Iwona Guzowska Żelazna Dama

Gdy zaczyna mówić o ciuchach i butach, wyraźnie się rozpromienia, zaznaczając, że największą uwagę skupia nie na markach znanych fanom mody, a na... strojach sportowych. Świetnie gotuje, interesuje się fotografią, a w jej domu na ścianie wiszą namalowane przez nią obrazy. O Iwonie Guzowskiej znów zaczyna być głośno. Znów za sprawą sportu. Wielokrotna mistrzyni świata i Europy w boksie i kick-boxingu, a obecnie posłanka Platformy Obywatelskiej, ostatnio ukończyła mordercze zawody Ironman i podpisała kontrakt z Federacją KSW na walki w formule MMA.

Czy to prawda, że potrafisz biegać na 13. centymetrowych obcasach?

Potrafię i jak trzeba gdzieś podbiec, to podbiegam. Nie robię tego jednak bez przerwy, bo to zwyczajnie grozi kontuzją. Zresztą wszędzie staram się docierać odpowiednio wcześnie, bez pośpiechu.

Ale po sejmie trzeba czasami pobiegać.

To prawda. Zdarzają się przebieżki po sejmowych korytarzach i schodach. Ale nie narzekam. Po wielogodzinnych posiedzeniach komisji to mi naprawdę dobrze robi.

Biegasz teraz po sejmowych korytarzach, ale tak naprawdę ze sportem nigdy się nie rozstałaś. Podobno nawet urywasz się z sejmu, by móc ćwiczyć. Chodziło o przygotowania do triathlonowych mistrzostw Europy Ironman?

To fakt, że przez ostatnie półtora roku ćwiczyłam intensywnie do zawodów Ironman we Frankfurcie nad Menem, jednak nigdy z tego powodu nie zaniedbywałam swoich obowiązków zawodowych. To bzdura, którą wymyślił jeden z brukowców.

Ironman to nie lada wyczyn - 3,8 km pływania, 180 km jazdy rowerem i 42 km biegu. 

Pierwszy raz o triathlonie usłyszałam jakieś siedemnaście lat temu. Pomyślałam sobie wtedy, że to musi być czadowy sport. Marzyłam, żeby spróbować, jednak nie wierzyłam, że mi się uda. Nie potrafiłam pływać kraulem, co jest niezbędne, by oszczędzać nogi do biegania i przejechania trasy rowerem. Jednak moje życie jest dowodem na to, że marzenia się spełniają i to niejednokrotnie. 28 kwietnia ubiegłego roku zaczęłam intensywne treningi pod okiem Marcina Florka. Wkręciłam się w ten sport bez reszty.

Wiele osób mówi, że triatlon to nie sport, a styl życia.

Rzeczywiście tak jest. Oczywiście dla kogoś, kto zaczyna uprawiać triathlon, celem stają się zawody Ironman. 

We Frankfurcie na zawodach wystąpiłaś jako jedyna Polka, prawda?

Tak się stało zapewne z kilku powodów. Po pierwsze bardzo trudno zapisać się na te zawody. Jest wielu chętnych i dość szybko jest zamykana lista zawodników. Kolejnym problemem jest kalendarz startowy, który należy dopasować do innych wydarzeń, w których bierze się udział. Trzeba też ponieść spore koszty. Ale warto, bo to impreza na najwyższym poziomie. Uczestniczenie w niej było dla mnie wielkim zaszczytem.

W kim miałaś oparcie?

W Wojtku, moim synu. Pojechał ze mną on i Marta, jego dziewczyna. Wiele emocji towarzyszyło temu wyjazdowi - i wzruszenie, i strach. W tym wszystkim ich obecność była dla mnie bezcenna. Cudownie się czułam, gdy widziałam ich na trasie biegowej, albo kiedy bardzo chciałam napić się kawy i oni mi ją przygotowali. Ktoś najważniejszy dla mnie na świecie czekał na mnie na mecie - tego uczucia nie da się opisać. 

„Posłanka PO Iwona Guzowska będzie walczyć w MMA” - grzmiały ostatnio media. Rozszyfrujmy ten tajemniczy skrót.

Z angielskiego to Mixed Martial Arts, a mówiąc bardziej zrozumiale, to mieszane sztuki walki. Znów byłam długo namawiana na wzięcie udziału w tego typu zawodach. W sumie ostateczny głos miał mój syn, który bardzo chciał, żebym startowała. Dałam się więc przekonać.

