KAROLINA TRĘBACZ: KONWENANSE MNIE UWIERAJĄ

Charakterystyczna burza blond loków okala dziewczęcą buzię. Drobną sylwetkę rozsadza wulkan energii. Trudno na Karolinę Trębacz nie zwrócić uwagi. Tak jak wyróżnia się z tłumu na ulicy, tak samo widać ją z daleka na scenie. Nie tylko widać, ale też słychać. Wokalistka Teatru Muzycznego w Gdyni, absolwentka Studium Wokalno-aktorskiego im. D. Baduszkowej kocha śpiewać, a scena kocha ją, czego dowodem są choćby wyborne recenzje spektakli z jej udziałem.

Co z tym jeżem?

Jakim jeżem?

Podobno zabawa z jeżem, to twoje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

No tak, to prawda. (śmiech) Mój szalony tata znalazł gdzieś jeża, którego przyniósł do domu. Jeż mieszkał z nami, ale nie w klatce. Tak jak my, miał do dyspozycji cały dom. Dla mnie było to niesamowite, że mogłam się bawić z tym stworzeniem, a ono mnie nie raniło.

Wracając do dawnych czasów. Nie jesteś z Trójmiasta, ale tu mieszasz. Dlaczego?

Pochodzę z Zielonej Góry. Po skończeniu liceum przyjechałam uczyć się w Studium Wokalno - aktorskim im. D. Baduszkowej w Gdyni. I zostałam. A tak naprawdę zostaliśmy. Dziś mój mąż, a wtedy chłopak przyjechał za mną. Na początku planowaliśmy, że będziemy widywać się w weekendy i wytrzymamy tak rok, ale się nie udało. Kiedy przyjechał po raz pierwszy i zobaczył, jak imprezują studenci, postanowił przeprowadzić się do mnie natychmiast, żeby mnie pilnować.

(śmiech)

Po uzyskaniu dyplomu nie myślałaś o Warszawie? Stolica daje duże możliwości.

Rzeczywiście, jeśli chodzi o karierę, na pewno Warszawa daje aktorowi dużą szansę na jej zrobienie. Dla mnie jednak ważny jest pewien czar, który daje mi mój teatr. To prawdziwie magiczne miejsce, pełne dobrych ludzi i dobrej energii. Trudno mi to nawet opisać, ale gdy przychodzi tu ktoś ze słabą  energią lub złymi intencjami, z miejsca to wyczuwamy. Taka osoba nie funkcjonuje w zespole długo. To niesamowite, bo w tym zawodzie zazdrość i zawiść jest na porządku dziennym, a nam udało się stworzyć zdrowe, pełne przyjaźni relacje. Po prostu się lubimy i szanujemy. Wydaje mi się, że sukcesy naszych spektakli w dużej mierze biorą się z naszej dobrej energii, która przenosi się na widownię. Myślę, że w Warszawie trudno byłoby o takie więzi. Wielu mam znajomych, którzy wyjechali do stolicy robić karierę, ale sami przyznają, że tęsknią za tym miejscem.

Katarzyna Kurdej - Mania, twoja przyjaciółka z teatru powiedziała, że kiedy wchodzisz na scenę jesteś zwierzęciem, a gdy z niej schodzisz, zamieniasz się w najnormalniejszą ciepłą i bardzo pomocną Karolkę. Nie lubisz gwiazdorzenia?

Nie lubię, nawet nie wiem co to znaczy. Czasami ktoś mnie rozpoznaje, ale nie wykorzystuję tego. Wręcz przeciwnie, bywa, że jestem tym zawstydzona.

Jednak, analizując twój dorobek sceniczny, trudno nie stwierdzić, że jesteś gwiazdą. Która z zagranych ról jest dla ciebie najważniejsza?

Zdecydowanie jest to Jagna z "Chłopów". Ta rola była dla mnie przełomowa. Wcześniej grałam głównie amantki, które miały być dobre i ładne. Dzięki Jagnie mogłam pokazać pazura, którego mam. Myślę, że Jagna sprawiła, że wielu ludzi spojrzało na mnie innym okiem. Nie tylko w kategoriach "ładna i ładnie śpiewa".

To trudna rola?

Tak, szczególnie drugi akt. Musiałam wiele w sobie przełamać i otworzyć się. Na szczęście Wojtek Kościelniak, reżyser, wspaniale pracuje z aktorami i nie traci cierpliwości. Z czasem udało mi się pokonać swoje psychiczne bariery, i w efekcie bardzo lubię tą rolę.

