Tapinder Sharma Sukces ma smak curry

Tapinder Sharma do Polski przyjechał z Delhi 18 lat temu, jak to zwykle bywa – za wielką miłością. Nigdy nie jadł mięsa, a wegetariańskie dania dostępne w naszym kraju, zaczęły mu się po prostu nudzić. Tęsknił też za rodzimymi smakami. Postanowił więc otworzyć własną restaurację. Plan trochę szalony, bo z gastronomią nie miał wcześniej nic wspólnego, ale jak się okazało w tym szaleństwie jest metoda. Dzisiaj pod doskonale znaną nazwą Ganesh działa już 9 restauracji indyjskich, jedna z nich w Kowalach koło Gdańska. Tam też spotkałam się z Tapinderem, który z niezwykłą wnikliwością i zmysłem obserwacji opowiedział mi o Polsce, Polakach, Indiach i Hindusach oczywiście, a także o tym... jak ważne są dla niego znaki zodiaku!

Jak tu jasno! Nie wiem, czy powinno mnie to dziwić, ale w zasadzie restauracje indyjskie kojarzą mi się z półmrokiem, blaskiem świec, mnóstwem mebli, bibelotów i kolorowych tkanin na ścianach.

To prawda. Większość orientalnych restauracji w naszym kraju jest do siebie podobnych. Przy czym mi zależało, by przenieść tu klimat i mentalność mojego rodzinnego miasta – Delhi. Zależy mi, by panowała tu tamtejsza klasa. Dlatego tak dbam o stylizację. 

A to tylko wstęp do doskonałej kuchni. W menu widzę kurczaka marynowanego w jogurtowej paście z imbiru, czosnku i mięty, baraninę w sosie curry z ryżem basmati, czy chałwę z marchewki…

W naszej kuchni ważne jest to, że nie oszukujemy. Nie korzystamy z żadnych polepszaczy, czy nawet z kuchenek mikrofalowych. Dla nas ważne są składniki, które muszą być świeże i dobrej jakości. Przykładem jest chociażby to, że mleko kupujemy w mleczarni i to z niego przyrządzamy nasz serek indyjski, bo nie jest on dostępny w Polsce. Liczy się produkt początkowy, żeby efekt końcowy był jak najlepszy.

Świetnie powiedziane! Ale zacznijmy może od początku. Przyjechał pan z kraju, którego kultura jest tak różna od naszej, chyba nie łatwo było się tu odnaleźć? 

O dziwo tych różnic jest mniej, niż mogłoby się wydawać. Moją przyszłą żonę poznałem w Delhi, do którego przyjechała jako studentka indologii na stypendium. Po powrocie do Warszawy zaczęła chorować i lekarz powiedział, że musimy zdecydować, czy zamieszkamy na stałe w Indiach, czy tutaj, bo organizm musi się przyzwyczaić i ustabilizować. Wybraliśmy Polskę, a ja wkrótce do niej dołączyłem. Przyjechałem z kilkoma groszami i 2. tygodniową wizą w kieszeni. Oczywiście przeszkodą był też język, co nieraz prowadziło do całkiem zabawnych sytuacji. Pamiętam na przykład, jak raz idąc z kolegą przez miasto natknąłem się na znak „Uwaga piesi”. Stanąłem więc i czekam. Mija czerwone światło, mija zielone, a ja nadal stoję. W końcu zaintrygowany kolega pyta mnie, dlaczego nie idziemy. Odpowiedziałem więc, zgodnie z prawdą, że czekam aż w końcu te psy przejdą… A wracając do pani pytania – owszem, nie było łatwo się odnaleźć, ale miłość do żony pomagała przetrwać.

Ja dalej będę jednak szukać tych różnic. Co różni Polki od Hindusek?

Tutaj znowu panią zawiodę, bo tak naprawdę te różnice nie są wcale tak spektakularne. Polki są bardzo czułe wobec dzieci i lojalne w stosunku do męża. Podobnie jest w Indiach. Nie uznajemy rozwodów. Wspomnę jednak o weselu, bo to hinduskie wygląda troszkę inaczej. W Indiach wesele jest bardziej huczne, bo zaprasza się też sąsiadów z całej ulicy, na której się mieszka. Zaproszonych jest więc z reguły od 500 do 1000 gości, w zależności od tego, na jakiej ulicy się mieszka. No i zdecydowanie większą wagę przywiązujemy do dopasowania w zależności od znaku zodiaku.

