Z bytowskiej fabryki na Broadway

Pewnego dnia pewien młody chłopak z małego miasteczka, z zawodu ślusarz, zapragnął być aktorem. Niewiele brakowało, a nie zostałby nawet ślusarzem, bo w szkole czesto rzucano mu kłody pod nogi. Marzenia mają jednak wielką siłę a na przeszkodzie ich realizacji nie stanął nawet brak matury, czy dziurawe skarpety na castingu do szkoły aktorskiej. Ten ślusarz nazywa się Jerzy Jeszke i dziś jest jednym z najlepszych i najsłynniejszych aktorów musicalowych świata.

Bytów. Niewielkie miasteczko w woj. pomorskim. Z jednego końca miasta na drugi przejechać można w 15 minut. W zgodzie z przepisami ruchu drogowego. Miasto to kojarzone jest co najwyżej z turystyką kaszubską i zamkiem krzyżackim. Ale z Jerzego Jeszke mieszkańcy są dumni.

Wywiad z ikoną

Moja osobista przygoda z bohaterem tego artykułu rozpoczęła się w dość niecodzienny sposób. Na ekranie komputera, podczas połączenia wideo za pośrednictwem Skype’a, pojawiła się wielka, zbroczona krwią broda. Miałam wspaniałą i być może niepowtarzalną okazję podziwiana artysty podczas przerwy w spektaklu „Taniec wampirów” w… kostiumie wampira.

Mieszkańcy Trójmiasta mieli zaś przyjemność degustowania aktorskiej parady Jerzego Jeszke w spektaklu „Spamalot” w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Występował tam gościnnie w roli króla Artura. Udział w gdyńskiej wersji musicalu to powrót artysty do teatralnych korzeni. To tutaj, w 1976 roku rozpoczął naukę w Studium Danuty Baduszkowej. Ślusarz, co chciał być aktorem. Dodać trzeba: niezwykle zdeterminowany ślusarz. Jerzy Jeszke otwarcie opowiada, jak długą drogę przebył od tamtego czasu i ile wyrzeczeń kosztowało go spełnianie marzeń.

- Uważam, że Bytów to jedna z najpiękniejszych mieścin w Polsce – mówi Jerzy Jeszke. – To miejsce ma swoje prawa, mentalność. Za moich czasów z takiego miasteczka trudno było uciec. W tej chwili szans jest oczywiście więcej. Ale wówczas kultura oznaczała cztery ściany domu kultury. Nikt nie przygotowywał młodych ludzi do bycia twórcą. Nam się narzucało funkcjonowanie odtwórcze, odbiorcze - opowiada aktor.

Rodzice chcieli, aby miał jakiś „normalny” zawód. Stąd szkoła zawodowa. Gdyby był wzorem pilnego ucznia, to kto wie? Może byłby profesorem, filozofem. Ale - jak sam o sobie mówi - został raczej profesorem zabaw podwórkowych. Mając jakieś dwanaście lat założył muzeum. Eksponaty wynajdywał zazwyczaj w ziemi: stare guziki, pistolet, karabin, hełm, klucze. Bogactwo całe. Albo zbudował własne radio. Skąd się to brało?

Impuls, który dodał skrzydeł

- Nikt tego nikomu nie narzucał. Poszukiwałem. To, co siedzi w dziecku, kiełkuje w dorosłym. Jest trochę żalu do moich szkolnych pedagogów, bo widziano, że mam duszę małego artysty, ale nie pokierowano mnie w tę stronę. Gorzej, z powodu moich udziwnionych pomysłów, chciano mnie nawet umieścić w szkole specjalnej… - słucham tego, co mówi Jerzy Jeszke z niedowierzaniem.

Mimo nacisku rodziców na wyuczenie zawodu, nigdy nie hamowali syna w aktywnościach związanych z kulturą. A nawet go popierali w tych działaniach. Był więc Kaszubski Zespół Pieśni i Tańca, Klub Piosenki, chór. To były takie zalążki. Nagle, ni stad, ni zowąd zaproponowano mu zorganizowanie wieczoru artystycznego w liceum ekonomicznym.

