Michał Szlaga

Artysta fotografik, który na swoim koncie ma współpracę z takimi tytułami, jak „Przekrój”, „Twój Styl”,  „Newsweek ”, czy „MaleMEN”. Laureat wielu nagród, z których dwie ostatnie dotyczą wydanego w  zeszłym roku albumu „ Stocznia. Szlaga”, traktującego o destrukcji gdańskiej stoczni i stoczniowych terenów. Michał Szlaga jest również uważnym obserwatorem codziennej i nie zawsze szarej rzeczywistości - dokumentując Polskę pozostawia istotne świadectwo swoich czasów i przede wszystkim pokazuje, że poza światem blichtru, jest ten nasz codzienny, wcale nie gorszy, tylko trzeba mu się uważnie przyjrzeć.

Twoje ostanie sukcesy: nagroda Splendor Gedanensis oraz Pomorska Nagroda Artystyczna to właściwie kolejne wyróżnienia w twoim dorobku. Te nagrody dotyczą albumu „Stocznia” wydanego w zeszłym roku.  Ten dokument destrukcji dzielnicy miasta jest uwieńczeniem etapu fotografowania niszczejącej stoczni? 

To nie jest tak. Po pierwsze książka to jedynie wycinek materiału, jaki zrealizowałem. Przez pierwszy okres fotografowania w latach 1999 - 2003 robiłem po prostu piękne pejzaże. Później pojawił się wątek technologii i ludzi w technologii, zaczęły się również portrety i zbieranie historii. Jak w latach 2003 i 2004 roku myślałem o tym jak będzie wyglądała książka o Stoczni Gdańskiej, to zasadniczo zakładałem, że głównym motywem będą wspomniani ludzie i technologia. To co zrobiłem właściwie zupełnie nie pokazuje tych historii ludzkich. Ludzie zupełnie zostali z tej książki usunięci i nie pojawia się również wątek Solidarności. 

Dlaczego pominąłeś tak ważny wątek?

Manewr został zrobiony po to, aby pokazać, że stocznia to nie jest tylko ostatnich 30-40 lat budowania Solidarności. Starałem się wypełnić tę lukę przed początkiem 1970 roku. Wszelkie inicjatywy, które się tutaj pojawiają – obrony tego dziedzictwa i jego zabezpieczenia typu Europejskie Centrum Solidarności są bardzo konkretnie związane z tym zrywem niepodległościowym, z powstaniem Solidarności, ze strajkami itd. Uznałem, że to dziedzictwo Solidarności jest na tym etapie zabezpieczone. Nie chciałem być kolejną osobą, która uczestniczy w tej narracji i zrobiłem coś innego, mianowicie badanie zabytkoznawcze. Starałem się rozwiązać sam parę zagadek, odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego to dziedzictwo nie jest chronione. 

Znalazłeś odpowiedź?

Po przejrzeniu wielu materiałów doszedłem do wniosku, że  nic nie zostało udokumentowane. Skoro nikt nigdy tego nie zrobił i nikt nie uznał, że to jest ważne, to nie objęła tego ochrona na etapie tworzenia planu zagospodarowania. Z tak uchwalonym prawem można było przystąpić do burzenia tej wyjątkowej przestrzeni. Niestety paradoksalnie cały czas z hasłami na ustach typu „Solidarność” i „dziedzictwo”. Starałem się tą książkę zrobić specjalnie tak, aby w pełni się wypowiedzieć na temat wartości tego miejsca. Ta książka jest trochę takim żartem - z pozoru jest pięknie wydana, w środku zawiera wiele fotografii np. porozrzucanych kamieni czy burzących coś koparek. Teraz robię sobie urlop od spraw stoczniowych, ale w planie mam jeszcze dwie książki o niej.

Jesteś tyko dokumentalistą, czy po części tworzysz tę swoją rzeczywistość?

Wiesz, mi się wydaje że nie ma czegoś takiego jak obiektywizm w fotografii. Jest zawsze subiektywna historia. Świadome posługiwanie się fotografią polega na tym, że zabierasz głos układając materiał w pewien sposób i pokazując go w konkretnym kontekście i opatrując lub nie komentarzem.

Jesteś obecnie jednym z niewielu fotografów portretujących Polskę. Jak to się zaczęło?

