniem możliwości upłynniania pokaźnych kwot było na przykład obstawianie wyścigów psów. W jednym z nich pojawił się czworonożny ulubieniec urzędującego Wysokiego Komisarza Ligi Narodów w Wolnym Mieście Gdańsku, Joosta Adriaana van Hamela, co wywołało sporą sensację w sferach rządzących.

Zdarzały się również w tym miejscu wyścigi motocyklowe. „Dziennik Poznański” w 1925 roku pisał: „(…) odbyły się na torze motocyklowym w Sopotach wyścigi motocyklowe, w których udział wzięli zawodnicy z Gdańska, Gdyni i Prus Wschodnich (…)”. Zważywszy na osobliwą, utracjuszowsko - luksusowo - wariacką proweniencję nadbałtyckiego kurortu, nie może zaskakiwać, że w latach 30. w sportowe szranki stanęły… strusie zaprzężone w tzw. sulki, a bywało, że i baloniarze w rywalizacji pod kryptonimem „polowanie na lisa”. 

SÓL W OKU KOMUNY

Odwołania do brytyjskiej tradycji są obecne na hipodromie także współcześnie. 

– Odrodzeniu popularności gonitw towarzyszy konkurs kapeluszy. Panie prezentują się u nas w eleganckich nakryciach głowy, promują szyk i budują razem z nami modę na bywanie na Hipodromie. Zupełnie jak na zawodach w Ascot. Najbardziej kreatywne nagradzamy – dodaje Magdalena Rutkowska. 

Po wojnie zdarzały się sytuacje, które zwiastowały rychły koniec Hipodromu. No bo jak to tak? Burżuazyjny sport w kraju, w którym przodującą siłą narodu byli robotnicy i chłopi? Długo obiekt był solą w oku władzy komunistycznej. 

– Sam byłem świadkiem, jak wbijano na nim kołki miernicze, wyznaczając trasę linii kolei miejskiej do Nowego Portu – wspomina Kowerski. 

Miało tutaj też powstać osiedle mieszkaniowe dla komunistycznych notabli. Na szczęście zaniechano tych pomysłów i Hipodrom przetrwał burze dziejowe.  Znów zaczęto na nim bywać. Tak wypadało, to było w dobrym tonie. W latach 60. i 70. stał się – jak podkreśla pan Wojciech – prawdziwym salonem Trójmiasta, na którym pojawiali się prywatni przedsiębiorcy (byli tacy!) i eleganckie kobiety. 

Ówczesny dyrektor hipodromu Czesław Górski, organizował tu mnóstwo wydarzeń o charakterze międzynarodowym. W 1975 roku książę Filip, mąż królowej Elżbiety, osobiście wystartował w mistrzostwach Europy w powożeniu zaprzęgami wielokonnymi. Wspomnienia księcia z pobytu w Sopocie zawarte są w książce dostępnej w Archiwum Pałacu Buckingham. 

HAZARD I SZARA STREFA

Oprócz względów czysto towarzyskich, na Hipodromie bywano ze względów czysto pragmatycznych. Nie od dziś bowiem wiadomo, że tam gdzie wyścigi konne, tam jest i hazard. W Sopocie chętnie obstawiano gonitwy, zarówno oficjalnie, jak i w tak zwanej szarej strefie.

- Zdarzało się, że gracze tracili nie tylko dobre imię. Również samochody, mieszkania, a z bukmacherami ganiali się po okolicznych krzakach. Hazard wyścigowy jest gorszy od alkoholizmu. Dlaczego? Ponieważ człowiek widzi, jak biegają jego pieniądze – śmieje się Wojciech Kowerski. 

Współcześnie o spektakularnych bankructwach jeszcze nie słychać, ale ponieważ wyścigi konne na Hipodromie od kilkunastu lat przeżywają renesans, a z każdym kolejnym sezonem grono ich amatorów rośnie, niewykluczone, że wkrótce będzie o nich głośno. Wydaje się, że powoli wraca też moda na zawody jeździeckie. W 2015 po raz pierwszy w Polsce, na sopockim Hipodromie właśnie, rozegrano międzynarodowy konkurs w skokach przez przeszkody CSiO w randze pięciu gwiazdek. To już światowa ekstraklasa jeźdźców i wierzchowców – wartość tych drugich w niektórych przypadkach szacowano na ponad 4 miliony euro. 

NOWA HISTORIA

Cezurę w historii Hipodromu stanowi 2013 rok. Wtedy zakończyła się przebudowa obiektu, która przysporzyła między innymi nowiutkich stajni rekreacyjnych i sportowych, nowej hali ujeżdżalni, w tym służącej do hipoterapii oraz odmieniła oblicze zabytkowej trybuny sędziowskiej. Powstało nawet solarium dla koni!

- Naszą ambicją jest przyciągnąć na Hipodrom jak największą liczbę mieszkańców, nie tylko miłośników koni. Chciałabym, żeby sopocianie mówili „nasz Hipodrom”; nie strefa luksusu, ale elegancji – owszem. I jednocześnie bez zadęcia i na luzie, wszak leżymy w kurorcie –snuje swoją wizję prezes Rutkowska. 

Przyglądając się fotografiom, wykonanym podczas wyścigów konnych w okresie międzywojennym, trudno oprzeć się wrażeniu, że gonitwy stanowiły dla sopocian nie lada gratkę. Tłumy obserwujących, trybuna o pojemności dwóch tysięcy widzów pękająca w szwach, rozemocjonowane twarze… Jest w hipodromie jakaś magia, która sprawia, że ten obraz nie traci na aktualności. Może mieszanka statusu uzdrowiska, szykowności, wyczuwalnej w klimacie Hipodromu; może fakt, że ewenementem na skalę europejską jest łączenie  sportu jeździeckiego z gonitwami konnymi.