Z michałem wśród zwierząt - I żyli długo i szczęśliwie…

W październiku ubiegłego roku mieszkańcami Trójmiasta wstrząsnęła informacja - lew Arco zagryzł młodą lwicę. Do zdarzenia doszło w oliwskim Zoo, w którym zwierzęta te dopiero co zamieszkały. Wydarzenie, choć smutne, w naturze wydaje się być niestety normą. Kilka miesięcy od wypadku pozostałe dwie samice są w ciąży, a cała historia wydaje się, że kończy się happy endem, choć w między czasie nie zabrakło dramatycznych zwrotów akcji. Jakich? Opowiada dyrektor zoo w oliwie Michał Targowski.

Panie dyrektorze, co nowego wydarzyło się w zoo od czasu naszego ostatniego spotkania, w zeszłym miesiącu?

Przede wszystkim muszę podzielić się historią, która zmroziła nam krew w żyłach. Wszystko zaczęło się w pierwszym tygodniu maja. Wieczorową porą nasze lwy, jak zwykle wracały na noc do swojego domku, jednak samiec – Arco zdecydowanie odmawiał zejścia z wybiegu. Pomyśleliśmy, że być może sprawiło to długo świecące słońce i wysoka temperatura. Był bardzo osowiały i to nas zaniepokoiło. Sprawdziliśmy więc wybieg, czy nie ma na nim czegoś podejrzanego. Nic. Przez pięć dni nic nie jadł i schudł  biedak 10 kilo. Dawaliśmy mu same smakołyki, ale on i tak zaraz po zjedzeniu miał miał torsje. 

Co mu było? 

Uśpiliśmy go ketaminą po to, by pobrać krew do badań. Wyniki miał jednak dobre. Dalej więc nie mogliśmy postawić żadnej diagnozy. W sobotę 9 maja zdecydowaliśmy się znowu go uśpić i położyć. Przyjechał cały zastęp lekarzy, którzy z nami współpracują i zrobiliśmy Arco USG. Takie badanie lwa to dość pionierska sprawa. Diagnoza nas powaliła, istniało bowiem podejrzenie guza na trzustce. Byłby to w zasadzie wyrok. Zrobiliśmy jeszcze prześwietlenie. Wieczorem zmiana diagnozy – ciało obce. Odetchnęliśmy z ulgą. Na drugi dzień został uśpiony do operacji.

Jak przebiegała operacja i rekonwalescencja Arco? 

W operacji udział wzięło czterech lekarzy z różnych ośrodków w Gdańsku. Z jelita cienkiego wyciągnięto kawał kości. Być może jadł zbyt łapczywie, choć była to tak mała kość, że to wręcz nieprawdopodobne. Wieczorem się obudził. Trzymaliśmy jeszcze tylko kciuki, aby nie lizał rany. Lwy mają bardzo szorstki język, który potrafi nawet zedrzeć skórę z ofiary, stąd istniała obawa, ze liżąc może otworzyć ranę. Mówi się, że na kocie każda rana się goi, ale to mit. Nawet u nas mieliśmy koty, które rozerwały sobie językiem rany i nie było dla nich ratunku. Kołnierza ochronnego tak wielkiemu zwierzęciu też przecież założyć nie możemy (śmiech). Po operacji najpierw otrzymywał pasztet z jajkiem. Początkowo pół kilo, potem kilogram, aż w końcu dostał porcję 5-kilową. Teraz już otrzymuje całe kawałki mięsa, ale jeszcze z małymi i łatwymi do pogryzienia kostkami. 

Wszystko się więc dobrze skończyło?

Był to dla nas trudny psychicznie czas. Baliśmy się, by go nie stracić. Perspektywa przyszłości byłaby fatalna. Obecnie dwie samice są w ciąży, przez trzy lata nie byłoby więc szansy, by sprowadzić dla nich samca. Taki lew od razu chciałby nieswoje dzieci zabić. Musielibyśmy więc poczekać, aż wystarczająco podrosną. Na szczęście, jak Arco tylko się obudził to od razu pragnął być z samicami. Widać było, że jest mu smutno, źle i po prostu tęskni za swoimi dziewczynami. Po operacji otrzymał antybiotyki. Dziennie dostawał 6-8 litrów płynów fizjologicznych dożylnie. Rana w zasadzie się już zagoiła. Teraz wszystkie nasze lwy tworzą razem piękną rodzinę. Wróciliśmy  z dalekiej podróży… Zdrowie Arco uznaliśmy już za „zaklepane”. Teraz znów możemy skupić się  na ciążach samic. 

To wspaniała wiadomość, że także druga samica jest w ciąży. Kiedy możemy spodziewać się lwiątek? 

Starsza samica urodzi pierwsza, w drugiej połowie czerwca. Młodsza samica według naszych obliczeń urodzi w sierpniu. Jesteśmy zdecydowani, by wszystko pozostawić w rękach matki natury. Nie chcemy oddzielać samicy od reszty. Po to mają tak wspaniały wybieg, by zapewnić im warunki niemalże naturalne. Kiedy więc poczuje, że zbliża się termin porodu, powinna sama się odizolować, a reszta nie będzie jej przeszkadzać. Jeśli tylko będzie miała rozwinięty instynkt macierzyński, to zajmie się maluchami, ale równie dobrze może je zjeść. Tak się zdarza, szczególnie po pierwszym porodzie. Jest zresztą takie przysłowie - pierwsze koty za płoty, oby nie miało zastosowania w naszym ogrodzie (śmiech). Po ok. 2 miesiącach od porodu samica podchodzi do samca, by przedstawić mu małe. Samce doskonale wiedzą, które dzieci są ich i potrafią się bardzo czule nimi zajmować. Jeśli wszystko się więc uda, jesienią będziemy mieć piękną rodzinę. To byłaby cudowna puenta do tych trudnych chwil, które miały miejsce na samym początku.

Sytuacja z października ubiegłego roku mimo wszystko nie jest jednak czymś niezwykłym, prawda?

Niewiarygodnym zakończeniem tej historii jest wiadomość, którą właśnie otrzymaliśmy z ogrodu zoologicznego w Dortmundzie. Trzyletni samiec zagryzł 14-letnią samicę, swoją matkę. Przebieg tego wydarzenia był niemal identyczny, jak u nas. Chciał być królem stada, a jedna z samic nie okazała mu uległości. Wyczekał więc tylko odpowiedni moment i chwycił ją za gardło. Tak właśnie dzieje w naturze, w bezwzględnym świecie zwierząt.