Skoro o Jagnie mowa, pozwól, że zacytuję fragment recenzji Macieja Nowaka, jaka ukazała się po premierze "Chłopów": "Pośród młodych wieśniaczek siedzi też grająca Jagnę Karolina Trębacz. To absolutne objawienie tego spektaklu. Piękna i fatalna. Pociągająca i odrzucająca. Triumfalna i upadła. W finale, gdy wywożona jest za wieś naga na wozie pełnym łajna, gdy cały zespół wykrzykuje pod jej adresem oskarżycielski song, serce staje w gardle, a po plecach przechodzą ciarki."

Wspaniała recenzja, choć muszę przyznać, że często skupiam się na tym, że ktoś coś złego o mnie pisze. Wiem, że to głupie, ale tak jest. Jestem nadwrażliwa i trudno mi z tym walczyć. Generalnie lubię, gdy się mnie chwali. To mnie motywuje. Kiedy reżyser wyraża o mnie pozytywną opinię, pracuję jeszcze bardziej, żeby go nie zawieść. Natomiast, gdy spadają na mnie gromy, najczęściej się wycofuję. Jeśli ktoś nie chce ze mną pracować i nie nadajemy na tej samej fali, nie widzę sensu by w coś brnąć. Na szczęście zdarza się to bardzo rzadko.

Rozsądnie dobierasz zawodowe cele i nie rzucasz się na głęboką wodę?

Rzeczywiście tak jest. Właśnie z rozsądku zrezygnowałam z kilku propozycji, które spływały do mnie z Warszawy. Nie przekonywała mnie wizja wielkiej kariery i pieniędzy. Wydaje mi się, że mam intuicję, ale też nie fantazjuję i nie bujam w obłokach. Czasami, gdy słucham znajomych, którzy snują wielkie plany, z miejsca wiem, że coś nie ma szansy na powodzenie. Później okazuje się, że miałam rację. 

Nie znaczy to jednak, że nie masz zawodowych marzeń, prawda?

Marzeń mam całkiem sporo. Na przykład bardzo bym chciała zagrać w filmie musicalowym, w czymś odjechanym, w stylu Monty Pythona. Niestety, w Polsce nie ma takich produkcji.

Słyszałam też, że myślisz o nagraniu płyty.

Może kiedyś? Uwielbiam soul. Kręcą mnie głosy Whitney Houston, czy Mariah Carey. Może jestem staroświecka, ale kiedy jadę samochodem, odgrzebuję ich stare płyty, włączam na full, śpiewam z nimi i mam dreszcze. Takie głosy to dar od Boga. Wracając jednak do nagrywania płyt... Myślę, że z tym też jest w Polsce trochę słabo. Ktoś musi się zainteresować tym, żeby ją wydać, sprzedać. Bez znajomości, czy nawet szczęścia, nie jest to łatwe. Poza tym tyle czasu spędzam w teatrze, że wolne chwile staram się poświęcać rodzinie. Dlatego pewne plany, czy realizację marzeń zwyczajnie odłożyłam.

Mężczyźni zarzucają ci, że zbyt rzadko wykorzystujesz swój naturalny seksapil, że chowasz się za ciuchami. Wiedziałaś o tym?

Poważnie? Nie miałam o tym pojęcia. Wiem tylko, co o tym sądzi mój mąż. Czasami mi zarzuca, że chodzę w workach. Natomiast zachwycony jest, kiedy nałożę krótką spódniczkę i szpilki. Niektóre sytuacje tego wymagają, choćby wyjście na bankiet. Ale tak ubrana to nie jestem ja. W takich ubraniach czuję się skrępowana.

Jaki jest twój styl?

Ja jestem trochę hipisem. Lubię luźne swetry, długie spódnice. No ewentualnie odsłaniam dekolt. 

Konwenanse cię uwierają?

Trochę tak jest. Trudno mnie włożyć w jakieś ramy, bo jestem wielowymiarowa. Być może dlatego, że jestem spod znaku Bliźniąt? Uwielbiam się wygłupiać i rozśmieszać ludzi. Lubię też prowokować. Na przykład głośno bekam, kiedy w pokoju jest ktoś, kto mnie nie zna. Kątem oka obserwuję zdumienie tej osoby i bawi mnie pytający wzrok: "Czy to na pewno zrobiła ta dziewczyna?". Lubię też zawstydzać facetów, zadając im niewybredne, intymne pytania. Oczywiście robię to tylko wtedy, gdy widzę, że ktoś jest pozytywnie "walnięty". To swojego rodzaju rozeznanie w terenie i sprawdzenie, czy odbieramy na tych samych falach. No i niestety, czasami robię zamieszanie na próbach. Zespół zamiast się skupiać, jest rozbawiony moimi wygłupami. Nic nie mogę z tym zrobić. To jest silniejsze ode mnie.

