Przełamać bierność

Przedstawienie przygotowane przez Teresę Marczewską

prestiz

Gdy mijamy ludzi w koszulkach z napisem „wolontariusz”, zastanawiamy się skąd biorą czas i chęci by np. stać na mrozie i zachęcać ludzi do skromnego chociaż datku. Za darmo. Czasami jest nam wstyd, że sami nie jesteśmy zaangażowani w akcje tego typu. Wrażenie mija wraz
z miniętym wolontariuszem. Tymczasem działalność pro bono jest jednym z najbardziej prestiżowych zajęć, jakie zna społeczeństwo.

Hospicjum zmienia ludzi. – Uczy pokory i ogromnej wyrozumiałości na słabości ludzkie, również nasze własne – mówi Teresa Marczewska.

Sposób na życie

Pani Teresa, niegdyś znakomita aktorka, działa w „Fundacji Hospicyjnej” bezpośrednio pomagając przy chorych. Jak sama mówi, obecnie hospicjum im. ks. Dutkiewicza w Gdańsku to całe jej życie. W wolontariat wkłada całe serce i duszę, również tą artystyczną, ponieważ sama pisze scenariusze do przedstawień dla przebywających w hospicjum mieszkańców. – Repertuar jest różny, scenki mają dawać do myślenia – mówi Teresa. – Ma być życiowo, ale z uśmiechem – dodaje.
Wolontariat w hospicjum jest postrzegany jako jeden z najcięższych. Nie wszyscy dają radę. Trzeba być silnym psychicznie.
– Kiedy straciłam własne dziecko, zdałam sobie sprawę z tego, że jest jeszcze tyle dzieci, które potrzebują pomocy. Na początku zajmowałam się wolontariatem domowym, dziecięcym – wyjaśnia Marczewska. – Teraz zajmuję się głównie osobami starszymi. Jestem wolontariuszem medycznym, po kursie. Do moich obowiązków należy więc kąpanie, karmienie i podawanie lekarstw choremu. Jednak przede wszystkim, moim zadaniem jest towarzyszenie mu w jego najtrudniejszych chwilach, wspólna modlitwa, rozmowa. Będąc wolontariuszem trzeba umieć sobie poradzić z odejściem kogoś, kogo poznaliśmy i kim się opiekowaliśmy – dodaje.
– To prawda, że wolontariat hospicyjny jest bardzo trudny – odpowiada Sławomir Łoboda, prezes rady „Fundacji Hospicyjnej”, na co dzień radca prawny i szef działu prawnego odzieżowego potentata LPP. Jak twierdzi, istotne jest jednak, aby zrozumieć, że pomagając hospicjum mamy wiele możliwości działań. Od najtrudniejszego wolontariatu medycznego lub opiekuńczego, polegającym na bezpośrednim kontakcie z chorymi poprzez wolontariat akcyjny, czy przyjaciół, którzy swoim doświadczeniem lub pieniędzmi wspomagają działalność hospicjum.
– Moja działalność skupia się na kierowaniu działaniami „Fundacji Hospicyjnej”, która ma za zadanie edukować społeczeństwo w zakresie ruchu hospicyjnego, pozyskiwać środki dla hospicjum w Gdańsku i hospicjów w Polsce oraz wspierać i rozwijać wolontariat – mówi Sławomir.

Prawnik ratownikiem

– Początek, jak wiele rzeczy w życiu, nastąpił przypadkiem – zaczyna swoją opowieść Łoboda. Pewnego dnia dyrektor gdańskiego hospicjum, ksiądz Piotr Krakowiak poprosił go o pomoc w restrukturyzacji zadłużenia placówki. Wraz ze swoim wspólnikiem, Krzysztofem Podniesińskim z sukcesem wyprowadzili hospicjum na prostą. Wtedy też narodził się pomysł powołania „Fundacji Hospicyjnej”.
– Zdaliśmy sobie sprawę, że potrzebujemy organizacji, która mogłaby wspierać działalność hospicjum poprzez prowadzenie kampanii edukacyjnych, zmierzających do podniesienia poziomu świadomości społeczeństwa, czy też zbieranie środków finansowych na bieżącą działalność. Środki z NFZ bowiem nie wystarczają. Co roku „Fundacja” musi zebrać około miliona złotych, by działalność bilansowała się – opowiada Sławomir.
Dzisiaj „Fundacja Hospicyjna” prowadzi wiele kampanii społecznych, szkoli wolontariuszy i pomaga hospicjom w całej Polsce. Wielka w tym zasługa Sławomira Łobody i całego szeregu społeczników, którzy tak jak on, po pracy, a nawet kosztem pracy, bezinteresownie angażują się.

