W sercu żona, szekspir i rock & roll

Niewielu jest ludzi, którzy z takim uporem i cierpliwością, a jednocześnie nie tracąc humoru spełniają swoje marzenia ku zaskoczeniu niedowiarków. Profesor Jerzy Limon swoimi przygodami mógłby obdzielić kilka osób, tak samo jak wyróżnieniami i odznaczeniami, a także radością życia. Z dyrektorem Teatru Szekspirowskiego spotykam się w przestronnym holu teatru. 

Nie miała pani okazji jeszcze u nas być? Zapraszam, proszę spojrzeć – profesor z dumą pokazuje mi rozsuwany dach, chowane fotele, zapadki, opowiada o zmieniającej się scenie. Teatr robi ogromne wrażenie, zwłaszcza gdy widzi się prawdziwe zadowolenie na twarzy pomysłodawcy. 

W 1990 roku założył pan Fundację Theatrum Gedanense. Czy głównym jej celem była budowa teatru elżbietańskiego?

Tak, rzeczywiście taki był cel, choć na początku trochę inaczej sobie to wyobrażaliśmy. Nie przypuszczaliśmy, że to będzie tak długa i trudna droga. Jako grupa chyba dość naiwnych osób sądziliśmy, że w nowej rzeczywistości, w kraju rządzonym przez światłych polityków i szczodrych kapitalistów, wystarczy mieć pomysł, a wszystko ziści się raz dwa. 

Udało się po 24 latach, czyli o rok krócej niż Teatr Szekspirowski powstawał w Londynie.

Zgadza się, ale to jednak zbliżony okres czasu. Widocznie muzy tak chciały, że nastąpiła taka zbieżność. Zwrócę jednak uwagę, że po pierwsze Londyn jest wielokrotnie większy od Gdańska, po drugie powstający tam teatr miał ogromne wsparcie miejscowego kapitału i ludzi sztuki, szczególnie aktorów. Realizatorzy pomysłu mieli do dyspozycji największe gwiazdy filmu i teatru na świecie. To na pewno im pomagało, ale też nie wystarczyło. Ten ostatni zastrzyk pieniędzy, który my dostaliśmy z Brukseli, oni dostali z loterii państwowej.

Jak się zrodził pomysł na ten teatr? 

Pomysł wziął się z lektury. Czytałem jakąś historyczną książkę, gdzie natrafiłem na rycinę Petera Willera z połowy XVII wieku, przedstawiającą teatr wybudowany w Gdańsku w 1635 roku przez Jakuba van den Blocka. Teatr ten wydawał mi się podobny do jednego z teatrów londyńskich z tego okresu. Zacząłem szperać w archiwach, w bibliotekach i z tego zrodził się doktorat. Gdy nastała nowa Polska, pomyślałem sobie, że może uda się taki teatr wybudować, zwłaszcza, że w Londynie ruszyła wtedy budowa szekspirowskiego teatru Globe.

Co było najtrudniejsze w realizacji tego marzenia?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo takiej hierarchii przeszkód nie układałem. Nawet jeśli powiem, że pieniądze, to będzie to tylko część prawdy. Bo gdy są pieniądze, jest mnóstwo innych problemów, które też utrudniają realizację.

Trudno było zarazić innych tym pomysłem?

Z początku ludzie patrzyli na mnie z pobłażaniem (śmiech). Jak na nawiedzonego, który organizuje jakieś spotkania artystyczne, towarzyskie, stara się zarazić ideą, z której i tak nic nie będzie. Bardzo nam jednak pomógł JKW Książę Walii, który został patronem projektu powstania teatru i jest nim do dziś.

Jak udało się panu go namówić?

Napisałem po prostu list do księcia Karola. 

Tak po prostu, skrobnął pan kilka zdań i wysłał pocztą?

