Wyspa skarbów

Co takiego może być ciekawego na wyspie o powierzchni mniejszej niż Gdańsk? Wszystko! W jednym z najmniejszych krajów świata, pod bezchmurnym niebem, wśród gorących fal morza, można spędzić niezwykle ekscytujący czas. Bo Malta uwodzi swoją śródziemnomorską atmosferą, czarując włoskim urokiem, angielską elegancją i arabską egzotyką. 

Rozpoczynanie opowieści o kraju od statystyk, wydaje się nie na miejscu, ale w tym wypadku zacząć tak warto. Gdańsk zajmuje niemal 262 km2, a Malta 246 km2. Licząc łącznie trzy zamieszkałe wyspy: Maltę, Gozo i Comino, zyskuje na metrażu, osiągając w sumie 316 km2. Niewiele, ale jednak dużo. Na tyle dużo, że nawet po spędzeniu tu miesiąca, ciągle jestem zdania, że nie poznałam tej wyspy do końca. Jest też i zaleta kompaktowego państwa. Odległości są tu na tyle małe, że bez problemu wszędzie da się dojechać w niecałą godzinę. Bo nudzić się tu nie będziemy. Jak na tak mały kraj, Malta ma całkiem sporo do zaoferowania. Uzależnia sportowców, imprezowiczów, archeologów, miłośników architektury i przede wszystkim nurków.

WŚRÓD ZIELENI I BŁĘKITU

Energetyzujące słońce wprawia w wyśmienity nastrój, odpędzając smutki w dal. Skąpa roślinność kojarzy się bardziej z pustynnymi pejzażami północnej Afryki, niż z leżącą znacznie bliżej Italią. Jednak skaliste wybrzeże i surowe krajobrazy nie odstraszają. Wręcz przeciwnie, stanowią wspaniały kontrast dla wszechobecnej wody otaczającej wyspę, którą najprzyjemniej ogląda się z łódki lub statku wycieczkowego płynącego wzdłuż wybrzeża. Zresztą żółte, pomarańczowe, czerwone łódki dghajsa są nieodłącznie wpisane w portowy pejzaż. Oczy Ozyrysa wyrzeźbione na ich dziobach mają przynosić szczęście.

Woda u brzegów wyspy mieni się wszystkimi kolorami zieleni i błękitu. To idealne miejsca na pierwszą przygodę z windsurfingiem czy snorkellingiem. Widoczność sięga aż 30 metrów. Dodajmy jeszcze, że pod wodę można schodzić przez cały rok, również nocą. A jest tu co oglądać. Pod taflą wody kryją się jaskinie, groty i wraki statków, choćby brytyjskiego niszczyciela z II wojny światowej – HMS Maori. Jednak kto chce pływać wyłącznie dla relaksu, powinien wypocząć w krystalicznie czystych wodach Błękitnej Laguny, między wyspami Comino i Cominotto. Nie można pominąć też Gozo, z jej zapierającym dech w piersiach Lazurowym Oknem. Osobom o bardziej wysublimowanych gustach sportowych polecić można pola golfowe i ośrodki jazdy konnej.

Z CZERWONĄ BUDKĄ W TLE

Maltańczycy są przede wszystkim otwarci, bezpośredni, bardzo chętni do nawiązywania kontaktów i niesienia wszelkiej pomocy. Otwartość ludzi, ich łatwość w nawiązywaniu kontaktu z obcymi, to jedna z najbardziej ujmujących lokalnych cech. Z mieszkańcami wyspy łatwo nawiązać kontakt również dlatego, że język angielski jest drugim, prócz maltańskiego, językiem oficjalnym na wyspie. Jak to możliwe? 

To jedna z pozostałości po 160-letniej obecności Anglików. Podobnie jak lewostronny ruch i żółto – pomarańczowe autobusy, które jakimś cudem wciąż przemierzają miejscowe wyboiste drogi. Co jeszcze pozostawili po sobie Anglicy. Będziecie zaskoczeni. Są tu charakterystyczne czerwone skrzynki pocztowe i budki telefoniczne. Okupacja brytyjska trwała na Malcie aż do 1964 roku. Od tego czasu wyspa jest niepodległa.

WŚRÓD PINII I PISTACJI

Będąc tu można odnieść wrażenie, że archipelag pięciu wysp, z których trzy są zamieszkane, to wielkie muzeum pod gołym niebem. Wśród drzew pinii i pistacji kryje się jeden wielki zabytek. Nie ma się co dziwić, zawieruchami maltańskiej historii można by obdzielić pół Europy. Podobnie jak w przypadku innych wysp na Morzy Śródziemnym, i Maltę od zawsze wyrywały sobie z rąk potężne imperia. To sprawiło, że w ciągu siedmiu tysiącleci na niewielkiej przestrzeni mieszały się różne kultury i cywilizacje, m.in. fenicka, arabska, rzymska, francuska, brytyjska. Niemal każdy tutejszy zakątek pełen jest kontrastów i tajemnic. Dobrze jest się zgubić w tych zaułkach, choćby w stolicy niewielkiego europejskiego państwa, które zachowało w sobie urok prowincjonalnego śródziemnomorskiego miasteczka. 

