Dziś prawdziwych gangsterów już nie ma

Bonda. Katarzyna Bonda. Dziennikarka, scenarzystka, dokumentalistka, autorka powieści kryminalnych. Akcja jej najnowszej książki „Pochłaniacz” osadzona jest w Trójmieście, które, jak się okazuje, jest idealnym miejscem na zbrodnię (prawie) doskonałą. Dlaczego? 

Taka ładna, a kryminały pisze... 

Ciągle to słyszę (śmiech). W latach 60. nie mogłabym wejść do środowiska policyjnego, nawet w 2004-2005 roku, kiedy próbowałam robić dokumentację do pierwszej książki miałam z tym kłopot. Uważano, że rolą kobiety nie jest pisanie kryminałów i analizowanie szczegółów zbrodni. Stawiano więc przede mną mur. Dziś jest inaczej. Na szczęście.

„Pochłaniacz” pochłonął mnie na ulicy Fiszera w Sopocie, a więc na miejscu zbrodni wokół której toczy się akcja książki. Czytanie jej w jednej z tamtejszych kamienic było niesamowitym doświadczeniem i tym bardziej jestem pod wrażeniem tego, z jaką dokładnością opisujesz sopocką i gdańską rzeczywistość. Skąd więc u ciebie taka wiedza? 

Zdarłam buty od chodzenia po tutejszych uliczkach i zakamarkach. Uwielbiam to miejsce. Za każdym razem, gdy tu jestem, niezależnie, czy pod falowcem na Przymorzu, czy na ulicy Zbyszka z Bogdańca we Wrzeszczu (miejsca akcji książki „Pochłaniacz” – przyp. red.) mam poczucie, że tu jest dużo powietrza, można złapać oddech. Pisarz musi mieć kontakt z przestrzenią, w której buduje świat bohaterów. Kryminał powinien być przecież realistyczny. Jeździłam więc po mieście zastanawiałam się - „gdzie by to umieścić...”. Znalazłam konkretne ulice i bardzo dbałam o to, by wszystkie elementy były ze sobą spójne. Posiłkuję się też przyjaciółmi, którzy tu mieszkają. I tak np. kiedy wróciłam do domu i zaczęłam rozpisywać scenę ucieczki sprawcy z miejsca zbrodni, zabrakło mi informacji ile minut będzie biegł z konkretnej ulicy do kryjówki. Z pomocą przyszła mi wówczas Dagny Kurdwanowska (dziennikarka, współautorka bloga Czytam w Wannie – przyp. red.), która założyła adidasy, pobiegła i od razu to sprawdziła. Takie detale nierzadko budują całą intrygę. W zbrodni bowiem najważniejsze jest odejście i ucieczka sprawcy. Przydaje się też dobre ukrycie ciała, np. w lesie, 6 metrów pod ziemią, bo wtedy zwierzęta się do niego nie dodrapią... 

Dlaczego Trójmiasto to dobre miejsce do osadzenia akcji kryminału?

Przez lata pracowałam jako sprawozdawca sądowy i znam świat polskich przestępców naprawdę od podszewki. Wiem, jak wyglądała konfiguracja bandziorów z lat 90. i do niedawna byłam przekonana, że to Warszawa była mafijnym ośrodkiem, a to nieprawda. To, co opowiadam w „Pochłaniaczu” to kawałek historii Polski, choć może brzmi to trochę górnolotnie. Kiedy znalazłam w aktach sądowych sprawy pierwowzoru Słonia – od tego się zaczęło. Przekonałam się, że ta historia zaczęła się w Trójmieście. Wcale nie w Pruszkowie, czy w Wołominie, a właśnie tu. Wystarczy spojrzeć na mapę. Przecież to z Trójmiasta jest blisko zarówno do Berlina, jak i do Kaliningradu. Do tego dochodzi obecność morza, dającego poczucie wolności i oddechu. Połączenie Gdańska, Sopotu i Gdyni tworzy ogromną, otwartą aglomerację, w której można też się ukryć. 

Zgadzasz się jednak z tym, że dziś prawdziwych gangsterów już nie ma?

Nie ma. Dziś są to ludzie innego typu, mający legalne biznesy. Ci, którzy za to byli „nieostrożni” po prostu nie żyją. Część dawnych gangsterów wychodzi z więzień po długich wyrokach, w naturalny sposób zostali więc zdegradowani w społeczeństwie. Słoń, główny bohater negatywny z „ Pochłaniacza”, oparty jest na prawdziwej postaci, która gdzieś tu krąży po Trójmieście… 

Byłaś pierwszą autorką w Polsce, która do swojej powieści wprowadziła postać profilera, osoby specjalizującej się w przygotowaniu profili psychologicznych morderców na podstawie opisów zbrodni i działań. Nie było to chyba jednak łatwe, bo w Polsce zawód ten długo traktowany był jak „wróżenie z fusów”, prawda?