Dokładnie tak. Napisałem list nie znając nikogo i muszę powiedzieć, że do tej pory jest to jedyna osoba z wyższych sfer, która odpowiedziała na list człowieka znikąd. Widocznie trzeba mieć królewską krew, aby tak reagować. A tak to trzeba szukać dojść, znajomości, lobbować, bo inaczej listy pisane do ważnych prezesów czy zarządów trafiają do kosza lub do działów marketingu, gdzie nie wzbudzają entuzjazmu. List do księcia Walii napisałem zresztą na zły adres, bo jedynym pałacem jaki znałem w Londynie był pałac Buckingham. Jak się okazało, książę Karol mieszkał w pałacu św. Jakuba. Na szczęście poczta jest królewska, więc list trafił, gdzie trzeba. Patronat księcia wzbudzał zdumienie, ale też ułatwiał nam funkcjonowanie, gdyż nadawał autorytetu, prestiżu, tworzył aurę czegoś wyjątkowego. To był jedyny w Polsce projekt objęty patronatem królewskim. Potem bardzo nam pomogła pani prezydentowa Jolanta Kwaśniewska, która zaangażowała się od pierwszego naszego spotkania i przez dwie kadencje prezydentury swojego męża bardzo nas wspierała. Na pewno ważną też rolę odegrały samorządy i to zarówno obecnie urzędujący prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, jak i marszałkowie – poprzedni Jan Kozłowski oraz obecny Mieczysław Struk. Bez ich zaangażowania nic by z tego nie wyszło. Uzyskaliśmy pieniądze europejskie, ale trzeba było mieć też wkład własny, a nasza fundacja była za biedna, żeby nawet marzyć o wkładzie własnym.

Książę Karol nie pojawił się na otwarciu teatru, ale przysłał nagranie, na którym wydawał się być zachwycony. 

Tak, książę wiele razy żartował, że chciałby dożyć chwili otwarcia. No i dożył (śmiech). Niestety nie mógł przyjechać ze względu na swoje obowiązki, ale na pewno odwiedzi nas, gdy będzie w Polsce.

A dlaczego zainteresował go ten projekt?

Książę jest z wykształcania archeologiem i kultura zawsze go interesowała. Myślę, że sama historia związana z działalnością aktorów angielskich na kontynencie sprzed 400 lat, fakt zbudowania teatru w Gdańsku, w którym grali, to wszystko okazało się bliskie jego osobistym zainteresowaniom.

Jakie są założenia teatru?

Teatr ma być impresaryjny. Chciałbym, abym powstało centrum artystyczne i edukacyjne o znaczeniu międzynarodowym. Chciałbym również, aby ta międzynarodowa geneza ujawniła się w działalności teatru, dlatego takim flagowym projektem jest cykl Teatry Europy. Patronat objęła nad tym wydarzeniem pani minister kultury. W blokach tygodniowych chcemy pokazywać najciekawsze osiągnięcia teatralne, sztuki wizualne, teatr tańca, body art, a oprócz tego filmy. Organizować też chcemy mini konferencje i spotkania z twórcami.

Urodził się pan w Malborku, ale dorastał w Sopocie. Pochodzi pan z inteligenckiej rodziny. Rodzicom zależało na dobrym wykształceniu pana i pana braci, co się niewątpliwie udało, bo pozdobywaliście panowie wysokie akademickie tytuły. Ale podobno nie był pan pilnym uczniem ani w liceum w Gdyni ani w Sopocie. Dlaczego?

Ja bardzo źle znoszę reżimy. Nie wiem, być może mam duszę anarchisty. Bardzo trudno przychodzi mi podporządkowanie się jakimś regułom, zwłaszcza jeśli te reguły uznaję za niedorzeczne – noszenie tarczy, czapki uczniowskiej, czy pilnowanie, aby czasem włosy nie były za długie. Wszystko po to, aby pokazać, kto ma władzę, aby uczeń nie wychylał się jako jednostka, aby stłamsić jego indywidualność.