Pracownicy też dobierani są zgodnie z horoskopem? 

Dokładnie tak! 

Ale ja żartowałam…  

Ja również (śmiech). Oczywiście nie jest tak, że w trakcie rekrutacji pracowników patrzymy na ich znaki zodiaku… Choć coś w tym jest, że np. ja jako Waga najlepiej dogaduję się z Wodnikami.

Oj, a ja jestem spod znaku Bliźniąt.

Trudny charakter. Nigdy nie mówią, co im leży na sercu i udają, że wszystko jest ok. Mają silną osobowość i trudno im się dopasować z drugą osobą charakterologicznie.

Coś w tym chyba jest. Mówił pan o dopasowaniu, więc z żoną, ale też z jej ojczyzną wydaje się, że dopasował się pan wręcz idealnie.  

Jesteśmy z żoną razem od 19 lat. Mamy dwójkę dzieci i jest nam po prostu dobrze. W Polsce mieszkam już 18 lat. To teraz mój kraj. Polska dała mi nie tylko karierę zawodową, ale też wszystko to, co w życiu najważniejsze. Dla mnie to duże osiągnięcie, że dokonałem tyle rzeczy w kraju, do którego przyjechałem jako 24. latek, bez niczego. Mieszkałem na Pradze Północ. To taki trochę polski Brooklyn, ale to tam właśnie najwięcej się nauczyłem i jestem z tego dumny. Paradoksalnie, choć wówczas było mi trudno, to tak naprawdę z perspektywy czasu było mi łatwiej. Nikt nie mówił wtedy w innym języku niż polski, nie miałem więc wyboru – musiałem nauczyć się polskiego. Poza tym nie miałem wygórowanych oczekiwań. Gdy człowiek jest biedny i głodny, to stara się bardziej. Zarabianie jest łatwiejsze, gdy niczego się nie ma. 

Co zmieniło się według pana w naszym kraju przez te ostatnie 18 lat? 

Kiedy tu przyjechałem ludzie byli otwarci i sympatyczni. Teraz życie stało się szybkie i nierzadko panuje tzw. cwaniactwo i bezczelność. Czasem mam wrażenie, że im bardziej jest ktoś bezczelny, tym bardziej staje się „modny” i tym wyżej zajdzie. Nie jestem Polakiem, choć mam polskie obywatelstwo. Nie mówię też doskonale po polsku, jednak, gdy z kimś rozmawiam, staram się mówić jak najlepiej, gramatycznie, w sposób literacki, i tak, by inni dobrze mnie rozumieli. Przywiązywanie wagi do sposobu mowy też niestety w Polsce zanika. Zmieniła się też sytuacja ekonomiczna i polityczna. Dla mnie prawdziwą legendą był Lech Wałęsa. Miał charyzmę i odwagę, by doprowadzić do wolności, którą Polacy cenili przez pierwsze cztery lata. Boli mnie więc to, gdy rodacy nie szanują tego człowieka. W Indiach w czasie tych 18 lat także wiele się zmieniło. Moja ojczyzna goni Zachód, jednak w bardzo chaotyczny sposób, przez co jest u nas jeszcze gorzej, nie ma praktycznie żadnych zasad. Życie w Delhi staje się jeszcze szybsze niż w Nowym Jorku, a ludzie przez 24 godziny na dobę szukają adrenaliny, pieniędzy i kariery. W Polsce wspaniałe jest to, że na szczęście nadal jest czas na sen i rodzinę.

Wspomniał pan o Lechu Wałęsie. Jak w Indiach traktuje się bohaterów narodowych?

Przede wszystkim z ogromnym szacunkiem. Bez względu na to, czy dana osoba jeszcze żyje czy już nie, traktujemy kogoś takiego jak bohatera. Tacy ludzie są w końcu dumą danego kraju i właśnie w ten sposób powinni być przez rodaków traktowani.

Wróćmy do biznesu. Skąd pomysł na indyjską restaurację, a nawet całą ich sieć w Polsce? 