Po pierwsze mały wstęp przed odpowiedzią. Polska powstaje z podróży. Kończę uczelnię artystyczną, jest 2008 rok, działam na stoczni, moje artystyczne, zawodowe życie kręci się wokół niej, co zajmuje mi mnóstwo czasu. Staram się zarabiać na życie jak paru innych wykształconych fotografów mojego pokolenia. Wszyscy pracujemy w prasie lub reklamie. Zacząłem dobrze zarabiać, ale po tylu latach pracy poczułem się tym strasznie zmęczony i doszedłem do wniosku, że to jest bez sensu. Dopiero jak pojawił się magazyn „MaleMEN” poczułem, że zacząłem fotografować tak jakbym chciał. Wracając do pytania - spędzając wiele czasu w środkach komunikacji publicznej, zacząłem fotografować w trasie. Noszę aparat zawsze w kieszeni. Cały profesjonalny sprzęt jest bagażniku, zamrożony na sytuację sesji, więc musiałem znaleźć narzędzie, które pozwoli mi sprawnie wszystko fotografować. Wróciłem do małego, analogowego aparatu fotograficznego mju Olympus. Używam wciąż tego samego negatywu, co skutkuje tym, że powstające fotografie są bardzo spójne. Ma bardzo przyjemny i nieinwazyjny dla oka charakter. Cała ta moja „Polska” właściwie nie wygląda jak fotografie, ale tak jakbyś ją właśnie zobaczyła. To jest właśnie kwestia użytej technologii. Nie narzuca się ona swoją fotograficznością. Ja z tym aparatem jestem praktycznie niewidoczny. Mało kto potrafi mnie rozszyfrować, co pozwoliło mi przejść się przez festyny ludowe, plaże, fotografować w podróży, czy w restauracji i pozostać praktycznie niewidzialnym. Robię te zdjęcia z marszu: z okna, z pojazdu, którym się poruszam. Chodzę i zbieram rzeczy np. napis na ścianie, jakiś przedmiot lub pejzaż. Wiem, ze później na etapie edycji świetnie się ułoży z jakimś innym elementem.

A jak ty widzisz Polskę, jaka ona jest?

Niesamowite jest to jak porównujesz te starsze i nowe fotografie i widzisz jak już na przestrzeni kilku lat zmieniła się rzeczywistość wokół. Z jednej strony widać przeskok: zmieniają się fryzury, zmienia się moda, ale ludzie,  myślę, że się nie zmieniają. Człowiek w tym materiale jest ponadczasowy i nie istnieje coś takiego jak człowiek XXI wieku. Np. mężczyzna stojący z browarkiem i patrzący się na rzekę to stała postać, która będzie aktualna również w 2025 roku. 

Wspomniałeś, że rozgraniczasz pracę komercyjną i tą robioną z potrzeby serca. Czy były w twojej pracy dla prasy jakieś miłe zaskoczenia?

Dzięki prasie komercyjnej często spotykam osoby, z którymi inaczej nie miałbym okazji współpracować, a dzięki temu, że wyrobiłem sobie już konkretną markę i mam w sobie pewnego rodzaju nieustępliwość, mogę sobie pozwolić na więcej. Na przykład, wszystko jest ustawione, masz ekipę i wiele osób na planie, ale pojawia się osoba, którą masz fotografować i zdajesz sobie sprawę, że można by z tego znacznie wiele więcej wyciągnąć, ale byłaby potrzeba znacznie większej ilości czasu. Tak powstała sesja dla MaleMEN’a z Karoliną Gruszką. Po pierwszym kontakcie zaproponowałem swoją wizję. Miałem pomysł, na zrealizowanie którego była potrzebna doba oraz transport na Bagna Biebrzańskie. Ona w to weszła. Powstały  z tego super fotografie. Z kolei z Kazikiem Staszewskim wybrałem się w trzydniową trasę zastrzegając, że jestem z nim jak on je, śpi, czyta i jak wieczorem leci flaszka, to ja też jestem z nim. Powstał fajny materiał. I to jest zwrot w kierunku takiej rzetelnej pracy fotoreporterskiej, która przestała być uprawiana w Polsce, bo jest po prostu nieopłacalna.

A jaka jest różnica między fotografowaniem naturszczyków, osób nieprzyzwyczajonych do błysku flesza, a postaci z pierwszych stron gazet?

Naturszczycy przede wszystkim na to zasługują i często są bardzo inspirujący. Te najciekawsze rzeczy są po stronie osób nieznanych: twarze, zjawiska społeczne. Z różnego powodu pojawia się ochota żeby kogoś sportretować. Strasznie ciężko było by mi zrobić teraz autorski materiał ze sławnymi aktorami, czy z piosenkarzami. To by było tak , że nikt nie przyglądałby się tej mojej robocie tylko gwieździe A, B i C. Materiał byłby pewnie wątpliwy artystycznie, bo wszyscy odebrali by to jako chęć „jechania” na nazwisku gwiazdy.

A twoja aktualna praca? Nad czym obecnie pracujesz?

