Śladami Gary’ego Hella. Sternik łodzi podwodnej

Boczny Sopot

Zaczęło się w młodszej siostrze Józefa K., zwanej Spółdzielnią Literacką. Gromadzili się goście. Chcieli się napić piwa, potańczyć, poplotkować, popatrzeć na obce, ale głównie znane twarze. Bo wszyscy się tu kolegowali, byli znajomymi, albo rozpoczynali właśnie wspólne przygody i romanse. Lokal jeszcze nie był pełen, ale stojący na papierosie tłum tworzył odmienne wrażenie. Ludzie zdawali się być pochłonięci rozmową, choć regularnie zerkali na bezdomnego, który stał wpatrzony w szybę i czasem coś do niej mówił.

Miał czerwoną czapkę, ciemny płaszcz. Brakowało mu kilku zębów. Ręce trzymał w kieszeni i mówił coraz głośniej. Początkowo można było ocenić, że uwagi kieruje do kogoś w środku kawiarni. Jednak po kilku chwilach było pewne, że mówi do szklanej tafli i nikt się temu nie dziwił.

– Kto to jest? – spytałam w końcu.

– Jak to kto to jest? – powiedziała Dorota, która razem z Martą od miesiąca, w każdy czwartek, wizytowała Spółdzielnię. – To Gary – zaśmiała się, a pozostali palacze nie spieszyli z wyjaśnieniami. Smakowali sytuację.

– Gary kto? – kontynuowałam.

– Gary Hell, on zawsze tu przychodzi, wszyscy go przecież znają. – odpowiedziała i drżącą z zimna dłonią podniosła pokal do ust.

– I co on robi teraz? Rozmawia z szybą!? – starałam się dociec.

– Nie, rozmawia z bratem sobowtórem – wyjaśnił Filip, kolega, który miał spokojną twarz i nigdy nikogo nie oceniał. – W sumie nie znamy jego historii, ale wiemy, że w życiu przeszedł różne turbulencje. On jest częścią tego miejsca. Nie możemy pozwolić, by ktoś krzywo na niego patrzył, tylko dlatego, że nie pachnie ładnie.

– Ale do środka nie wchodzi? – zastanawiałam się, gdzie leży granica równego traktowania.

– Nie, my wychodzimy do niego.

Podróż za Ścianę

Na mieście ktoś nieustannie powtarzał historie o Garym. O facecie, który od dekad krąży po Sopocie. Z daleka wygląda jak kloszard, ale z bliska jest inny. Wybiera raczej markowe ciuchy, nosi fantazyjne dodatki. Zbiera drobne, ale nie pije alkoholu. Woli trzydzieści kaw dziennie, jak opowiadał mi Pan w Żabce, no i papierosy. Czerwone Winstony. Kilka paczek. Tak zaopatrzony przesiaduje w sopockich pubach i kawiarniach. Wszyscy go znają, a on czasem mruży oczy. Wraca do lasu. Mówią, że nocuje pod chmurką. Słynie też z tego, że jest ojcem chrzestnym punk rocka, polskim Iggym Popem. I że opowiada niesłychane historie, których do tej pory nikt nie sprawdził.

– Posłuchaj „Dni Wiatru” – powiedział mi najbardziej punkowy kolega z roku. – To zrozumiesz, kim może być Gary. Nie znasz najlepszego albumu zespołu Ścianka? Utwór „Piotrek” jest o Garym, a cała płyta pewnie nie powstałaby bez niego.

Ścianka pod koniec lat 90. była jednym z najmocniejszych zespołów niezależnej sceny w Polsce. Muzycy, którzy ją tworzyli, nie grali punka. Szli dalej. Ich przesterowane gitary i ciężkie riffy tworzyły nieco inteligentniejsze aranżacje. Pewnie z tego powodu niektórzy krytycy wrzucali Ściankę do jednego worka ze sceną yassową, czyli trójmiejską (a także bydgoską) odmianą jazzu. Ona jednak wymyka się kategoriom. Podobnie jak Gary Hell, który się z nią przyjaźnił.

Album Ścianki, który polecił mi kolega, zdobi niepokojąca okładka z figurą geometryczną. Wyrastają z niej kolce. Wygląda to na rysunek wykonany węglem albo miękką kredką. Krążek, wydany w 2001 roku, otwiera intro z cichutkiego basu i podmuchów wiatru. W 106 sekundzie wchodzi niski głos, który bez pośpiechu obwieszcza, że nastały Dni Wiatru: „Dni podmorskich zamieci / Kamień kruszeje w pył / Pamięć zaciera się w kamień / Schody wiodą w górę / Na szczyt wieży / Sekstans / Mapy nieistniejących światów / Za morzem / Za głosem w wodospadzie / Za okiem najsmutniejszego z kwiatów”.