Podobno nikt nie wie o tym, że kręci cię zapach "kaca".

Zapach alkoholu wydobywający się ze skóry jest podniecający. Zresztą ja jestem strasznym zapachowcem. Mówią na mnie "pies policyjny".

Twoi znajomi ze studiów wspominają, że właśnie w czasach studenckich byłaś do tego stopnia szalona, że nie wyobrażali sobie ciebie z dziećmi u boku. Teraz są zdziwieni i określają ciebie jako genialną mamę. 

Rzeczywiście było tak, że wiele osób nie wyobrażało sobie mnie w roli mamy. Ja sama dzięki mojej rodzinie odkryłam siebie na nowo. Wbrew temu, co myśleli obserwatorzy, okazało się, że jestem bardzo odpowiedzialna. Moje dzieci idealnie równoważą moje szaleństwo na co dzień. Energię rozładowuję w pracy, a dom to mój poukładany azyl. Zresztą w domu jestem zupełnie innym człowiekiem niż w pracy, w towarzystwie. Kto wie, może gdybym nie miała dzieci i męża, byłabym wariatką? (śmiech) 

Podobno masz autorski sposób na dzieci.

Mam dwie córki i każda jest zupełnie inna. Wychowuję je z Jarkiem, moim mężem. Nasz sposób jest prosty - nigdy nie pouczamy się przy dzieciach i zawsze trzymamy jedną stronę. To klucz do sukcesu. Ważne są też regularności i rytuały, które dają dziecku poczucie spokoju. Natomiast w całym wychowaniu najważniejsza jest konsekwencja. Żeby nie było zbyt słodko, muszę się przyznać, że bywam nerwowa. Jednak, kiedy nakrzyczę na jedną z córek, zawsze ją przepraszam, tłumaczę swoje zachowanie. Inaczej bym chyba nie zasnęła.

Trudno być mamą. A żoną? 

Dawniej rozpętywałam wielkie afery, bo potrzebowałam jakiegoś wyżycia się. Mam duży temperament, więc zdarzało mi się nawet rzucić talerzem o ścianę. Ale odkąd mamy dzieci, już tego nie robię. Zresztą macierzyństwo zmieniło mnie również w związku. Teraz, jak są jakieś napięcia, chcę jak najszybciej załagodzić sprawę, zapomnieć o bzdurach. Oczywiście nie bez znaczenia jest fakt, że mam wspaniałego męża. Naprawdę jestem szczęściarą. Tak sobie myślę, że musi mnie mocno kochać, bo wybacza mi moje wariactwo i roztrzepanie. Na przykład kiedyś przez przypadek schowałam jego telefon do lodówki. 

Przyjaźnicie się?

Tak. Uwielbiamy przebywać we własnym towarzystwie. Celebrujemy wspólne wieczory, których tak naprawdę nie mamy zbyt wiele, bo najczęściej jestem w teatrze. Dla nas każda wolna chwila jest świętem, czasem na rozmowy, film, wino.

Wspomniałaś, że długie godziny spędzasz w pracy. Zauważasz zmiany pokoleniowe w teatrze? Ile trzeba włożyć wysiłku, by utrzymać się na fali?

Dojrzałość pomaga w pracy aktora. Mądry reżyser lubi pracować z ludźmi doświadczonymi. Różnica między pokoleniami polega na tym, że osoby młode są wpatrzone w reżysera, czasami bezkrytyczne, natomiast oferta aktorek starszych jest bogatsza. Mogą dać więcej roli, odpowiednio ją wzbogacić. Ale co wybierze reżyser, to zależy tylko od niego. Faktem jest, że młode pokolenie może być dla starszej aktorki zagrożeniem. W musicalu wchodzi się bowiem w pewien wiek, w którym następuje przestój. Wymusza to zapotrzebowanie albo na młode dziewczyny, albo na role charakterystyczne typu matka, śmieszna ciotka. A czterdziestoletnia aktorka to ani jedno, ani drugie.  

Bierzesz udział w castingach?

Owszem, ale na szczęście niezbyt często.

Jak je traktujesz?