Wymiksowałem się z prasy kobiecej, więc realizacje tego typu występują u mnie rzadziej. Odkryłem jedną fajną rzecz, że robiąc 7, 8 sesji w miesiącu masz więcej pieniędzy, ale także więcej problemów z tym związanych, więc od jakiegoś czasu uprawiam minimalizm. Pracuję tyle ile muszę. Teraz to jest kwestia uczciwego dzielenia czasu między pracę autorską, którą mam nadzieję również sprzedać i na zajęcia komercyjne. Od jakiegoś czasu pracuję dla Wojsk Specjalnych. Od sierpnia ubiegłego roku fotografuję jednostkę komandosów z Lublińca i właściwie jest to świetny przykład pracy zawodowej połączonej z realizacją projektu autorskiego.

Jesteś chyba ulubieńcem polskich artystów. Podjąłeś się współpracy z Pawłem Althamerem i Piotrem Uklańskim. Jak myślisz, co ich do ciebie ciągnie? 

Różne rzeczy. Piotr potrzebował po prostu dobrego fotografa, który mu zrealizuje jego wizję. Nie jest on łatwym współpracownikiem, w związku z czym pojawiły się konflikty, głownie na tle odmiennych wizji na zdjęcia. Wybrał mnie jednak z jakiegoś powodu. Paweł jest zupełnie inny. W przeciwieństwie do Piotra idzie na żywioł i zasadniczo wychodzi z założenia, że będzie dobrze. Jest cholernie otwarty i tutaj jestem w stanie się wyżyć  artystycznie. Projekt Koziołek Matołek, którego robiłem dla niego w Brazylii to była totalna amatorka i coś czego się nie spodziewałem. Efekt był wyśmienity. Kończąc, Piotr ceni profesjonalizm, a Pawłowi jest wszystko jedno, po prostu się lubimy.

Jesteś dobrym psychologiem? Wypracowałeś sobie metody do pracy z ludźmi, umiesz zapanować nad emocjami na planie?

Ja generalnie wiem czego chcę. Ograniczam ilość ludzi na planie do minimum. Nie powiem jak Marcin Tyszka „ jesteś piękna, teraz spójrz w bok”. Nie potrafiłbym tak pracować. Czasami w trakcie sesji widzę, że fotografowana osoba ma jakiś problem ze mną, z tą sytuacją i czasami warto jest przerwać i zapytać o co chodzi. Często muszę wytłumaczyć, że dużo się kręcę i bełkoczę coś pod nosem, ale koniec końców będzie dobrze. Wiem jak się robi fotografię i jestem w stanie wyczuć, czy ludziom jest z tym fajnie, czy nie. 

A Polańskiemu było fajnie?

Na Polańskiego miałem 5 minut i to jest też taka moja „sława”, że jak jest czas, to go wykorzystam, a jak go nie ma, to też przyniosę co trzeba. Po tej sesji byłem bardzo zadowolony mimo, że opinia osoby, która ustawiała nam tą sesję, była dokładnie odwrotna. Cała sytuacja była mocno napięta, czas gonił. Po wykonanej pracy poprosiłem asystenta żeby zrobił mi zdjęcie z panem Romanem i wtedy wywiązała się dyskusja w windzie, właściwie w drzwiach. Okazało się, że "straciliśmy" kolejne 5 minut na rozmowę. Przytaczam ten przykład, ponieważ wspomniana scena jest dowodem na to, że atmosfera wytwarzana wokół znanych osób nie ma nic wspólnego z rzeczywistością i tak naprawdę zawsze mamy do czynienia z człowiekiem, takim jak każdy inny. Jak udaje mi się przebić przez tą barierę, nawiązuję kontakt i widzę zainteresowanie z drugiej strony, a w tym wypadku również czas, którego pierwotnie nie mieliśmy, to czerpię z tego największą przyjemność.

Masz jakieś plany na najbliższą przyszłość?

Zaczynam portretować mężczyzn, charakternych dresiarzy, łobuzów. Trochę filmuję. Będzie kilka niespodzianek. Wróciłem także do pejzażu, od którego właściwie zaczynałem dwadzieścia pięć lat temu fotografowanie. W październiku otwieram miesięczną wystawę w Berlinie organizowaną przez Instytut Polski i Gdański IKM . A jak wspomniałem o powrotach, wróciłem również na ASP. Ukończyłem studia licencjackie w 2003 roku, u nas nigdy nie było fotografii magisterskiej. Dostałem propozycję wykładania na ASP, a że mam problem z wykształceniem, to postanowiłem ukończyć studia. Realizuję to w trybie indywidualnym, ale traktuję to jako wyzwanie i staram się sumiennie odrabiać lekcje (śmiech).

44
05/2014

Autorka ponadczasowych tekstów. Osobowość sceniczna i osobowość tak po prostu.