Trzeci utwór z albumu jest zatytułowany „Piotrek”. Ten niby jest o Garym Hellu. Gitara wybija jeden dźwięk. W tle wtóruje mu rozedrgana melodia. Głos informuje, że to „Piotrek mówi”. I Piotrek opowiada o porze roku, w której siły natury wymiatają ulice do ostatniego ziarenka, dlatego trzeba kroczyć spokojnie. Jego zdaniem nikt nie zwraca na to uwagi, bo ludzie zawsze chodzą tylko dokądś. Nie wiedzą, co jest za miastem, co jest za ścianą. On też jeszcze nie wie, ale zbiera śrubki i sprężynki od długopisów, aby tam pojechać. Prowadzi badania, uwagi notuje w zeszycie. Chce skonstruować wyrzutnię, ale pojawia się zagrożenie. Piotrek boi się, że straci wszystkie zdobyte dane. Rozważa ucieczkę, mówi: „ciągle mam szansę uciec im za ścianę, zrolować niebo z chmurami, jak niepotrzebną mapę”.

Całej płyty słucham jednym tchem, przechodząc ze wzruszenia w grozę. Nie jestem w stanie trzeźwo myśleć. Puszczam album przez kolejne dni, żeby się z nim oswoić. Wykrzesać ze słów faktyczne wydarzenia, ułożyć w głowie pytania, ale dopiero po kilku latach spytam Maćka Cieślaka ze Ścianki kim jest „Piotrek”. Utworów odsłuchuje badaczka z Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego i zachęca do pisania. Jak zrobić pracę magisterską o Garym? Biorę dyktafon. Postanawiam najpierw poprosić go o zgodę.

“Nie chciałbyś mieć kiedyś swojego pomnika?”

Pytam go w nocy 2015 roku, gdy przechodzi ulicą Kościuszki w Sopocie.

– Nie, ja myślę o czymś całkiem poważnym – odpowiada Gary Hell.

– O czym?

– Chciałbym ci wytłumaczyć coś takiego, żeby czas i ci wszyscy ludzie dookoła nie zrobili ci złego. Rozumiesz o co chodzi?

– Ale tak zawsze będzie.

– Nie. Jak są meczety, szable, konie i kobiety nagie w chatach drewnianych; są ludzie z czapkami skórzanymi, piękne chałaty – wszystko jest wtedy fajne. Ale żebyś zapamiętała do końca życia: kobieta myśli raz. Raz jeden. Jak coś chce to będzie chciała, jak coś ma to ma, a jak coś potrzebuje to potrzebuje, a jak ma kogoś, kto coś przedstawia, to musi być rozgłos, a nie okrzyk. Musi być zatajenie, że coś ja mam i będę miała. Nie może nikt wiedzieć, co ty masz, a co ja mam. Co ja mam dla ciebie ty musisz wiedzieć i musisz wiedzieć, że zawsze ode mnie dostaniesz to, co będziesz chcieć i to, co będziesz mieć na wieki. – mówi.

– A co z Kościuszką? – właściwie od niego zaczęliśmy rozmowę.

– A Kościuszko jest taki, że wiesz – raz się myśli, raz się daje, raz się robi. A jak się zepsuje to się bierze bagnet i przebija. I ja się tego boję, bo góralki w górach mają właśnie taką myśl.

Eksperymenty w piwnicy willi

Podczas rozmowy z Garym nigdy nie można mieć pewności, czy wszystko się zrozumiało. Przepisane słowa tylko z pozoru są łatwiejsze, bo widać w nich szlaki ciągów logicznych. Problem w tym, że na papierze zmieniają charakter. Przestają przypominać opowieść, są tylko jej partyturą. Sposób formułowania myśli pozwala jednak sądzić, że Gary to mógł być „Piotrek”. W Warszawie Maciej Cieślak, lider zespołu Ścianka zaprzecza. Nawiasem wspomina bujną znajomość z Garym, kiedy ten pod koniec lat 90. zapukał do piwnicy willi na ulicy Mickiewicza w Sopocie. Powiedział wtedy: „Piękną muzykę panowie gracie, czy można wejść posłuchać?”.