Rozważałaś za i przeciw tej decyzji? Na przykład, czy wypada się bić politykowi?

Politykiem się bywa, obecnie to jest moja praca, jednak wchodząc do parlamentu byłam bokserem. Można więc zadać sobie pytanie - czy bokserowi wypada być parlamentarzystą? W tej sytuacji nie wiem właściwie, czemu mój start w MMA miałby uwłaczać. Bo jeśli wypada mi startować w triathlonie, to dlaczego nie miałabym brać udziału w innych przedsięwzięciach? 

A co na do koledzy z sejmu?

Nie wiem. Nikt mi nic nie powiedział, a nawet jeśli sobie pomyślał, to może nie miał odwagi mi tego przekazać. Z drugiej jednak strony nie mogę brać do siebie wszelkich opinii. Tu chodzi o moje życie, a ja nie robię niczego złego. 

Tak naprawdę skąd ten pomysł? Żeby dorobić sobie do poselskiej pensji? Podobno najbardziej znani zawodnicy MMA w Polsce zgarniają za walkę nawet 350 tys. zł. Jest się o co bić.

Nie można być hipokrytą, przecież charytatywnie nie wchodzę do ringu. Choć tak naprawdę zarobek to rzecz wtórna.

Chodzi więc o to, żeby przetrwać?

Absolutnie nie. Chodzi o to, żeby wygrać. Przetrwanie mnie nie interesuje.

Można powiedzieć, że gdybyś nie zainteresowała się sportem, nie byłoby na świecie Wojtka. Jak to jest być młodą mamą?

Rzeczywiście można tak powiedzieć. Nie lubię wracać do tamtego czasu, bo nie było mi łatwo. Miałam osiemnaście lat. Byłam przerażona i zagubiona. Pewnie nie byłam taką mamą, jaką mogłabym być dzisiaj. Na szczęście mi, samotnej mamie, w tamtym czasie bardzo pomogli rodzice. No i przede wszystkim mam Wojtka, najważniejszego człowieka w moim życiu. Jego pojawienie się na świecie to najpiękniejsze, co mogło mi się zdarzyć.

Skąd się wzięła Iwona Guzowska w polityce?

Jak w wielu innych sytuacjach, i w tym przypadku dostałam taką propozycję. Wiedziałam jednak, że jeśli mam się zgodzić, to musiałabym wiedzieć, czym miałabym się zająć. Tym bardziej, że był to dla mnie świat kompletnie obcy. Pochodzę z domu solidarnościowego, więc odkąd skończyłam osiemnaście lat, chodziłam na wybory i miałam poczucie obywatelskiego obowiązku, jednak polityka tak do końca nie była mi bliska. Pomyślałam sobie, że jeśli mam wejść w ten świat, to chciałabym zajmować się sprawami społecznymi. Nie było jednak ryzyka, że wejdę do parlamentu. Zajmowałam dwudzieste ósme miejsce na liście. Nie wykorzystałam nawet limitu pięciu tysięcy złotych na kampanię wyborczą. Na nic nie liczyłam, więc kiedy podczas jednego z treningów zadzwonił do mnie telefon z gratulacjami i informacją, że dostałam się do sejmu, niemal spadłam z bieżni. 

Co w tej pracy jest najcięższe?

Myślę, że czasami przebicie się z własnymi pomysłami. Nie zawsze wszystkim jest po drodze.

W tematyce społecznej, którą się zajęłaś, coś cię zaskoczyło?

Raczej nic. No może nonszalancja, z jaką ustala się prawo, które potem decyduje o życiu konkretnych ludzi. Mam na myśli rodziny zastępcze, czy adopcyjne. 

Mówisz dzieciom, że zostałaś adoptowana?

Jeżdżenie do domów dziecka uważam za pewnego rodzaju misję. Rozmawiając z dziećmi mówię im: „to że tu jesteście, nie dyskwalifikuje was w niczym, świat należy do was”. To działa. Te dzieci są fantastyczne, bez względu na wiek. Nawet nastolatki potrafią się rozbeczeć i przytulić. Na początku zwykle jest dystans, coś na zasadzie „przyjechała jakaś baba, która boksowała, ale co ona może wiedzieć o życiu”. Zwykle proszę wychowawców, żeby wyszli i wtedy rozmawiam z dzieciakami. Kiedy opowiadam, że sama byłam adoptowana, otwierają oczy ze zdziwienia. Nabierają zaufania. Te spotkania są niezwykłe.

