Nie umiem żyć na serio

Malarz, rysownik, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Miał ponad sto wystaw indywidualnych na całym świecie. Jego prace znajdują się w zbiorach muzeów narodowych m.in. Warszawie, Gdańsku, Moskwie, Dreźnie oraz w wielu kolekcjach prywatnych. Z prof. Henrykiem Cześnikiem spotkałam się w ukrytej z dala od zgiełku, sopockiej pracowni. O czym rozmawialiśmy? O życiu.

 

Panie profesorze, ja nie znam się na sztuce.

Ja też nie… (śmiech).

Chciałabym jednak wierzyć, że znam się na ludziach, ich uczuciach i odczuciach. Na nich więc chciałabym się skupić podczas tej rozmowy. Zastanawiam się ile w sztuce jest psychologii i emocji właśnie?

Jak zaczynam coś robić, to jest w tym 100 proc. emocji i 100 proc. skupienia. Często zdarza się tak, że podczas mojej pracy, dzieje się coś ważnego, a ja tego w ogóle nie zauważam. Jeśli na obrazie są trzy postacie: człowiek, diabeł i Bóg, to ja staję się czwartą postacią i jednocześnie uczestnikiem wydarzeń. To stan nieporównywalny do żadnego innego. Kiedy już skończę, muszę odetchnąć, odpocząć i dopiero na drugi dzień widzę, co tak naprawdę powstało. Prawie nigdy nie przerabiam ani obrazów, ani rysunków. Kiedy się coś robi w tak ogromnych emocjach, jest to nie do poprawienia. Używając logiki, pomijamy emocje, a to one są przecież w sztuce najważniejsze i mają pod sobą całą logikę świata. 

Materiałem, który chyba najczęściej pan wykorzystuje są prześcieradła, nierzadko również te szpitalne. Wydaje się, że to chyba najbardziej intymna, najbliższa człowiekowi tkanina.

Prześcieradła zacząłem używać w swojej twórczości z dość prozaicznego powodu. Po prostu brakowało mi pieniędzy na płótna i krosna. Prześcieradło było również znakomitym materiałem do użycia farb wodnych, znacznie tańszych od olejnych. Dzięki temu mogłem swój warsztat rozwijać szybciej za porównywalnie nieduże pieniądze. Ale przede wszystkim prześcieradło jest blisko człowieka i jego ciała. Pozwala tym samym pokazać mroczne wnętrze człowieka. Często jest tak, że jak już wejdę w posiadanie takiego kawałka tkaniny ze szpitala, odkrywa ono już pierwszą kartę. Jest twórcą samo w sobie. Ma swoje biologiczne plamy, które można wykorzystać i pójść za ich śladem. 

Cofnijmy się trochę w czasie. Niewiele brakowało, a zamiast wybitnego artysty, mielibyśmy być może leśniczego… 

W pierwszej klasie szkoły podstawowej chyba już wiedziałem, że chcę przede wszystkim malować. Część nauczycieli też to zauważyła, bo nie wymagali ode mnie zbyt wiele. Zamiast rozwiązywać słupki, wolałem rysować. Od czasu do czasu musiałem tylko udowadniać, że jestem na odpowiednim etapie swojej edukacji i wszystko, co powinienem potrafię. Najbardziej zadowolona była oczywiście pani od plastyki, bo dzięki mojej pomocy wszyscy mieli same piątki. Wobec tego pani miała najlepsze wyniki w szkole (śmiech). W pewnym momencie pojawiła się moja druga miłość – las i polowanie. Nie była to przygoda przypadkowa i trwała znacznie dłużej, niż można było przypuszczać. Szukałem kompromisu między malarstwem a leśnictwem. Wydawało mi się, że najlepszym rozwiązaniem będzie tworzenie w leśniczówce. Konsekwencją tych przemyśleń był wyjazd na egzaminy wstępne na Wydział Leśny Uniwersytetu Poznańskiego. Po zarwaniu kilku nocy, drzemka podczas egzaminu była nieuchronną tego konsekwencją. Po czterech godzinach egzaminator odebrał ode mnie pustą kartkę. 

Widocznie malarstwo było panu przeznaczone.

W Trójmieście świeżo poznana koleżanka, studiująca w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych (obecna nazwa uczelni od 1996 r.: Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku – przyp. red.) zaczęła roztaczała przede mną uroki studiowania na kierunku malarstwo i grafika. Powiedziała, że mógłbym się tam dużo nauczyć. Byłem wtedy oburzony i powiedziałem, że wszelka edukacja w tej akurat dziedzinie to kompromis zbyt niekorzystny dla wolności sztuki. Nie pamiętam, czy po pozytywnym wyniku egzaminów wstępnych nabrałem pokory, czy też poprzez pokorę postanowiłem studiować na tym wydziale. Po uzyskaniu dyplomu w pracowni prof. Kazimierza „Kacha” Ostrowskiego, na propozycję ówczesnego dziekana prof. Włodzimierza Łajminga, rozpocząłem pracę dydaktyczną w tejże uczelni. 

A jak to jest ze studentami? Czy czasem nie irytują za bardzo?

