Wyprawa przez środek zielonego piekła

Niby to rzeka, a przetaczają się przez nią fale spotykane na morzach. Codzienne burze niczym zapałki łamią rosnące na jej brzegach drzewa. To rzeka równinna do tego stopnia, że czasami jej wody robią wrażenie, jakby się wahały, czy płynąć naprzód, czy się cofnąć. Jest też do tego stopnia groźna i nieobliczalna, że New York Times porównał jej przepłynięcie samotnie o własnych siłach, do zdobycia bieguna północnego, Mount Everestu, nawet postawienia stopy na księżycu. Amazonka to extremum, z którym zmierzył się trójmiejski podróżnik Rafał Kośnik. 

Jedynym sposobem w miarę swobodnego poruszania się po dżungli amazońskiej dla człowieka, jest żegluga po rzekach. Dwa razy podjąłeś próbę pokonania tych wód. Raz nie wyszło. Druga wyprawa zakończyła się sukcesem.

 O samotnej eskapadzie po Amazonce myślałem od wielu lat. Ostatecznie były to dwie podróże, ponieważ pierwsza dość niefortunnie została przerwana z powodu mojej kontuzji. Po czterech latach wróciłem na rzeki Amazonii, by wodami jej dopływów przepłynąć ponad 7700 km. Postanowiłem pokonać trasę z południa na północ przez dwa najpotężniejsze dorzecza świata. Start wyznaczyłem w Boliwii, płynąc kolejno przez rzekę Beni, Madeire, Amazonkę, Negro, Casiquiere, Orinoko do ujścia w Morzu Karaibskim. Ta wyprawa zakończyła się sukcesem. 

Trudno nie być ciekawym, dlaczego postanowiłeś przemierzyć właśnie Amazonkę.

Od dzieciństwa zachwycała mnie dzika przyroda. Odkąd pamiętam, moje myśli przyciągała tajemnicza, egzotyczna i nie do końca zbadana kraina, jaką jest Amazonia, nazywana przez miejscowych selwą. Chciałem wszystko poznać i obejrzeć na własne oczy, pożyć rytmem dżungli i choć na moment stać się jej częścią. Kilka lat temu wpadłem na pomysł, by podążyć śladami Piotra Chmielińskiego, pierwszego człowieka na świecie, który przepłynął Amazonkę od źródeł do ujścia, kilometr po kilometrze. Druga ekspedycja zainspirowana była podróżą Aleksandra von Humboldta, który w latach 1799-1804 odbył odkrywczą ekspedycję po Ameryce Południowej. 

Jak bardzo wzorowałeś się na swoich mistrzach?

Tak bardzo, jak tylko było to możliwe, choć obie wyprawy, nawet w założeniu, różniły się od siebie. Trasa ostatniej wiodła przez dwa najpotężniejsze dorzecza świata. Tym razem nie pokonałem całej długości własną siłą rąk. Część odcinków przepłynąłem na pirodze, tradycyjnej łodzi indiańskiej, którą kupiłem od miejscowych. Czasami wykorzystywałem większe łódki, a niektóre odcinki pokonałem na statkach, które pływały jako komunikacja publiczna. Tam, gdzie woda płynęła „pod prąd”, a były to spore odległości, nie dało się inaczej. Kiedy wiosłowałem, dziennie przepływałem mniej więcej 70 km, choć zdarzyło się, że przepłynąłem nawet 300 km.

Zielone piekło, tak określa się Amazonię. Słusznie?

To kraina, której nie da się okiełznać. Duże utrudnienie w pokonywaniu trasy sprawiały mielizny, na których osiadałem nieraz na środku rzeki, innym razem niełatwo było walczyć z codziennymi sztormami, które wywoływały fale niczym na morzu. Potrafiły trwać nawet kilka godzin. Burze niosły za sobą kosmiczne szkwały. Ucieczka do brzegu, gdy znajdowałem się kilka kilometrów od niego, wydawała się czasami niemożliwa. Walka z naturą bywała wyczerpująca. Niemal z nią przegrałem. Kiedy wywróciła mi się łódź, straciłem większość sprzętu, całą żywność i wodę do picia. Zresztą samą łódź odzyskałem cudem. Gdyby nie to, że zahaczyła się o pobliskie drzewo, pewnie zostałbym gdzieś w środku dżungli. Przez szalejący nurt straciłem wiosło. I nagle opatrzność zesłała mi zwykłą deskę. Nie wiem skąd się wzięła w miejscu, w którym trudno szukać bytności człowieka. W każdym razie, dzięki niej przepłynąłem 520 kilometrów.

Miałam zapytać, czym się różni pływanie po Amazonce od pływania po Wiśle, ale to chyba niezbyt trafne porównanie?

Porównanie jest jak najbardziej trafne, ponieważ tak naprawdę samo płynięcie po tych rzekach nie różni się niczym. Oczywiście poza tym, o czym już wspomniałem, czyli walką z żywiołem. Kiedy wody były spokojne, płynąłem jak po każdej innej rzece, z czasem zaczynając czuć jej prąd. Wiele podpowiadała mi intuicja, bo w sumie nie jestem kajakarzem.

Jak to?

Wypływając na Amazonkę, na kajaku byłem dopiero drugi raz w życiu. Pierwszy spływ odbyłem, kiedy kolega wyprawił urodziny na wodzie. To było na Kociewiu.