- Nigdy się chyba nie dowiem, kto mnie do tego zadania polecił. Tworzę wówczas spektakl, który okazał się sukcesem, który wywołał w ludziach emocje, łzy. I chyba wówczas tak naprawdę została we mnie obudzona twórcza świadomość. Ja, Jurek Jeszke reżyseruję, piszę teksty, i to działa. Niesamowity impuls. Jak mało trzeba, by młodego człowieka dowartościować... - wspomina artysta.

Niedługo potem zrodził się pomysł na edukację w studium wokalno - aktorskim w Gdyni.

Z fabryki na casting

Proszę sobie wyobrazić wyrwanego z bytowskiej fabryki siedemnastolatka z dziurawymi skarpetami na stopach, śpiewającego przed komisją kwalifikacyjną żołnierską piosenkę w nadziei na… ciężkie życie artysty.

- Bez najmniejszego zadrgania, bojaźni, czytając przypadkowe ogłoszenie o rekrutacji do studia Baduszkowej napisałem i – zostałem zaproszony na egzamin. Mimo tego, że – o czym wspominałem w liście do szkoły – nie miałem matury. Ale chciałem, bardzo chciałem. A chcieć to móc, wszyscy to wiedzą, mało kto w to wierzy. Odpisano mi, że nie szkodzi, mam przyjechać. Byli ciekawi tego ślusarza, który nie miał poparcia, matury, był z małego miasteczka - ale miał determinację i marzenia - opowiada człowiek, który właśnie ma przerwę w spektaklu Romana Polańskiego.

Został przyjęty. Moment ten był dopiero początkiem wielkich trudności. Nie chciał prosić rodziców o pieniądze. Gdy kończyły się środki do życia imał się różnych, dorywczych prac, sypiał gdzie popadło, nie dojadał. Ale nigdy nie przyszło mu do głowy, by się poddać i wrócić.

– Spełnianie marzeń to ciężka droga i o tym zawsze przypominam. Młodzi ludzie muszą widzieć, że nie wolno im się poddać. Wszystkie następujące po sobie przeciwności trzeba przejść, one kształtują, dają siłę - dodaje artysta.

Od Baduszkowej do Polańskiego

Studio Baduszkowej ukończył z wyróżnieniem w 1980 roku. Studentem był trudnym. Nazywano go „twardym Kaszubą”. Promotorem jego dyplomu był wielki aktor Henryk Bista. Z gdyńskiego teatru, w którym występował jako solista po ukończeniu studium Baduszkowej, Jeszke – za namową swojego mistrza Józefa Muszyńskiego - trafił do Warszawy. Operetka Warszawska, dzisiejszy Teatr Roma. Bez wątpienia jest jednym z prekursorów musicali w Polsce. Jeszke rozwijał się, pojawiły się projekty z teatrami z całego kraju, po czym zaproponowano mu pracę w teatrze w Oberhausen, w którym spędził kilka lat.
Istotnym punktem w jego karierze był wygrany w 1994 r. casting do „Miss Saigon” Camerona Mackintosha, największego producenta musicali na świecie (rola Szefa). Ten sam producent zaprosił go do kolejnego, również wygranego castingu -

„Les Misérables”, czyli Nędznicy (West End w Londynie, rola Jeana Valjeana). Z innych ważniejszych postaci odgrywanych przez Jerzego Jeszke wymienić należy tytułową rolę „Upiora w Operze” (1998r., casting na Broadwayu), rola króla Duncana w musicalu „The Castle” w Norymberdze, i wreszcie spektakl Romana Polańskiego „Taniec wampirów”. Wcielił się w rolę Chagalla, wampira - karczmarza. Jeszke odgrywał Chagalla już ok. 2 tys. razy. W listopadzie br. po raz kolejny wcielił się w tę postać, tym razem podczas uroczystej gali w Berlinie z okazji 15 rocznicy spektaklu.

