Szeryf znowu rządzi w Gdańsku

Lijek, Lijo, Szeryf. Marcin Lijewski, jeden z najsłynniejszych reprezentantów Polski w piłce ręcznej, prawy rozgrywający, brązowy medalista i wicemistrz świata. W biało-czerwonych barwach rozegrał ponad 250 meczów. Na zakończenie kariery wrócił do Gdańska, czyli tam, gdzie wypłynął na szerokie wody światowego szczypiorniaka. Prestiżowi opowiada o tym, że nie wszystko jest na sprzedaż, a z życia bierze to, co daje mu los. 

Jesteś uważany za jednego z najlepszych piłkarzy ręcznych ostatnich kilkunastu lat. Po dość długiej przerwie powróciłeś do Wybrzeża Gdańsk. Ten powrót jest bardzo znaczący. Co przyciągnęło wilka do lasu? 

Przyjeżdżając do Gdańska w wieku 19 lat, podjąłem naukę w Akademii Wychowania Fizycznego i od razu poczułem się tutaj jak u siebie. Pokochałem to miasto, jest naprawdę piękne. Oferuje mieszkańcom i turystom wiele atrakcji i ciężko wyobrazić sobie lepsze miejsce do życia w Polsce niż Gdańsk. Do tego bliskość morza. Tutaj, dzięki trenerowi Danielowi Waszkiewiczowi, nauczyłem się grać w piłkę ręczną. On nie tylko uczył, ale i wychowywał. Był dla nas ojcem, nauczył nas dyscypliny, ukształtował. Teraz historia zatacza koło. Wyjeżdżając z Gdańska w wieku 24 lat wiedziałem, że tutaj wrócę. Mieliśmy z żoną wybudowany dom, to była nasza kolebka. To właśnie z Gdańskiem wiąże swoją przyszłość. 

Ten patriotyzm nie sprowadza się tylko do Gdańska. Odrzuciłeś propozycję zagrania dla reprezentacji Kataru. Tymczasem Katarczycy zdobyli kilka tygodni temu wicemistrzostwo świata, ale głośno jest o nich głównie dlatego, że reprezentacja została zmontowana z zagranicznych zawodników, którym przydzielano obywatelstwo w zamian za pieniądze. Nie żałujesz?

To, co nie jest zabronione, jest raczej dozwolone. Jeśli światowa organizacja wyraziła na to zgodę, to oczywiście taki twór może istnieć. Czy to jest moralnie poprawne? W moim mniemaniu nie bardzo, ale nie jestem osobą, która powinna osądzać tych zawodników. Może jakbym poznał kwoty, który wchodziły w grę, sam bym się zastanawiał? Nie były to na pewno małe pieniądze. Ja sam przecież wystąpiłem w azjatyckiej Lidze Mistrzów w barwach irańskiego Samen Al Hojaj. Krótki epizod, ale pozytywnie go wspominam.

Wszystko jest na sprzedaż, czy to kwestia ceny?

Dzisiejszy świat tak jest skonstruowany, ale mój kręgosłup moralny mówi mi, że jednak nie. Jestem Polakiem i nie wyobrażam sobie, żebym mógł grać półfinał mistrzostw świata przeciwko zespołowi, z którym grałem wcześniej. Szalone. 

Tym bardziej szalone, że po drugiej stronie mógłby być twój brat Krzysztof. Brat przeciwko bratu. Czy to właśnie nie rywalizacji zawdzięczacie sukces?

Zależy, co rozumiesz przez pojęcie sukces. To mocne słowo, tak jak ikona. Braterska walka to smaczek dla mediów i marketingowo ruch doskonały. Jeśli chodzi o współzawodnictwo w sporcie, wraz z gwizdkiem wszystko się zaciera. Jest wtedy moja drużyna, mój kolor koszulek i bramka. Gramy przeciwko sobie, jednak na tych samych pozycjach. Jest takie jedno symboliczne zdjęcie, gdzie Krzysiek leży na ziemi, a ja go podnoszę. Wiem jedno: mój brat mnie nigdy nie zawiedzie i zawsze mogę na nim polegać.