Nigdy nie miałem nic wspólnego z gastronomią. Na początku pracowałem dosłownie wszędzie, jak to zwykle bywa po przyjeździe do obcego kraju. Skończyło się na tym, że zajmowałem się tekstyliami i otworzyłem swoją firmę. W 2006 roku pojawił się pierwszy pomysł na otwarcie swojej restauracji.  Nie jem mięsa od urodzenia i brakowało mi miejsca, gdzie mógłbym zjeść coś smacznego. Kiedy założyłem pierwszą restaurację, to choć nie przynosiła początkowo wielkich zysków,  podobało mi się, że tak wielu ludzi spotykam na swojej drodze. Uwielbiam kontakt z innymi. Chcę też zrobić coś, aby ludzie poznawali i w jak najlepszy sposób kojarzyli mój kraj i jego kulturę. Mój tata był biednym człowiekiem, ale zawsze żył zgodnie z zasadami, które jasno określał. Wszyscy go znali, lubili i szanowali. Ja chciałbym być taki sam. Moi rodzice już nie żyją. Ich wspólne zdjęcie wisi w każdej mojej restauracji. To oni się tym wszystkim opiekują. 

Dla pana ojca ważne były zasady. Jakimi zasadami zatem kieruje się pan? Zarówno w życiu, jak i w biznesie?

Staram się zawsze postępować podobnie jak mój ojciec, który był dla mnie ogromnym autorytetem. Najważniejsza jest więc dla mnie uczciwość, ciężka praca oraz to, by nie wzbogacać się kosztem drugiego człowieka. Zawsze mam również szacunek do drugiego człowieka, bez względu na jego status materialny. Istotna jest dla mnie również wiara w Boga, bo cokolwiek by się nie działo na Ziemi, to i tak ostatecznie los człowieka jest zawsze w Jego rękach – niezależnie od wyznawanej wiary.

Prowadzenie sieci restauracji to zapewne bardzo absorbujące zajęcie. Czy zatem znajduje pan czas na pasje, realizacje marzeń? Jakie to są pasje i jakie ma pan marzenia?

Moją największą pasją jest praca i to właśnie jej poświęcam większość czasu. W wolnych chwilach lubię wyjechać gdzieś z rodziną i zwiedzać nieznane mi miejsca na świecie. Lubię przypatrywać się ludziom, ich twarzom i zachowaniom. Pasjonuje mnie drugi człowiek.

Marzenie? W zasadzie mam chyba tylko jedno… Chciałbym przez całe życie postępować tak, żeby ludzie, z którymi mam do czynienia, zapamiętali mnie jako dobrego człowieka.

Skoro już mówimy o jedzeniu, to jakie dania polskiej kuchni smakują panu najbardziej? 

W Polskiej kuchni uwielbiam wszystko, a przede wszystkim zupy, sałatki no i oczywiście chleb. Na całym świecie takiego nie ma! Ale jeść lubię tylko w domu. Polskie restauracje niestety rzadko kiedy podają takie prawdziwie tradycyjne dania. 

Myślę, że chyba najważniejsze są produkty. Na szczęście to się zmienia i coraz więcej miejsc przywiązuje ogromną wagę do tego, by wszystko było świeże i dobrej jakości. Klienci też stają się co raz bardziej wymagający. 

To praca przede wszystkim nad świadomością. Ganesh jest popularny, bo nie oszukujemy, wszystko jest przyrządzane zgodnie z tradycją. Nie dostosowujemy swoich potraw pod gusta Europejczyków, jak ma to miejsce w przypadku wielu innych restauracji. W ten sposób dania, które w Indiach podaje się na ostro, nagle w menu mają swoje łagodne odpowiedniki i na odwrót. Tak nie może być! Zadziwiają mnie także restauracje indyjskie w Polsce, które podają wieprzowinę i wołowinę. Przecież jestem Hindusem, pracują u mnie Hindusi, my nie możemy dotykać mięsa wołowego, bo krowy są święte. Nie można u nas również zjeść wieprzowiny, co z kolei ma związek z tym, że w Indiach mieszka dużo muzułmanów, dla których jest to mięso „brudne”. Chcemy być więc w zgodzie z różnymi religiami wyznawanymi w moim ojczystym kraju. W naszym menu mamy kurczaka, jagnięcinę, baraninę i dania wegetariańskie oraz to, z czego kuchnia indyjska słynie - całą gamę oryginalnych indyjskich przypraw, jak masala, kardamon, imbir, kurkuma, cynamon, kmin, chili, gorczyca, kolendra i wiele innych, mniej znanych, ale nadających potrawom niezapomniany smak. Wszystko jest tradycyjnie przyprawione, bo sposób dodawania przypraw mamy niemalże wyssany z mlekiem matki.