Doświadczenia trudnego gdyńskiego etapu przygotowały Jerzego Jeszke do walki o siebie na całe 36 lat dotychczasowej kariery, na zaczepianie losu, wsiadanie do samolotów i szukanie roli na innym kontynencie – ale i granie na ulicy. Tak – bywało, że aktor występujący na wielkich scenach w Polsce (Gdynia, Warszawa, Chorzów, Wrocław) i na świecie (Niemcy, Anglia, Austria, Stany Zjednoczone – Broadway! – Hiszpania, Włochy, Holandia, Portugalia, Turcja, Meksyk, Egipt, Czechy,  Rosja, Tunezja, Japonia…) dokonywał wyboru pracy na ulicy, gdy alternatywne, choć wygodniejsze rozwiązania nie były zgodne z jego wizją artystycznego ja.

Artystyczne katharsis

– Moje decyzje były w pełni świadome. Wynikały z przygotowania i z wychowania. Rodzice wpoili mi wrażliwość na ludzkie nieszczęście oraz ogromny szacunek do każdego człowieka. Widziałem, że tylko wybrana grupa ludzi może sobie pozwolić na smakowanie świata teatru, którego jestem częścią składową. Serce się kraje, pytasz: dlaczego? Przecież sztuka nie może być artykułem elitarnym, ekskluzywnym - opowiada z przejęciem.

Jego zdaniem, sztuka ma być ambasadorką humanizmu. Wychodzi z założenia, że jeżeli może wzruszyć moją grą kogoś wysoko postawionego, to chciałby móc to zapewnić również człowiekowi, którego na to nie stać. Dlatego właśnie podejmował decyzje o przerwaniu kariery i graniu dla bezdomnych. W pewnym sensie był to jego protest przeciw systemom, które spotykał w życiu. Nie przyjmował wówczas propozycji zawodowych, pomieszkiwał np. w samochodzie, wśród ludzi bezdomnych, i dla nich występował. Mniej więcej rok czasu. Trzy razy.

- Długo, ale tylko wówczas mogłem wśród tego cierpienia odnaleźć radość, dotrzeć do biednych ludzi i dać im namiastkę szczęścia. Było mi to potrzebne. To mnie wypełniło jako artystę. Sztuka jest moją pracą, a tę trzeba chcieć, a nie musieć wykonywać. Jak mógłbym spojrzeć w swoją twarz w lustrze, gdybym nie czuł wartości w tym, co robię? - pyta retorycznie Jerzy Jeszke.

Słowa w sercu

Ten wybitny polski artysta gra w sześciu językach obcych, wystąpił w ponad 60 premierach, wykonywał swe role m.in. przed Janem Pawłem II, Gorbaczowem, Wałęsą, z powodzeniem objeżdża glob ze swoim projektem, Broadway Live Show, będącym przekrojem największych hitów z musicali w jego interpretacji. Założył fundację Jerzy Jeszke Art Foundation, wspierającą młodych artystów. Mottem organizacji są słowa Danuty Baduszkowej skierowane do niego przed laty: Jurek, ufam, że mnie nie zawiedziesz.

- Te słowa mam w sercu każdego dnia, za każdym razem, gdy wychodzę na scenę. I one mnie prowadzą, w tym co robię. To, co ja sam czerpałem niegdyś od starszych kolegów po fachu, daję teraz młodym. Dzięki nim się nie zestarzeję. Dlaczego wszyscy mówią, że trzeba się zestarzeć? Natura, owszem, musi. Ale my, wewnętrznie, wcale nie. Dlatego od czasu do czasu spotykam się z młodzieżą, najbardziej lubię spotkania z młodzieżą teatru gdyńskiego. Oni są głodni doświadczeń. Życzyłbym im, aby nigdy nie ważyli się zwątpić we własne marzenia. Ale muszą działać z czystym sercem. To jest jedyna gwarancja sukcesu. Wydaje mi się, że po 36 latach pracy na scenie mam prawo to powiedzieć - z przekonaniem mówi Jerzy Jeszke.

2 listopada br. bohater tegoż artykułu obchodził 54 urodziny. Na emeryturę, jak twierdzi, przejdzie w wieku 150 lat.

28
12/2012

Skromny, z poczuciem humoru, dystansem do siebie i do życia, odnoszący sukcesy, na dodatek przystojny i jeszcze pięknie śpiewa - niejednej kobiecie szybciej bije serce na jego widok.