Marcin i Krzysztof Lijewscy to najsłynniejsi bracia polskiej piłki ręcznej. Wszystko miało swój początek w rodzinie. Bardzo sportowej rodzinie.

Ekstremalnie sportowej. Ojciec uprawiał piłkę ręczną, mama koszykówkę. Ktoś jednak musiał się poświęcić. Mama przestała grać, tata przez jakiś czas kontynuował jeszcze karierę. Miał duży wpływ na mnie i na brata. Na mnie nawet większy, bo byłem zakochany w koszykówce. Praktycznie spałem z piłką. Ojciec wyperswadował mi ten sport.

To musiało być trudne rozstanie.

Nie było. Pojechałem z kolegami pod namiot, a ojciec zaproponował mi wyjazd z piłkarzami ręcznymi. Chciał zobaczyć, czy łyknę bakcyla. Sam miałem zadecydować, co będę robić. 

Był bakcyl, ale czy to miłość od pierwszego wejrzenia?

Niekoniecznie. Trafiłem na odpowiednich ludzi, z którymi dobrze się czułem. Piłka sama kleiła mi się do ręki. Wszystko, co robiłem, od razu mi wychodziło, co było dość niespotykane. Zdałem sobie sprawę, że to dobra decyzja. W koszykówce byłbym jednym z wielu, w piłce ręcznej mogłem wybić się ponad przeciętność.

Powrócę jeszcze do tematu brata, bo jesteście bardzo związani. Więcej między wami podobieństw czy różnic, oczywiście poza podziałem na Boston Celtics i Lakersów?

To trafna anegdota. Były między nami pojedynki, czy raczej potyczki. To było w czasach, gdy zarówno Boston, jak i Lakersi, wiedli prym w NBA. Teraz daliśmy sobie spokój z tą rywalizacją. Podobieństw natomiast mamy dużo. Jednak to inni ludzie powinni o nas mówić. Ja na przykład nie widzę między nami żadnego podobieństwa fizycznego. 

W jednym z wywiadów przyznałeś, że bierzesz to, co daje los. Wierzysz w przeznaczenie, czy może to, gdzie teraz jesteś, to składowa różnych czynników?

Mam dużo szczęścia. Wielokrotnie się z żoną zastanawialiśmy, jak pokierować życiem. Razem podejmowaliśmy decyzje. W moim przypadku była to sztuka dokonywania wyborów. Zawsze był wybór. Zostać w Polsce, bo ona jest w ciąży, czy wyjechać? Ciekawość i chęć osiągnięcia czegoś więcej pchały mnie do przodu. Wybory, których dokonałem w przeciągu ostatnich 15 lat, były jak najbardziej trafne. To one mnie ukształtowały. Moja żona jest dla mnie dużym wsparciem, gdyby nie ona, moje losy potoczyłyby się inaczej. Jestem zadowolony ze swojego życia, ale nie myślałem o nim nigdy w kategoriach przeznaczenia. Jestem realistą, twardo stąpam po ziemi. Najważniejsze to trzymać się swoich zasad, mieć wewnętrzny porządek. 

Brązowy medal mistrzostw świata w Katarze Polacy wywalczyli wolą walki, charakterem, wiarą w sukces, wiarą we własne możliwości. Które z tych cech odnajdujesz u siebie?

Na pewno każdą z nich. Przede wszystkim wiarę w sukces. Te cechy musi mieć każdy piłkarz ręczny, a przydają się one również poza boiskiem. Równie ważny są honor i uczciwość. Każdy sportowiec ma w sobie ducha walki, rywalizacji, chęć sprawdzenia siebie w kontakcie z przeciwnikiem, z przeciwnościami losu. Kto tego nie ma, nie powinien uprawiać sportu. To najważniejsza cecha charakteru, potrzebna do tego, aby osiągnąć sukces.