Z czasem zorientowałem się, że praca z studentami, sprawiając mi tyle satysfakcji, jest – nie boję się użyć tego słowa – w pewnym rodzaju powołaniem. Ale jak wszystko, także powołanie niesie za sobą pewne niewidoczne dla niewtajemniczonych niebezpieczeństwa. Jednym z podstawowych elementów twórczości jest, tak jak wcześniej mówiłem stan maksymalnego skupienia. W pracy pedagogicznej często wchodzimy w obszar kreatywności osób skrajnie różnych. Nie tylko między sobą, ale pozostających również w pewnych relacjach sfery wyobraźni z naszą osobistą postawą twórczą. Uruchamia to pewien dyskomfort, powodując, na szczęście krótkotrwałą „pustkę” we własnych działaniach artystycznych.

Panie profesorze, a jak to jest z tzw. sopocką bohemą? Czy jeszcze w ogóle istnieje?

Ja przestałem uczestniczyć w galopadzie zdarzeń i sytuacji zwanych bohemą. Nie chodzę do klubów, rzadko chodzę na wystawy, a jeśli już, to są to wystawy zazwyczaj moich studentów. Zarówno dzisiejsza, jak i ta nazwijmy to „dawna bohema” na pewno nieodłącznie wiązała się ze sporą ilością alkoholu i zażartymi kłótniami po jego wypiciu. Kiedyś był jeden klub, który skupiał artystów – SPATIF, potem Robert Florczak z Alicją Grucą otworzyli klub Sfinks. Towarzystwo się podzieliło, ale też byli tacy ludzie, do których i ja należałam, którzy nie zdradzali ani jednego ani drugiego miejsca. Dla tzw. bohemiaków był to ciąg niekończącej się zabawy. Trzeba było jednak umieć się wyłączyć. Zdarzało się, że rocznie robiłem kilkanaście wystaw, nie mogłem więc sobie pozwolić na ciągłą rozrywkę. W Sopocie rzeczywiście jest duże zagęszczenie artystów. Można się więc wspólnie spotykać i  porozmawiać, nie tylko o sztuce. Jeżeli twórca ma coś do powiedzenia to albo pójdzie napić się do SPATIFu by dowiedzieć się, czy ma rację, albo np. ucieknie na wieś i będzie tam tworzył przez kilka miesięcy. Do tego Sopot nie jest mu potrzebny. 

Wirtualne galerie, rozszerzona rzeczywistość i innowacje w sztuce sprawiają, że trudno jest odbiorcę czymś zaskoczyć. Czy sztuka może jeszcze czymś zadziwiać?

Odbiorcę można zaskoczyć sobą, gdy pokaże mu się drugie dno, to, czego do tej pory nie dostał. Rozpęd różnych możliwości i kierunków, jakie artysta uzyskuje w sztuce chociażby przez nowe technologie sprawia, że może za tym nie nadąża. Zostaje pozostawiony samemu sobie i nie wie co ma o tym myśleć. Albo też jest zniesmaczony albo poirytowany, bo czuje się oszukany, że kupił bilet, a widzi coś wirtualnego. Technologia sprawia, że często umyka ważny przekaz, który twórca chciał przeszmuglować do odbiorcy, ale ten niestety go nie odczytał. Młodzi ludzie, szczególnie na pierwszym roku studiów, gdy zaczynali rysować węglem, to wychodziły im jakieś „koślawce”. Jeszcze gorzej, jak zaczęli to rozcierać i wychodził straszny kicz. Poślizg tego węgla sprawiał, że albo przekłamywali proporcje, albo w nieodpowiednim miejscu wybrzuszali kreskę. A to z powodu tego, że węgiel wyprzedzał ich umiejętności. Mam wrażenie, że tak samo jest właśnie z tymi ultrawnowoczesnymi rozwiązaniami. Tak szybko można osiągnąć rzeczy wizualnie niezwykłe, ale one często poza zadziwianiem, nie zawsze mają coś do powiedzenia. 

Jaka jest twórczość Henryka Cześnika?

Staram się być dowcipny i grozić palcem z uśmiechem na ustach. Przestrzegam, ale na wesoło. Moje obrazy są smutne, ale i anegdotyczne. Człowiekowi nie do końca pasuje to, co go nieuchronnie czeka, co więc pozostaje – pośmiać się z tego. Wszędzie jest więc anegdota, czy to będzie rozjemca między Bogiem a diabłem pociągającym za sznurek, czy leżakowanie umarlaków na oddziale pulmonologii… Mam taki charakter. Nie umiem żyć na serio.

A jaka jest codzienność Henryka Cześnika?

Nawiązując do tytułu wywiadu z prof. Limonem – w sercu żona, twórczość i 6 kotów („Prestiż” – Listopad’14, 11(50) – przyp. red.). Od czerwca tego roku jestem młodym, szczęśliwym małżonkiem i ogłaszam wszem i wobec, że miłość od pierwszego wejrzenia istnieje. W związku z powyższym rozpiera mnie energia twórcza, która wkrótce zaowocuje w postaci wielu wydarzeń artystycznych, m.in. w czerwcu czeka mnie wystawa i pokaz malarstwa w jednej z najważniejszych berlińskich galerii oraz wielka wystawa prześcieradeł w Teatrze Szekspirowskim, a wcześniej, w kwietniu wystawa w BWA w Rzeszowie oraz kilka innych, o których później, aby nie zapeszyć.