Uratuj kota

Wolontariat ma różne oblicze. Zdarza się, że często zapominamy o potrzebach tych najmniejszych – może dlatego, że zwierzęta nie potrafią się skarżyć. Spoglądając w ich smutne oczy można dostrzec ból i rozczarowanie człowiekiem. Obok tego bólu obojętnie nie mogła przejść Monika Paczkowska, na co dzień architekt, po godzinach wolontariuszka organizacji „Viva!”. Monika prowadzi w Trójmieście „Koci Dom Tymczasowy”.
– W moim mieszkaniu przebywa zwykle kilka kotów tzw. „tymczasów”. Jako wolontariusz daję im miejsce oraz swój czas i pracę. Karmię, sprzątam po nich, jeżdżę z nimi do weterynarza oraz po prostu spędzam z nimi czas na zabawach i głaskaniu. Tak aby do nowych domów mogły trafić w jak najlepszym stanie fizycznym oraz psychicznym. Koty oddawane do adopcji są zdrowe, odrobaczone, odpchlone, zwykle zaszczepione, wysterylizowane – mówi Monika.
Do „Domów Tymczasowych” trafiają nierzadko koty chore, zaniedbane, wylęknione. Zwykle trzeba wiele wysiłku, pracy i finansów, aby takiego kota wyprowadzić na prostą. Poza tym, wolontariusze „Kocich Domów Tymczasowych” angażują się w szukanie domów stałych dla ich podopiecznych, oraz starają się pozyskiwać środki na działalność.
– To ogromna satysfakcja i radość, gdy koty trafiają do nowych domów, sprawiają radość nowym opiekunom. Najbardziej cieszę się, gdy po adopcji dostaję listy i smsy ze zdjęciami szczęśliwych zwierząt w nowych domach – dodaje Monika.

Czas jest zawsze

Sławomir Łoboda jest doskonałym przykładem na to, że można pogodzić zaangażowanie się w pomoc innym z całą resztą spraw, którymi wielu z nas tłumaczy swoją bierność.
– Pogodzenie wszystkiego wymaga dużego zaangażowania i poświęcenia, ale przynosi ogromną satysfakcję. Wolontariat rozszerza nasze horyzonty oraz naszą wrażliwość i paradoksalnie zwiększa wydajność zawodową. Nie mam wątpliwości, że przedsiębiorcy powinni wspierać aktywność swoich pracowników i współpracowników w zakresie wolontariatu. Dzięki temu stajemy się bardziej odpowiedzialni, lepiej zorganizowani i mamy inną, nie tylko ściśle zawodową optykę świata – mówi Sławomir.
Przy dobrej organizacji wszystko jest możliwe. – Mój wolontariat jest odskocznią od życia zawodowego, a jeśli robi się coś z pasją to czas zawsze się znajdzie. Do tego mam ogromne wsparcie w rodzinie, wśród przyjaciół i osób z pracy – mówi Monika.
Zdaniem Teresy Marczewskiej, świadomość wolontariatu jest jeszcze zbyt mało rozwinięta wśród nieco starszej części społeczeństwa.
– Ludzie często chcieliby tylko z życia brać jak najwięcej – mówi Teresa. – Nasze społeczeństwo musi nauczyć się więcej z siebie dawać innym – przekonuje.

Zwalczyć stereotypy

– W społeczeństwie wciąż pokutuje pejoratywne nastawienie do osób, które umieszczają swoich bliskich w hospicjach. Niepotrzebnie – podkreśla Teresa. Tu chory ma wszystko czego potrzebuje, czyli opiekę, wsparcie, życzliwość. I przede wszystkim wizyty swoich bliskich, którzy często spędzają większość dnia z chorym. Opiekują się nim.
– Hospicjum to nie umieralnia. W każdy czwartek mamy „Dzień Jeża”, robimy mini kawiarnię, wystawiamy swoje przedstawienia, bądź gościmy występy dzieci szkolnych. Nasi mieszkańcy i ich rodziny to uwielbiają – podkreśla Teresa.
Każdy wolontariusz, niezależnie od zdobytego doświadczenia, nawiązania nowych kontaktów, często głębokich przyjaźni, otrzymuje „zapłatę” w postaci szacunku innych ludzi.
– Nie znam waluty za którą można kupić szacunek ludzi, dzięki któremu jesteśmy po prostu szczęśliwi. Mam świadomość, że to są dość patetyczne słowa ale ja sam jestem tego najlepszym przykładem – mówi Łoboda.
– Wolontariat daje mi ogromną radość – twierdzi Teresa. – Jeśli ktoś podnosi się z choroby, również z tego, gdy odchodzi w spokoju. Radość z poznania tylu wspaniałych i wartościowych ludzi. Radość z przynależenia do tej rodziny – dodaje.

Anna Kolęda

16
06/2011