Wola walki przekłada się na życie prywatne?

Niekoniecznie. Na boisku – zawsze tak. Życie prywatne to trochę inna sfera. Jest w nim więcej kompromisów. Na przykład wtedy, gdy mamy z żoną inne zdanie. 

Zdarzało ci się walczyć, na przykład o marzenia?

Życie to jedna wielka walka. O wszystkie marzenia trzeba walczyć. 

A walka o kobietę?

Oczywiście walczyłem o żonę, ale z nią to było tak jak z uderzeniem pioruna. 

Z jednej strony duch walki, z drugiej – rozwaga, świat tradycyjnych wartości.

Żyję teraz życiem mojej rodziny; wstaję rano, odwożę dzieci do szkoły, jestem ojcem na 100%. W międzyczasie trenuję dwa razy dziennie. Przez ostatnie 10 lat było tak, że nie widziałem rodziny na przykład przez miesiąc albo więcej. Jeździłem po Europie: Hiszpania, Portugalia, Rosja. Żona przyjeżdżała w weekendy. Ta rozłąka była bolesna. Rodzina to sens wszystkiego. Każdy powinien mieć sferę dla siebie i najbliższych. Nie powinno się jej uzewnętrzniać. To świętość.

Jak nadrobić stracony czas?

Tego czasu się nie nadrobi. Trzeba korzystać z tego, co się ma. Nie żałuję niczego poza tym, że część życia moich dzieci mnie ominęła. Nie mogłem być też na żadnym pogrzebie moich bliskich, bo akurat byłem gdzie indziej. Graliśmy mecze. 

Przyszłość swoich dzieci wiążesz ze sportem? Wszyscy macie go we krwi.

Natalia już jest sportowcem. Trenuje siatkówkę, jest dobra. Charakter ma po mnie, zadziorność po żonie. Czasy są ciężkie i te cechy się przydają. Wiktor natomiast coraz częściej chce jechać ze mną na trening. Chcę zaszczepić w nim pasję do piłki ręcznej – na tej samej zasadzie, na jakiej zrobił to mój ojciec. 

Od czerwca ubiegłego roku trenujesz młodzieżową kadrę reprezentacji Polski, ale w przyszłości chciałbyś trenować już ukształtowanych zawodników. 

 To moje marzenie, chcę prowadzić zespół ligowy ekstraklasy. Lepiej jest grać niż sport oglądać. Lubię mieć wpływ, mieć cel i do niego dążyć. W przyszłości chcę być trenerem, to mój cel. 

Jeśli nie sport, to co? Wyobrażałeś sobie siebie w innej roli?

Nie. Nigdy. W żadnej dziedzinie życia. Mam wiele zainteresowań, ale w żadnym nie jestem ekspertem. Motoryzacja na przykład. Uwielbiam samochody, one mnie fascynują. O samochodach wiem wszystko. Ulubiona marka to BMW. Poza tym podróże, komputery. Ogólnie sport mało mnie interesuje. Jest tylko miłość do piłki ręcznej. Robię to, co kocham.

Motto życiowe Marcina Lijewskiego?

Jeśli coś robisz, rób to na 200%. Czerp z życia. Ciesz się każdą chwilą, która jest ci dana, bo nigdy nie wiesz, co się wydarzy. W życiu niczego bym nie zmienił, bo wszystkie wydarzenia doprowadziły mnie do punktu, w którym jestem teraz. Staram się być dobrym człowiekiem. Dla siebie, dla ludzi, dla mojej rodziny.

53
02/2015

Charakterystyczna burza blond loków okala dziewczęcą buzię. Drobną sylwetkę rozsadza wulkan energii. Trudno na Karolinę Trębacz nie zwrócić uwagi.