Vallettę założył w 1566 roku Jeana de la Vallette, wielki mistrz zakonu kawalerów św. Jana z Jerozolimy, czyli joannitów, którzy przybyli tu w 1530 roku. Kawalerowie maltańscy, jak zwykło się ich nazywać, ze skalistej, nieurodzajnej wyspy dość szybko uczynili perełkę, obiekt zazdrości wielu władców. Budowali twierdze, porty, miasta, zakładali szpitale, a nawet sprowadzali artystów, choćby Caravaggia. Dzięki nim dziś wśród krętych i wąskich uliczek, okraszonych starymi pałacami, kościołami i domami, wyraźnie odczuwa się majestat historii. 

SPUŚCIZNA PO ZAKONIE

Zakonowi Malta zawdzięcza wiele, choćby najpiękniejszy na wyspie kościół, uznawany też za jeden z najpiękniejszych w Europie. Katedra św. Jana w Valletcie powstała między 1573 a 1578 rokiem. Wciąż zachwyca przepychem zdobień. Każdy fragment jej powierzchni jest misternie pokryty złoceniami i malowidłami. Wśród cennych zabytków są tu też krypty 12 wielkich mistrzów.

Szukając na wyspie miejsc oryginalnych, koniecznie trzeba odwiedzić Manoel Theatre, jeden z najstarszych teatrów w Europie, zbudowany w 1731 roku przez portugalskiego wielkiego mistrza Manoela de Vilhena. Dziś Valletta to prawdziwy barokowy skarb, otoczony pierścieniem murów obronnych i fortyfikacji, jednak kto szuka pozostałości dawniejszych czasów, powinien wybrać się poza stolicę i zobaczyć pochodzące z okresu 2500-3600 lat p.n.e. świątynie w Tarxien pod Vallettą. W 1914 roku przypadkiem odkrył je miejscowy rolnik. Wzniesione z wielkich kamieni bez użycia zaprawy, są tysiąc lat starsze od egipskich piramid i kamiennych kręgów w angielskim Stonehenge.

ŚRÓDZIEMNOMORSKIE HOLLYWOOD

Niemniej ciekawa jest Mdina, dawna stolica Malty, nazywana Milczącym Miastem. Zbudowana przez Rzymian przyciąga katedrą św. Pawła i potężnymi fortyfikacjami. Od wieków mieszka tu kilka najstarszych rodzin maltańskich arystokratów. Natomiast centrum turystyczne Malty stanowi Sliema, modna i nowoczesna miejscowość wypoczynkowa. Dokładniej mówiąc, to ekskluzywny kurort z eleganckimi willami wzdłuż nadmorskiej promenady. I choć sama nazwa oznacza "spokój", o ciszę tu raczej trudno. 

Jest tu też coś dla wielbicieli filmów, którzy przy okazji chcą aktywnie wypocząć. Nie bez przyczyny przecież wyspa przez wiele osób zwana jest śródziemnomorskim Hollywood. Wiele tu miejsc, w których turyści odkrywają, gdzie powstawały lub właśnie powstają ich ulubione filmowe lub telewizyjne dzieła. Wyspa ma naprawdę bogate portfolio. Dość wspomnieć, że właśnie tu były kręcone: Gladiator, Troja, Aleksander, Monachium, Midnight Express, Hrabia Monte Christo… Plany i miejsca, w których te i inne filmy nakręcono można obejrzeć wybierając się na specjalnie zorganizowaną wycieczkę lub penetrując zakamarki wyspy na własną rękę. 

COŚ NA DESER

Z Malty warto też przywieźć smaki – oryginalne i niepowtarzalne. To prawdziwy raj dla wielbicieli owoców morza i grillowanych ryb. Za miejscowe specjały miejscowi uważają ser owczy, suszone pomidory, oliwki, bakłażany nadziewane mięsem czy ravjul – pierożki z serem  ricotta. Lokalna kuchnia ma też wiele wpływów z pobliskich Włoch – niemal wszędzie dostaniemy doskonałe makarony i pizze. Po brytyjskiej kolonii pozostały angielskie śniadania i klasyczne fish and chips. Do tego wino. Tu nawet domowe Syrah czy Merlot smakuje wybornie. A na deser, do małej kawy, wręcz obowiązkowo likier z opuncji.

Urok maltańskich zakamarków łatwiej dostrzec, gdy nie są zatłoczone, jednak nie łudźmy się, że lato spędzimy tu podziwiając otoczenie, snując się leniwie po pustych ulicach. Jeden z najmniejszych krajów świata jest naprawdę bardzo gęsto zaludniony, do tego wszędzie pełno turystów. O wytchnienie z pewnością łatwiej tu wiosną lub jesienią. 

Wieczory za to należą do najbardziej rozrywkowej dzielnicy, czyli Paceville w St Julians. To właśnie tu w miejscowych barach i klubach, tańcząc i śpiewając karaoke, turyści i miejscowi spędzają czas do białego rana, bo Paceville nigdy nie śpi. O każdej porze roku kuszą najmodniejsze kluby – Coconut Grove, Empire i Axis – dyskoteka na trzech poziomach, mieszcząca aż 3 tysiące spragnionych zabawy.