Wagarował pan?

Oczywiście. 

To co pan robił podczas wagarów?

Nie o wszystkim mogę powiedzieć (śmiech). Wagarowaliśmy w domach, tam gdzie akurat chata była wolna. Rżnęliśmy w karty, piliśmy jabole i to były główne zajęcia. Czasami były większe atrakcje, ale to przemilczmy.

Czyli buntownicza dusza? Były jakieś efekty, skutki uboczne tego buntu?

Nie zostałem dopuszczony do matury, bo tych nieobecności nagromadziło się bardzo dużo.

To był bardziej bunt przeciwko systemowi czy nie chciało się panu pogłębiać wiedzy?

Zdecydowanie to pierwsze. A wiedzę pogłębiałem na swój sposób. Czytałem garściami, książki wręcz pochłaniałem, także te angielskie. Przypuszczam, że w literaturze światowej byłem oczytany nie gorzej od moich nauczycieli, a może nawet i lepiej. Od 15 roku życia zacząłem też chodzić sam z własnej inicjatywy do teatru.

Skąd znał pan tak dobrze język angielski?

W wieku 12 lat przeczytałem w Przekroju, że to ostatni dzwonek, aby dzieci w moim wieku mogły wybrać się w rejs do Ameryki z dużą zniżką. Mieliśmy tam rodzinę. Ciotka mieszkała w Nowym Jorku, a wujaszek w Północnej Karolinie. Rodzice po dłuższym zastanowieniu zgodzili się i sam popłynąłem Batorym do Montrealu. I to był największy problem, bo musiałem stamtąd dostać się do Nowego Jorku pociągiem. Najpierw musiałem dotrzeć na dworzec i odnaleźć odpowiedni pociąg, a miałem dwie ciężkie walizki. Całe szczęście poznałem małżeństwo, które miało dzieci w moim wieku i razem z nimi wybrałem się w miasto (śmiech). Poszliśmy na obiad, gdzie sam zapłaciłem za siebie. Trafiłem w końcu na dworzec, ale wcześniej kupiłem sobie wiktuały na podróż, przyzwyczajony do tego, że w Polsce zawsze podróżowało się z jajkami na twardo (śmiech). Tam jednak nie było jajek na twardo, ale były za to banany. Dotarłem do Nowego Jorku. Ciotka była dziwaczna i chyba za bardzo mnie nie polubiła, więc jak najszybciej wysłała mnie na południe do wujaszka.

U wujaszka było lepiej?

Wujaszek był kochanym, ciepłym człowiekiem. W czasie wojny służył w RAF-ie. Teoretycznie miałem pojechać do Ameryki tylko na wakacje, ale on zaproponował, żebym został dłużej, żebym poszedł do szkoły i dzięki temu spędziłem tam półtora roku. Bardzo dobrze wspominam tamten okres szkoły, bo był większy luz oraz lepszy kontakt z nauczycielami. Pierwszy raz zetknąłem się też z tym, żeby w szkole była klasa dzieci opóźnionych umysłowo. U nas w Sopocie była specjalna szkoła dla takich dzieci, a u nich taka integracja była czymś zupełnie normalnym. Były też klasy zróżnicowane poziomem oraz testy jako forma sprawdzenia wiedzy. Dla mnie to były same nowości. 

Maturę pan ostatecznie zdał, a po niej zdawał pan do Wyższej Szkoły Ekonomicznej, ale się pan nie dostał? Dlaczego chciał pan tam studiować?

A tak z rozpędu, bo było blisko.

Ukończył pan anglistykę w Poznaniu z tytułem doktora. Pracował pan jako anglista na UAM, od 1980 roku na UG. Skąd wzięło się to zainteresowanie kulturą angielską, Szekspirem?

W Poznaniu miałem profesora Henryka Zbierskiego, który był polonistą, anglistą i szekspirologiem i to on był zakochany w Szekspirze. Napisałem pracę magisterską i doktorat pod jego kierunkiem i tak naprawdę to jemu zawdzięczam to zainteresowanie.

