Drugie życie Błotniaka

-

prestiz

Najpierw zrekonstruował miniaturową łódź podwodną. Teraz chce zrobić coś, czego jeszcze nikt załogowym pojazdem podwodnym nie dokonał. Przepłynąć kilometr pod grubą warstwą lodu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że autorem i wykonawcą pomysłów nie jest wojskowy inżynier, ale… fryzjer. I pasjonat. Mariusz Szymański.

To był tajny projekt realizowany w ramach Układu Warszawskiego. W latach 70. ubiegłego wieku, pod kierownictwem profesora Władysława Wojnowskiego, w  Instytucie Konstrukcji i  Napędu Okrętów odbywały się prace nad miniaturową łodzią podwodną. Budowanej maszynie nadany został kryptonim „Błotniak”. Pojazd przeszedł kilkanaście prób, ale ostatecznie nie zdecydowano się go wdrożyć do jednostki o charakterze rozpoznawczo-dywersyjnym „Formoza”.

„Błotniak” trafił na śmietnik historii i leżał tam przez 30 lat. Do czasu aż jego pordzewiałymi resztkami zainteresował się cywil – ani wojskowy specjalista od broni podwodnej, ani inżynier. Mariusz Szymański, bo o  nim mowa, na co dzień pracował jako fryzjer, strzygł głównie żołnierzy. Dlatego kiedy zrekonstruował „Błotniaka”, wielu nie mogło w to uwierzyć. A niektórzy nadal w to nie wierzą.

Pierwsza przygoda Mariusza Szymańskiego z „Błotniakiem” rozpoczęła się, gdy jako kilkuletni chłopiec na terenie gdyńskiej Marynarki Wojennej bawił się w jednym z kadłubów tej łodzi. Przypomniał sobie o niej jako dorosły mężczyzna. I postanowił podjąć się rekonstrukcji, chociaż nie miał ku temu praktycznie żadnych kwalifikacji.

– Kiedy zacząłem koło tego chodzić, ludzie pukali się w  czoło – opowiada Mariusz Szymański. – Mówili: „Człowieku, zapomnij! To jest nie do wyciągnięcia!”. Jednak ktoś miał na tyle dobrą wolę, że udostępnił mi szczątki „Błotniaka” przeznaczone do zniszczenia i leżące na śmietniku.

Pierwsze oględziny i od razu zwątpienie – chyba nie ma szans, aby ten pojazd kiedykolwiek pływał. W środku stała woda, wszystkie części pourywane, zbiorniki powyginane, powyrywane, owiewki popękane.

– Najpierw pomyślałem, że pokleję go tylko, pomaluję i będzie sobie stał na podwórku. Ale przyglądałem mu się codziennie, aż w końcu stwierdziłem: taka piękna konstrukcja, szkoda by było. Zacząłem więc zbierać części. Niektóre kupowałem na złomie. Po pewnym czasie pokazałem moim znajomym zdjęcia z prac nad „Błotniakiem”. I  tu był szok. Wielu myślało, że ja go tylko odremontuję, postawię w ogródku i na tym moja przygoda się zakończy – wspomina fryzjer.

Wiedza z salonu

Kokpity i różnego rodzaju urządzenia kombinował sam, kupował na Allegro, w Agencji Mienia Wojskowego. Jedna z  firm zrobiła mu zawory, tablice, reduktory, oznaczenia, wszystko ze stali nierdzewnej, wycinane laserem. Nad wrakiem pracował miesiącami. W przydomowym garażu metodą prób i błędów dochodził do kolejnych etapów posuwających prace naprzód. Kontaktował się z dawnymi konstruktorami pojazdu. To oni udostępnili mu dokumentację „Błotniaka” i wspierali w pracach nad jego konstrukcją. Trochę pomagali koledzy.

– Część wiedzy, którą pozyskałem, posiadam od klientów mojego zakładu fryzjerskiego – opowiada Szymański. – To może śmiesznie i niewiarygodnie brzmi, ale u fryzjera jest jak u barmana. Tyle że barman wódkę nalewa. A u mnie jest tak, że strzygę klienta i z nim rozmawiam. Ale nie od razu. Najpierw go oswajam. Kiedy zajmowałem się militariami i czegoś nie wiedziałem, to pytałem gościa na fotelu: „panie komandorze, co to może być?”. I tą drogą dochodziłem do tego, co to jest, do czego służy i jak można to ugryźć.

W końcu ciężka praca w garażu przyniosła oczekiwany efekt. „Błotniak”, wyczyszczony z całej niepotrzebnej aparatury, pozytywnie przeszedł pierwsze próby.

– Sprawiłem, że ta zapomniana konstrukcja Marynarki Wojennej ponownie ujrzała światło dzienne – mówi Szymański. – Wielu osobom było to nie w  smak. Dla wielu osób zajmuję się rzeczami, którymi jako fryzjer nie powinienem się zajmować. Często też spotykam się z  pytaniami, dlaczego to ja mam „Błotniaka”. Dlaczego zrobiłem go ja, nie sto tysięcy innych osób. Najwyraźniej nikt nie miał takiego samozaparcia jak ja. Paradoksalnie pomogło mi też to, że jestem osobą cywilną. W wojsku byłoby mi trudniej zrobić pewne rzeczy ze względu na zależności wojskowe.