To szansa na zdobycie dobrej roli. Ale to też bardzo stresujący moment, taki egzamin. Bo choć casting trwa chwilę, kiedy ma się gorszy dzień, właśnie ta chwila może zaważyć na dalszej karierze. Casting to też zmierzenie się z sobą. Porażkę często traktuje się bardzo osobiście. Aktor często uważa, że jeśli go nie wybrali, jest beznadziejny i nie przyjmuje do wiadomości, że mógł na przykład nie pasować do roli wizualnie. Przyznam się, że i ja miewam takie myśli. Zresztą często zapominam o swoim dorobku i nawet drobne porażki sprawiają, że wkręcam sobie do głowy, że nadszedł zawodowy koniec, że nikt mnie nie chce. Na szczęście pewną równowagą jest to, że nawet jak nie gram roli, jestem po prostu w zespole, czyli cały czas na scenie.

To prawda, że podczas emisji "Chłopów" w TVP 1 płakałaś, gdy oglądałaś siebie w telewizji?

Mam w domu telewizor, w którym jakość obrazu jest idealna. Przy tak zaawansowanej technologii, jaką mamy dziś, nie ma już magii telewizji. Często okazuje się, że nawet perfekcyjnie wyglądającą osobę telewizja zwyczajnie pobrzydzi. I nie jest to charakteryzacja. Po prostu idealnie widać każdą niedoskonałość. Tak właśnie patrzyłam na siebie podczas emisji "Chłopów". Widziałam wszystkie pory na skórze, każdy pieprzyk, każdą zmarszczkę. Byłam w takiej rozpaczy, że się poryczałam. Zaczęłam od tego czasu inaczej oglądać seriale i aktorki w nich grające. Pocieszam się więc, że nie tylko ja tak mam. I w sumie szkoda mi dziewczyn, które muszą pokazywać twarz w telewizji. Jej wysoka jakość sprawiła, że straciły wygląd gwiazd. Ja jestem aktorką teatralną, nie telewizyjną. Nie oglądam siebie na co dzień. Nie mam szansy zobaczyć jak wyglądam, jak gram. Kiedy patrzę w lustro, widzę dziewczynę, która ma dwadzieścia parę lat. Jednak kiedy zobaczyłam siebie w telewizji, zdębiałam, bo zobaczyłam kobietę, a nie dziewczynę. Zobaczyłam kogoś, kim w swoim mniemaniu nie jestem. Długo nie mogłam dojść do siebie.

Bycie młodym za wszelką cenę ma sens? Kobiety upiększają się teraz w gabinetach medycyny estetycznej w przysłowiowej przerwie na lunch. Walka o wygląd jest dla aktora walką o przetrwanie?

Zastanawiam się, czy kobieta po takich zabiegach wygląda młodziej. Przecież wiek widać w oczach. Nawet, kiedy kobieta ma sześćdziesiąt lat i zrobi sobie stosowne operacje, to dalej widać, że ma sześćdziesiąt lat, tylko że jest po operacjach.

Sama ze sobą czuje się lepiej.

Tak, ale dalej widać jej wiek. Oczywiście kobieta musi dbać o siebie. Po wspomnianej emisji "Chłopów" w telewizji zrozumiałam to dobitnie. Kupiłam sobie peelingi i lepsze kremy, bo wcześniej używałam jakichkolwiek, byleby nawilżyć twarz. Teraz mam nawet kremy pod oczy. Wracając do zabiegów medycyny estetycznej. Aktorki muszą z tym uważać w sposób szczególny. Gdybym się zdecydowała na zabieg, na pewno nie mogłabym unieruchomić sobie czoła, bo przecież do grania niezbędna jest mi mimika. Są aktorki, które mają mimikę zamrożoną i absolutne mi się to nie podoba. Niestety, otoczenie wymusza na nas bycie perfekcyjnym, pokazując w gazetach sztuczne twory. Doskonale o tym wiem, ale czasami sama się na to nabieram. Marzy mi się więc, żeby telewizja zrobiła wybory miss bez operacji i bez makijażu. Sądzę, że oglądalność byłaby ogromna.

Zdjęcia: Krzysztof Nowosielski
Produkcja: Aleksandra Staruszkiewicz
Stylizacja: Cavalli Class, Roberto Cavalli, Butik Splendido, CH Klif, www.splendido-klif.pl
Fryzury i make-up: Dorota Majcher
Miejsce sesji: Restauracja L'Entre Villes, Sopot, Al. Niepodległości 757, www.entrevilles.pl

53
02/2015

Charakterystyczna burza blond loków okala dziewczęcą buzię. Drobną sylwetkę rozsadza wulkan energii. Trudno na Karolinę Trębacz nie zwrócić uwagi.