Przez dwa lata pracował pan w bydgoskiej Estradzie jako elektroakustyk i jeździł pan z zespołami bigbitowymi. Jak pan wspomina tamten okres?

Znakomicie. To była wielka przygoda. Poznawało się i kraj i ludzi. Estrady to były w tym czasie enklawy praktycznie prywatnego biznesu, bo działały one na dziwnych zasadach. Niby państwowe, a jednak nie do końca. Ludzie pracowali tam, aby zarobić pieniądze w mniej lub bardziej uczciwy sposób. Jeden z dyrektorów Estrady był z zamiłowania iluzjonistą, a główny księgowy miał magnetofon stereo wyższej klasy. Razem robili więc imprezy. Był taki włoski piosenkarz Marino Marini, który na jednym z festiwali w Sopocie zrobił ogromną furorę. W Polsce stał się niezwykle popularny. Impreza dyrektora i księgowego nazywała się więc Marino Marini, a na górze małymi literkami było napisane „w stylu”. Ludzie myśleli, że idą na koncert Marino Marini, a to tylko księgowy puszczał piosenki z magnetofonu. W przerwach natomiast dyrektor pokazywał sztuczki, w czym pomagała mu żona w kostiumie z lamy (śmiech). Robiliśmy też imprezy na stadionach, które nazywały się Pancerni i Pies. To było w szczycie popularności serialu. Ciężarówka przywoziła czołg, który o własnych siłach nigdzie nie był w stanie dojechać. Na stadiony ściągały tłumy. Czołg wjeżdżał na murawę niszcząc ją, otwierała się klapa, wychylał się czołgista i pies … i to był koniec imprezy.

Jakiej muzyki pan słuchał?

Całe szczęście w Trójmieście było wiele marynarskich rodzin i niekiedy ojcowie przywozili swoim dzieciom jakieś płyty z zagranicy. Dostęp do muzyki i literatury był dość łatwy, jeśli komuś na tym zależało. Ja Kulturę paryską czytałem od najmłodszych lat. Chodziłem na koncerty w hali Stoczni Gdańskiej, gdzie występowały takie gwiazdy jak Eric Burdon i The Animals, zespół The Hollies, czy piosenkarka Lulu. Słuchało się też Radia Luksemburg. Oprócz tego królowała polska muzyka – Czerwone Gitary, No To Co, Skaldowie, ABC czy Polanie.

Urodził się pan w Malborku, dorastał w Sopocie, mieszka pan w Gdyni, a teatr założył w Gdańsku. Dużo czasu spędził pan za granicą na stypendiach czy wykładach na różnych uniwersytetach. Podobno otrzymał pan także ofertę pracy w Ameryce, którą pan odrzucił. Ma pan rozległe kontakty. Jest pan bardzo poważany, zwłaszcza w brytyjskim środowisku. Uchodzi pan za salonowca, a jednak jest pan wierny Trójmiastu. Dlaczego?

To wszystko zależy od potrzeb indywidualnych, a że moje potrzeby według mojej żony Justyny i córki Julii są katastrofalnie minimalne, to nie odczuwam konieczności posiadania czegokolwiek ponad podstawowe potrzeby, czy jeżdżenia gdziekolwiek. Za komuny marzeniem wielu było wyjechać gdzieś na kontrakt, aby poprawić sobie poziom życia. Tylko co z tego, że ktoś będzie więcej zarabiał, a nie będzie szczęśliwy, ani nie będzie miał czasu, żeby wykorzystać te pieniądze? Patrzę na młodych ludzi, którzy zaharowują się od rana do nocy, po to żeby zarabiać godziwie, a potem nie mają czasu ani na wydanie tych pieniędzy ani na nawiązywanie kontaktów. W rezultacie są samotni, cierpią na depresję, impotencję… I to jest szczęście? Znam wielu bogatych, nieszczęśliwych ludzi. Oczywiście, ubóstwo nie jest receptą na szczęście. 