Konstruktorzy przedobrzyli

Dlaczego fryzjerowi udało się to, czemu nie podołali pracujący trzydzieści lat temu ludzie?

– Sprawa czasami jest prosta – komentuje komandor Józef Rembisz, założyciel specjalnej jednostki Formoza. – Czułem, że w tym pojeździe Mariusz zrobi wszystko, nie będzie spał, nie będzie jadł, ale doprowadzi go do użytku. I nie pomyliłem się. To ogromny hobbysta, widziałem w nim siebie sprzed lat. Poprawił rzeczy niekoniecznie skomplikowane. Tylko kiedyś robili je inżynierowie nigdy niepracujący pod wodą i zapominali, że są tak inne niż na powierzchni warunki. W  tym pojeździe nie trzeba było nic komplikować, a konstruktorzy przedobrzyli, chcieli, żeby był nowoczesny.

Na pytanie, czy teraz, po zmianach przeprowadzonych przez Szymańskiego, wdrożyłby pojazd do jednostki, odpowiada zdecydowanie: – Tak. Z hydrolokatorem ostrzegającym o przeszkodzie. Musiałbym jednak sam być w tym pojeździe pod wodą, żeby ostatecznie go sprawdzić.

Edward Raj, starszy chorąży sztabowy rezerwy i były instruktor w Formozie, potwierdza zdanie Rembisza. – W obecnym „Błotniaku” wszystkie zbędne elementy i rtęć zostały usunięte – mówi. – Mariusz zrobił zwykłe sterowanie ręczne, takie, jak my kiedyś chcieliśmy. Ten pojazd to jest tylko wspomnienie historii. Nie ma dziś najmniejszego sensu dyskutować na jego temat, bo to już nie ta generacja. Obecnie to zabawka, która zachowuje coś, co miało miejsce, a nie zostało nigdy wykorzystane. Gdyby 20 lat temu pojazd był w takim stanie jak teraz, miałby większe szanse na praktyczne użycie do celów bojowych.

Być może dobrze się stało, że „Błotniak” trafił w prywatne ręce.

– Inaczej nikt by o nim nie usłyszał, nikt by się nie kwapił, żeby go uruchomić – komentuje Raj. – A dziś pływa i jest pokazywany. Dzięki pasjonatom pokazuje się rzeczy, które kiedyś miały swój epizod w wojskowej myśli technicznej.

Teraz pod lód

Jakie są plany Szymańskiego na najbliższy okres? Czym nas jeszcze chce zaskoczyć? Po „Błotniaku” zbudował jeszcze włoską torpedę załogową. A teraz szykuje się do przepłynięcia z  Rewy do Jastarni trasą „Marszu śledzia”. Być może jeszcze w  tym roku uruchomi kursy operatora bojowego pojazdu podwodnego. Następnie przez przepłynięcie „Błotniakiem” pod lodem planuje ustanowienie rekordu do księgi Guinnessa.

– Nikt jeszcze nigdy tego nie dokonał załogowym pojazdem podwodnym – mówi „Fryzjer”. – Gdybym wiedział wcześniej, że będą takie mrozy, przepłynąłbym jeszcze w tym roku. Spróbuję to zrobić następnej zimy. Myślę o Jeziorze Bieszkowickim, ono bardzo fajnie zamarza, robi się tam bardzo gruby lód.

Pojazd pod warstwę lodu miałby dostać się przez wycięty przerębel, przepłynąć jezioro, po czym tą samą trasą wrócić.

– Całość nagrywana będzie pod wodą przez kamery – opowiada „Fryzjer”. – To bardzo niebezpieczna akcja, ale chcę pokazać, że tym pojazdem można zrobić wiele.

Znając upór i konsekwencję Mariusza Szymańskiego, można się spodziewać, że wkrótce usłyszymy o jego kolejnym wyczynie.

Izabela Małkowska

„Błotniak” opracowany został ok. 1978 r. w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej w  Gdyni.

Dane wersji finalnej:
- kadłub z laminatu z laminowanymi elementami metalowymi,
- dwie przeciwbieżne śruby w dyszy Korta,
- silnik elektryczny z wirującym stojanem opracowany w WAT napędzający bezpośrednio śruby.
Wyposażenie:
- oświetlenie: dwa reflektory zamykające rury z akumulatorami,
- dwie butle sprężonego powietrza za siedzeniem,
- sonar aktywny i pasywny,
- automatyczne trymowanie i  utrzymywanie zadanej głębokości.
Osiągi wg założeń spełnionych przez prototyp z 1979 r.
Prędkość:
- ekonomiczna: 3,5 węzła,
- maksymalna: 5 węzłów.
Zasięg:
- 50 Mm.