Odważny jesteś.

Stwierdziłem po prostu, że nie ma w tym nic skomplikowanego. Płyniesz i już.

Czym się żywiłeś podczas tej wielomiesięcznej podróży?

Kiedy tylko mogłem, łowiłem ryby. Miejscowi, choćby Peruwiańczycy, przeważnie częstowali mnie ogromnymi ilościami papai, bananów, pomarańczy i innych owoców. By mi je dać, nawoływali mnie z brzegu rzeki. Bywało, że zapraszali mnie do swoich stołów. Ich gościnność, bezinteresowność i traktowanie przybyszów jak członka swojej rodziny, była normą. Nigdy nie chcieli pieniędzy.

Jednak ludzie nie zawsze są tam przyjaźni. Na niektórych odcinkach grasują uzbrojone bandy, które albo porywają na okup, albo zabijają bez najmniejszych skrupułów. Parę lat temu została tam bestialsko zamordowana para trójmiejskich kajakarzy.

Celina Mróz i Jarosław Frąckiewicz byli doświadczonymi kajakarzami z 20-letnim stażem. Zastrzelono ich na tle rabunkowym, a ich ciała wrzucone do rzeki. Mówiono nawet, że powodem zabójstwa mogła być miejscowa legenda o białych kręcących się po okolicy i mordujących Indian. Ich zabójstwo wstrząsnęło mną tym bardziej, że płynęli tą samą trasą, którą  pokonywałem podczas pierwszej wyprawy. Celina jeszcze w dniu wylotu dzwoniła do mnie i radziła się co do sprzętu. Wracając do pytania, rzeczywiście ludzie zamieszkujący amazońskie lasy potrafią być groźni. W wioskach, które znajdują się co 50-100 kilometrów, poza sympatycznymi tubylcami, mieszkają też bandyci. 

Udało ci się ich uniknąć?

Zdarzyło się, że kiedy spokojnie płynąłem wodą, zaczęło gonić mnie dwóch mężczyzn z bronią. Uciekałem ponad 15 kilometrów, aż odpuścili. Na szczęście nie mieli łodzi z silnikiem. Niebezpieczne było też spotkanie z łowcami papug. Kiedy dałem im butelkę rumu i pokazałem pismo z Ambasady Polskiej w Peru, która popierała projekt mojej wyprawy, zorientowali się, że im nie zagrażam. Oprowadzili mnie nawet po swoim obozowisku, jednak nie chciałem przyglądać się zbyt długo polowaniu na papugi. Ich widok był dramatyczny. Poupychane w klatkach, niektóre martwe. Nie ukrywam, że obawiałem się też spotkania z partyzantami FARC, obecnie ze względu na zmianę swojej działalności zwanymi „Narco – terroristas”, na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.

Jednak nie tylko to sprawia, że Amazonia niektórym jawi się jako piekło. W wodzie i obok niej żyje nieskończona liczba gatunków zwierząt, czasami niezwykłych i oryginalnych, ale też niosących człowiekowi śmierć.

Na co dzień obawiałem się komarów, których latała tam wręcz niewiarygodna ilość. Bywało, że bałem się otworzyć usta, żeby się ich nie nałykać. Świadomość, że roznoszą malarię, dengę i inne choroby, potęgowała strach przed nimi. Obawiałem się też raji, czyli płaszczki. Pływająca w rzece jest zdolna do przewrócenia dorosłego człowieka, a jej jad, znajdujący się w kolcu na ogonie, zadaje potworny ból. Do niezbyt przyjemnych należy też ugryzienie kilkucentymetrowej mrówki strzałowej inaczej zwanej dwudziestoczterogodzinnej. To ból podobny do postrzału z broni palnej i trwa niekiedy przez dobę. Śmiertelnie groźne są też żarłacze tępogłowe i kajmany czarne. Zupełnie inaczej wspominam świetliki. Kiedy nagle pojawiło się ich w środku nocy wiele  tysięcy, czułem się jak w bajce.

Myślałam, że zapamiętałeś większe zwierzęta?

Owszem, zapamiętałem. Noce w selwie są ciemne, wręcz czarne. Wielokrotnie śpiąc w namiocie słyszałem odgłosy polującego jaguara, okrzyki małp, czy pluski kajmanów. Jednak one nie zbliżały się do człowieka. Zupełnie inaczej było z delfinami amazońskimi, które były aktywne szczególnie nocą. Są łagodne i ciekawskie. Amazonka pełna jest tych ssaków, ponieważ miejscowi na nie nie polują. Wierzą w ich nocną przemianę w człowieka.

W człowieka?

Oddech delfinów z Amazonki przypomina ludzkie dyszenie i postękiwanie. Kiedy nocą żerowały przy brzegach rzek, miałem wrażenie, że towarzyszą mi inni ludzie.

 

Po obu wyprawach powstała książka „Amazonia piekielne piękno – kiedy przygoda zderza się z życiem”. Książka zaskakuje formą – dwugłosem. To nietypowe ujęcie męskiej relacji z ekstremalnych wypraw podróżnika w zderzeniu z uczuciami jego żony Sylwii, która pokazuje świat odważnego faceta widziany oczami kobiety. Książka przygodowa, książka o miłości…

 

57
06/2015

Do lata pozostało już niewiele czasu. Pewnie każdy z nas marzy o tym, by na plaży móc się pochwalić zgrabną sylwetką.