O tym, że zostałaś adoptowana dowiedziałaś się od dzieci na podwórku?

Tak. Miałam pięć lat, kiedy w niewybredny sposób poinformowały mnie o tym szczere do bólu dzieciaki. Przybiegłam zasmarkana i spłakana do mamy, która wzięła mnie na kolana i przyznała, że to prawda. Myślę, że zrobiła najmądrzejszą rzecz, jaką w tej sytuacji mogła zrobić. Później, kiedy byłam nastolatką, pytałam ją o różne rzeczy. Zawsze była ze mną szczera. Powiedziała mi po latach, że zawsze się bała, że ktoś mnie jej ukradnie i że będę chciała odnaleźć biologiczną rodzinę. Ja jednak nie miałam takiej potrzeby. Miałam rodzinę i innej nie potrzebowałam. 

Mimo, że dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych?

Tato zabierał mnie na wrotki, na rower, na narty, wycieczki po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. To on zaszczepił we mnie sport. Zawsze byłam jego oczkiem w głowie. Z drugiej strony przez swoją chorobę alkoholową bardzo nas krzywdził. Głośno o tym mówię, bo wiem, że mnóstwo ludzi zmaga się z tym problemem, a ich najbliżsi noszą w sobie wielkie brzemię. Mają poczucie wstydu i winy. A przecież tak jak ja nie byłam winna temu, że ojciec pił, tak samo nie jest winą innych, że mają w rodzinie alkoholika. Dlatego głośno mówię, że jest to choroba, z którą trzeba walczyć. Nie wolno się jej poddawać.

Na jakie największe szaleństwo pozwala sobie dorosła Iwona Guzowska?

Wydaje mi się, że wszystko co robię jest szalone, więc szaleństwo stało się normą. No może prawdziwym szaleństwem był skok Tandem Backflip, czyli salto w tył na motorze crossowym w Ergo Arenie. To bardzo niebezpieczna ewolucja i dziś śmiało mogę sklasyfikować ją w kategorii szaleństwa. Najprawdopodobniej w Europie, o ile nie na świecie, jestem jedyną kobietą, która to zrobiła. Poza tym zarobiłam dzięki temu skokowi pieniądze dla dzieciaków.

A słabości się pojawiają? Buty?

Buty kupuję, kiedy mi się zniszczą te, w których chodzę. Owszem, lubię ładne buty, ale ile ich można mieć? Poza tym lubię perfumy. Co do prawdziwych słabości... moją największą jest sprzęt sportowy. Wojtek mówi, że jak wchodzę do sklepu sportowego, to świat przestaje dla mnie istnieć. Buty do biegania, ciuchy do biegania, buty na rower, okulary na rower, albo rower… to zwraca moją uwagę.

W kolejnych wyborach będziesz startowała do parlamentu?

Nie. Przynajmniej dziś w ten sposób odpowiadam na to pytanie. 

Co po polityce?

Mam bardzo konkretne plany, ale na razie o nich nie chcę mówić. Zdradzę tylko tyle, że w dużej mierze będzie to związane ze sportem, i w jakimś stopniu z polityką społeczną.

Jeszcze a propos polityki społecznej. Często angażujesz się w różnego rodzaju akcje, przedsięwzięcia charytatywne. 

To prawda, wynika to z potrzeby serca i z głębokiego przeświadczenia, że to ma sens. Osoby publiczne mają większą moc przekazu i jeśli sprawa jest słuszna, to chętnie się angażuję. Ostatnio wzięłam udział w akcji „Pięściarze bokserom i nie tylko”. To kampania społeczna mająca zwrócić uwagę na niehumanitarne traktowanie psów. Zwieńczeniem akcji ma być wydanie kalendarza ze zdjęciami, na których znakomici polscy pięściarze znajdą się w scenach obrazujących tragiczny los psów. Oprócz mnie udział w akcji biorą m.in. Darek Michalczewski, Izu Ugonoh, Przemek Saleta, czy Krzysztof Włodarczyk.

37
10/2013

Tapinder Sharma do Polski przyjechał z Delhi 18 lat temu, jak to zwykle bywa – za wielką miłością.