Ze świata przemycam energię

Poważny ekonomista i przedsiębiorca, czy szalony podróżnik? Jedno nie wyklucza drugiego, a najlepszym tego dowodem jest Zbigniew Tyszko - firmy spedycyjnej Tirsped oraz hotelu Młyn Klekotki Resort & Spa na Mazurach. Mi opowiedział o pasji, którą łączy z pracą i poszukiwaniu swojego miejsca na świecie. 

To jak to jest? Poważny ekonomista, czy szalony podróżnik – który z nich jest panu bliższy?

Od dziecka marzyłem, by robić to, co będzie łączyło się z podróżami. I udało się! Na co dzień zajmuję się spedycją morską, co stale wiąże się z wyjazdami służbowymi. Zazwyczaj jednak sama praca zajmuje mi jeden dzień, zaś pozostały czas mogę przeznaczyć na zwiedzanie. W podróży „ładuję akumulatory”. Dlatego też zazwyczaj robię to samotnie. Wówczas taki wyjazd stanowi dla mnie kwintesencję odpoczynku. Już wchodząc na lotnisko, czuję wypełniającą mnie energię. I tak podróżuję przeszło 20 lat... 

Które miejsce na świecie najbardziej pana zachwyciło? Dokąd wraca pan najczęściej?

Jeśli tylko mam taką możliwość, najchętniej wracam do Indonezji. To archipelag składający się z kilkudziesięciu tysięcy wysp, z których każda jest zupełnie inna, ze swoim specyficznym klimatem, muzyką, jedzeniem i zwyczajami. Całość daje niezliczone możliwości odbywania ciekawych podróży. Ostatnio jednak zachwycił mnie najbardziej Kamerun, o którym mówi się, że jest „Afryką w pigułce”. Byłem naprawdę pod wrażeniem różnorodności ludzi, którzy tam mieszkają. To różne plemiona, mówiące różnymi językami i chociażby tańczące w odmienny sposób. Zachwyca mnie także południowa część Nigerii i przyjazne nastawienie jej mieszkańców. Podoba mi się też dzikość, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, terenów na południe od Sahary. Poza tym pustynny klimat północnej części Afryki bardziej mi odpowiada. Chyba nie ma takiego miejsca na świecie, do którego z chęcią bym nie powrócił. 

Mówił pan o tym, że podróżuje samotnie. Czy jest jakaś recepta na udany wyjazd w pojedynkę?

Chyba każdy musi wypracować swój własny sposób. Najważniejsze jest jednak to, by w każdej podróży, niezależnie od tego, czy po okolicy, czy do sąsiedniego kraju, czy na drugi koniec świata – mieć duszę odkrywcy i chęć poznania, także siebie. Po prostu trzeba być otwartym. Ja nauczyłem się też bycia elastycznym. Nie sporządzam dokładnych planów. Wręcz przeciwnie. Wybieram jakieś miejsce, kraj i o szczegółach myślę w samolocie, a nawet dopiero w hotelu. Lubię po prostu poddawać się rytmowi dnia i danego miejsca. Czasami, jedząc śniadanie, nie wiem, co mnie czeka za godzinę lub dwie. To też jest fantastyczne i pozwala właśnie na chwilę zatrzymać się w tym pędzie. Poza tym mam ze sobą zazwyczaj iPoda ze 160 GB różnych gatunków muzyki - od jazzu, przez etnojazz, muzykę klasyczną, aż do popularnych przebojów. Wszystko w zależności od nastroju. Teraz staram się już za to nie brać ze sobą tylu książek, bo zdarzało mi się przesadzić z ich ciężarem. Czytam zarówno dobre powieści, jak i kryminały, czy reportaże. W samotnych eskapadach pomaga mi także niewątpliwie to, że mam kontakty do agentów spedycyjnych w 130 krajach na wiecie. To bardzo pomocne, gdyż zawsze się ich radzę się i korzystam z ich rekomendacji, co daje mi poczucie bezpieczeństwa. Dzięki temu mam spokój ducha. Nie raz zdarzało mi się dzwonić do nich po pomoc, bo wpadłem w jakieś tarapaty. Ten komfort jest niezwykle ważny. 