A pan jest szczęśliwy?

Tak. Moja żona nigdy nie mogła tego zrozumieć, że nawet w siermiężnych latach PRL-u uważałem się za człowieka szczęśliwego.

Czy na poziom osobistego szczęścia wpłynęło odznaczenie Orderem Odrodzenia Polski?

Zupełnie się tego orderu nie spodziewałem. W dodatku myślałem, że to odznaczenie dostaje się tylko na pogrzebie (śmiech). Oczywiście, bardzo to doceniam, że jestem zauważany.

Otrzymał pan również Order Imperium Brytyjskiego w stopniu oficera za działalność na rzecz pogłębienia kontaktów kulturalnych Zjednoczonego Królestwa i Polski.

No, tak.

Ale wie pan, że to o klasę wyżej niż Beatlesi, którzy u szczytu swojej sławy zostali wyróżnieni tytułem Członków Orderu?

Przeczytałem kiedyś o tym w gazecie, ale gdzież mi porównywać się do Beatlesów? 

Poznał pan królową?

Tak, poznałem dzięki prezydentowej Kwaśniewskiej. Zaproszono mnie na kolację z królową, na której było 150 osób. Siedziałem przy końcu stołu obok pani Ireny Szewińskiej. Okazało się, że desery, kawę i koniak podają w sali obok. Gdy tam przechodziliśmy pani prezydentowa złapała mnie za rękę, aby przedstawić królowej. Gdy to zrobiła, nagle zrobiło się wokół nas pusto. Pani prezydentowa gdzieś poszła, a nikt z gości chyba nie miał śmiałości, aby podejść do królowej. Królowa zapytała mnie co robię. Bardzo ożywiła się, gdy wspomniałem, że dwóch moich wujków służyło w RAF-ie. Zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie.

Książę Karol też?

Jak najbardziej. Potrafi on być i autoironiczny i dowcipny i zatroskany światem.

Jak żona i dzieci znoszą pana pracę i pasję?

Starłem się nie robić niczego kosztem rodziny. Myślę, że udawało mi się to zawsze godzić ze sobą, ale o to trzeba byłoby zapytać moją żonę i córkę.

Skoro jesteśmy przy żonie. Ponoć miłość wybuchła od razu i szybko się pan oświadczył?

Tak, zgadza się, na pierwszej randce. To było zdumiewające. Spędziliśmy jeden wieczór razem, spacerowaliśmy po Poznaniu, a potem podczas kolacji zaplanowaliśmy całe nasze życie i postanowiliśmy być na zawsze razem.

Jest pan romantykiem?

No chyba tak (śmiech).

Podobno jest pan także mistrzem zaparzania kawy i nieźle pan gotuje.

A ja myślałem, że odwrotnie (śmiech). Lubię gotować i lubię miłe towarzystwo.

A z czego jest pan najbardziej zadowolony w swoim życiu?

Z żony.

To piękna odpowiedź. Pracuje pan non stop. Kiedy był pan na wakacjach?

No to jest właśnie największy problem. Jako człowiek wychowany w Sopocie nie mam najmniejszej potrzeby podróżowania gdziekolwiek. Cały rok czekało się na sezon, a gdy przychodził, to po co miało się wyjeżdżać? No bo gdzie będzie lepiej niż w Sopocie? Nigdzie. Poza tym w ciągu roku tyle podróżuję służbowo, że idea wyjazdu wakacyjnego jest mi odległa. W domu jednak tylko nasza kotka Gnacik jest tego samego zdania co ja.

50
11/2014

Niewielu jest ludzi, którzy z takim uporem i cierpliwością, a jednocześnie nie tracąc humoru spełniają swoje marzenia ku zaskoczeniu niedowiarków.