Kiedy pisałam „Sprawę Niny Frank” (premiera książki odbyła się w 2007 r. – przyp. red.) nikt nie wiedział kim jest profiler. Co więcej, kazano mi wyrzucić z tekstu tę postać. Ja jednak wychodzę z założenia, że autor musi wyważać drzwi i ryzykować. Przetarłam więc szlak. W 2003 roku pracowałam w „Newsweeku” i wówczas dowiedziałam się, że ktoś taki jest w Polsce. Pojechałam do tego człowieka, choć był wówczas bardzo zamknięty na szerokie informowanie o tej dziedzinie wiedzy. Męczyłam go przez pół dnia. Kiedy od wracałam od Bogdana (Bogdan Lach, psycholog śledczy, nadkomisarz policji, zatrudniony w Wydziale Kryminalnym Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach jako profiler – przyp. red.), wiedziałam, że doskonale nadaje się na bohatera mojej książki. Wtedy napisałam pierwszy tekst dziennikarski na ten temat. Przybliżał on tę metodę działania. Wkrótce też z pomocą Bogdana powstała książka „Zbrodnia niedoskonała”, która miała wyjaśnić Polakom, że nie jest to szamanizm, ale rodzaj metody, a w tej chwili nawet nauka. Bohaterem musiał być mężczyzną, a jakże. Bo kto to widział, nie dość, że profiler, to jeszcze kobieta. Kto by w to uwierzył? (śmiech)

Jak sama powiedziałaś, na szczęście czasy się zmieniły, a bohaterką „Pochłaniacza”, pierwszej z serii czterech książek jest profilerka Sasza Załuska. Ile w niej przemyciłaś z siebie?

To seria zamknięta, bo nie chcę być niewolnikiem powieści, która może się ciągnąć w nieskończoność. Boję się tego. Wymyśliłam więc przebieg każdej z nich od razu. Opowiadają one o różnych historiach i dzieją się w innych miejscach. To, co je spaja to właśnie sylwetka bohaterki. Ludzie często czytają Saszę jako mnie. Nie wiem, czy to dobrze, czy też źle. Ona jest w porządku, więc chyba nie mam z tym problemu. Długo czekałam aż będę mogła wprowadzić postać kobiety, która będzie samodzielnie prowadzić dochodzenie. Wierzę, że kobiety i mężczyźni mają takie same mózgi, dlatego stworzyłam Załuską. To postać niekompletna, ze skazami i rysami, bo przecież nikt z nas nie jest doskonały. To niepijąca alkoholiczka i samotna matka. W dodatku jest antypatyczna i okropna, czyli pod tym względem, taka jak ja. (śmiech)

Zdradź mi jeszcze, czy trudno jest ładnej blondynce w męskim świecie? Masz jakieś kobiece sposoby na wydobywanie od mężczyzn ważnych informacji?

Jeśli chodzi o organy ścigania, prokuratorów, a przede wszystkim policjantów to jest to bardzo szowinistyczne środowisko. Na początku jak widzą młodą blondynkę to dla samego „przytemperowania panienki” potraktują ją „z buta”. Trzeba więc przede wszystkim zdobyć ich zaufanie. Nie jestem osobą, która się mizdrzy, czy używa swojej kobiecości jako narzędzia. Oni jednak zwykle łapali się na taki „lep blondynki” i nie traktowali mnie poważnie. W momencie jednak, gdy zobaczyli, że jestem konkretna i dostarczam im twardych danych, czuli się wręcz zagrożeni. Czasem więc niestety osiągałam odwrotny skutek. Tym sposobem jednak przez lata wygenerowałam sobie siatkę kontaktów. To ludzie, którzy bardzo dobrze wiedzą kim jestem i wiedzą też, że mogą mi zaufać i nie ujawnię tych elementów, które mogą przydać się przestępcom. Teraz, kiedy na koncie mam już kilka książek, jest mi też dużo łatwiej. Z drugiej strony dlatego, że jestem płci żeńskiej, wciąż jestem na cenzurowanym. O ile moim kolegom, którzy piszą kryminały, pewne rzeczy mogą ujść, to mi nie zostaną one wybaczone i wszelkie błędy zostaną wytknięte. Muszę się więc starać podwójnie. Poza tym jest jeszcze jedna mroczna strona tego wszystkiego.. .

Jaka?

Moja osoba w pewien sposób przyciąga ludzi z różnego rodzaju zaburzeniami, które odczytują mnie w kontekście własnych złudzeń. Zdarzały mi się już takie sytuacje, które musiałam zgłaszać na lokalny posterunek. Zdarza się też, że co jakiś czas muszę zmienić numer telefonu. Moja praca generuje również rożnego rodzaju stalkerów, zazwyczaj niegroźnych, ale jest to dość uciążliwe. 

Na koniec chciałam jeszcze zapytać, co sądzisz o panującej modzie na kryminały?

Pamiętam czasy, kiedy to wydawca nie był w stanie nikogo przekonać do napisania recenzji powieści kryminalnej. W prasie kobiecej w ogóle nie było o tym mowy. Teraz – byłam już większości magazynów dla pań. To najlepszy dowód, jak się to zmieniło. Trup po prostu jest „sexy”! Myślę, że jeszcze przynajmniej 10 lat ten gatunek będzie się rozwijał i wchłaniał kolejne segmenty rynku czytelniczego. Prawdziwym dynamitem, który wyważył drzwi były oczywiście skandynawskie kryminały. Zaczęto w nich zamieszczać wątki poboczne i kontekst społeczny przez co, jak na rasową powieść przystało zaczęły sobie liczyć ponad 600 stron.  „Pochłaniacz” ma ich 672, ale nie lubię, gdy ktoś nazywa mnie „polską Camillą Läckberg”. Jestem Katarzyna Bonda z Polski. 

51
12/2014

Kilkuletnie dziecko prosi cię o zabawę w berka. Odmawiasz, bo wiesz, że złapiesz zadyszkę i będzie wstyd przed dzieciakiem.