Po takich wojażach chętnie wraca się do miejsca - oazy, które daje ciszę, spokój i ukojenie. Czy to dlatego stworzył pan takie miejsce jak Młyn Klekotki?

Zakup tego obiektu, a właściwie ruiny młyna wodnego w środku doliny rzeki Wąskiej, w dziewiczej części Mazur był bardzo spontaniczny, a już na pewno nie myślałem wówczas, że powstanie tu hotel. Zauroczyła mnie przede wszystkim tutejsza dzika przyroda. Podejrzewałem, że całość nie może wiele kosztować, bo odbył się już trzeci przetarg i nadal nikt nie chciał tego kupić. Pomyślałem sobie – w takim razie ja zainwestuję i odbuduję młyn! To była połowa lat 90. Wówczas już od 7 lat prowadziłem własną firmę i byłem bardzo zapracowany. Potrzebowałem więc portu, miejsca, do którego będę mógł przyjechać na 2-3 dni i maksymalnie wypocząć. Zarówno wtedy, jak i dziś najlepiej odpoczywam z dala od dużych aglomeracji, w środku pięknej natury, tam, gdzie jest dusza i pozytywna energia. Postanowiłem stworzyć takie miejsce, w którym każdy detal cieszy, nic nie powoduje dyskomfortu, a w do tego podawane jest smaczne jedzenie, a karta win jest długa. Wtedy takich „oaz” nie było. Pomyślałem więc, że urządzę takie zacisze dla siebie. Jeśli znajdzie się ktoś, kto będzie lubił podobny sposób odpoczynku, to już w ogóle będzie cudownie. W tym kierunku przeprowadziłem rozmowy z architektami i ludźmi, którzy pomogli mi realizować moje założenia. Sporo znajomych mówiło, że hotel musi mieć korty tenisowe i minigolfa, a ja nie chciałem z tego miejsca zrobić parku rozrywki, nie tak to sobie wymyśliłem. Kolejnym etapem była rozbudowa. Zaczynaliśmy od dwóch budynków, teraz cała Zagroda Młyńska liczy sobie pięć obiektów, łącznie z nowoczesnym Sento Spa. Klekotki stały się cząstką mnie samego. Goście mówią, że czują tu wyjątkową energię i, że właśnie tu doskonale „ładuje się akumulatory”. 

Co przywiózł pan ze świata i przeniósł do Klekotek? 

To tak naprawdę dziesiątki drobiazgów i pomysłów na urządzanie pokoi. Są one zaaranżowane w różnych stylach, jak np. apartament kolonialny, chiński, indonezyjski, czy w stylu art deco lub secesyjnym. Nie brakuje też tematycznych fascynacji europejskich. Za to Sento SPA przepełnione jest motywami dalekowschodnimi, jak rzeźby, kwiaty, czy maski. Młyn stanowi kumulację tego, co przywiozłem z podróży i odnosi się to nie tylko do przedmiotów, ale także do potraw, alkoholu, muzyki i ogólnej atmosfery. 

Czy jest jakiś hotel na świecie, który pana zachwycił?

Myślę, że hotel w dżungli na Bali. Miałem poczucie, że nocuję w dziczy, a tak naprawdę było to luksusowe miejsce. Całość jest tak zaprojektowana, by gość czuł się cały czas jak w prawdziwej dżungli. Lubię taki klimat.

Jakie są pana plany podróżnicze na najbliższy czas?

Ostatnio zafascynowany jestem Afryką. Być może dlatego, że jeszcze jest przeze mnie najmniej odkryta. Już myślę o drugiej podróży do Kamerunu, ale najpierw wybieram się do Angoli i na Madagaskar. Nieustannie szukam na świecie dobrej energii, którą potem przemycam do Polski.