- A czy kuchnia polska i indyjska mają jakieś cechy wspólne?

- Jeśli chodzi o smaki to tych podobieństw jest niedużo. Pamiętam jednak, że po przyjeździe do Polski zaskoczyło mnie to, że nie było praktycznie zwyczaju jadania na mieście. Ludzie gotowali w domu, w domu jedli i do domu zapraszali na obiad, czy kolację znajomych. W Indiach było podobnie. Z czasem jednak wszystko zaczęło się zmieniać, jadanie w restauracjach stało się modne, potrzebne i przede wszystkim wygodne. Kolejne podobieństwo to wspólne spożywanie posiłków. W Indiach jadamy razem - czy to śniadanie, czy obiad. Hindusi wierzą, że gdy razem jedzą, to jedzą lepiej i więcej oraz dobrze trawią.

Muszę zapytać o coś, co nurtuje mnie od początku naszej rozmowy. Widzę, że ma pan na palcu złoty pierścionek. Czy on coś symbolizuje?

To szafir. W 2002 roku sporo chorowałem. Spotkałem się z pewnym Hindusem, który poradził mi, że ten kamień może mi pomóc. I rzeczywiście, odkąd go noszę, lepiej mi się wiedzie, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Ważne jest to, by kamień od wewnętrznej strony stykał się ze skórą, tylko wtedy może na nas oddziaływać. 

Zwróciłam też uwagę na wystrój i szklanki. Widzę,  że logotyp i nazwa są dopracowane w każdym szczególe. Skąd pomysł na nadanie restauracji imienia hinduskiego boga słodyczy i szczęścia?

„Sz” jest sylabą charakterystyczną dla języka polskiego, stąd nazwa wydała mi się dość łatwa do zapamiętania przez Polaków. Udało mi się ją zresztą opatentować, choć w Indiach troszkę się z tego naśmiewano, ale wytłumaczyłem, że aby wszystko było zgodne z prawem, nazwa musi być zarejestrowana. Jestem jednak bogobojny, dlatego też nazwa „Ganesh” nie pojawia się na szklankach do alkoholu, na menu z drinkami, na serwetkach czy na ziemi, a więc w tych miejscach, które nie byłyby godne boskiego wizerunku.

Widzę, że pielęgnowanie więzi emocjonalnej, kulturowej i duchowej z krajem, z którego pan pochodzi jest dla  pana bardzo ważne...

Oczywiście, że tak! Myślę, że każdy człowiek, który opuszcza swój kraj, pozostaje emocjonalnie związany z ojczyzną i bardziej ją wtedy docenia.

To pielęgnowanie tradycji Hindusi mają chyba we krwi i w mentalności? Jest to godne uznania, i tym się różnicie od Polaków, szczególnie młodych, którzy na emigracji często odcinają się od Polski, polskości...

Myślę, że to jest akurat kwestia zupełnie indywidualna i dotyczy bardziej naszych uczuć, tego co mamy w sobie. Jeśli ktoś na zewnątrz pokazuje, jak bardzo odcina się od swojego kraju, to jestem pewien, że ktoś taki tak naprawdę wewnątrz tęskni za swoją ojczyzną.

Do życia w Polsce już się pan przyzwyczaił, a czy jest coś, co pana zaskoczyło w Trójmieście?

Na pewno ludzie, niezwykle mili i gościnni. Nie wiem na czym to polega, ale tak ciepłych i pomocnych ludzi jak tutaj, nie spotkałem chyba nigdzie indziej. Dobrze się tu czuję, bo bardzo blisko jest do morza, które mnie wewnętrznie uspokaja i wycisza. 

37
10/2013

Tapinder Sharma do Polski przyjechał z Delhi 18 lat temu, jak to zwykle bywa – za wielką miłością.