Przychodził przez kolejne lata. Najpierw w roli słuchacza, potem upierdliwego gawędziarza, a na koniec „lokaja”. Cieślak zaproponował Gary’emu wejście do wspólnej układanki, w której prócz wielu godzin spędzonych w łazience i na słuchaniu, będzie też porządkował płyty i sprzątał (jedną ze scen z tamtego okresu można podejrzeć na wkładce do innego albumu Ścianki – „Pan Planeta”) Niestety eksperyment się nie powiódł. Przypieczętowała to złamana blokada od ramienia gramofonu. Drzwi przed Garym zostały zamknięte:

– Serce mi się krajało, ale dasz mu palec to urwie ci rękę – mówi Cieślak rozparty na stołku w warszawskim studiu. Żadnych twardych danych. Żadnych informacji o pochodzeniu Gary’ego, czy przeszłości. Potrzebne są archiwa, ale dostęp do nich ma tylko rodzina.

“Póki żyje, nic się o nim nie dowiesz”

– tłumaczy jeden z pracowników, chroniący dostępu do kartoteki. – Ale IPN działa inaczej – rzuca na odchodne wskazówkę i wkrótce otrzymuję teczkę Adama Ochowiaka z lat 80. Wskazuje ona na rozpoczęcie czterdzieści lat temu śledztwa w jego sprawie. Zdjęcia legitymacyjne, formularze z pożółkłego papieru. Prośba o wyjazd do Francji, do RFN, do Danii dwukrotnie. Czerwony stempel w paszporcie: „Wszystkie kraje świata”. Do lipca 1988 roku. Czyli podróżował, zwiedzał kraje Zachodu. Po co? Żadna z hipotez się nie sprawdza. Danych jest za mało, ale znamy przynajmniej datę i miejsce urodzenia. To miejscowość, w której w czasie wojny siostry szarytki uratowały od Zagłady wiele żydowskich dzieci. Wykradały je z niemieckich transportów, a nawet z warszawskiego getta. Może wśród nich byli rodzice Gary’ego? W Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie brak danych. – Mogli zmienić nazwiska – sugeruje asystentka, ale jak do tego dotrzeć? Wracam do Gary’ego:

– Urodziłeś się pod Warszawą?

– Ja się urodziłem w samolocie – obwieszcza z uśmiechem i mówi dalej.

Zanim punk zalał Jarocin

Wszedł wolno na scenę, opasany białym, pożyczonym Fenderem. Wystąpił na pewno w warszawskiej Rivierze Remont i na Ogólnopolskim Przeglądzie Zespołów Rockowych „Nowej Fali” (1980) w Kołobrzegu. Miał też brać udział w spontanicznie zorganizowanym występie podczas Kempingu Muzycznego w Lubaniu Śląskim (1979), razem z Kryzysem i Deadlockiem. To były pierwsze punkowe zespoły w Polsce. Deadlock z Gdańska, Kryzys z Warszawy. Pojechali razem na Śląsk i zostali wykiwani przez kierownika imprezy. „Celofan w okularach” (tak o nim mówił w „Autobiografii” Robert Brylewski, nieżyjący lider Kryzysu), odmówił młodym występu na wydarzeniu, które zasłynęło jako miejsce ogólnopolskiego debiutu Maanamu. Co grał Gary? Co robił na scenie jedyny (poza Walkiem Dzedzejem) punkowy artysta solo w Polsce?

– Dla mnie to było nie do pojęcia – tłumaczy Tomek Świtalski, warszawski saksofonista, freejazzman, przyjaciel Gary’ego z punkowych lat. – Nie to, co robił Deadlock, czy inne zespoły punk rockowe, bo w pięciu można zrobić wszystko.

– A co?

– To, że wychodził pojedynczy facet i po prostu rozpierdalał wszystkie gitary i wszystkie wzmacniacze. Trochę przesadzam, bo tak dużo ich nie narozpierdalał. Nie było w tym kraju tylu gitar, ale miało to taki wyraz – dodaje.

Szaman pije czarną

Pokazuję Gary’emu album „Generacja”, który przygotowali Robert Jarosz, badacz kultury i Michał Wasążnik, fotograf. Wybieram zdjęcie z Riviery Remont. To on. Gary wstrzymuje oddech. A potem, jak gdyby tuszując tę ciszę, która na moment zapadła, rozpędza się niczym torpeda. Zalewa się we własnych opowieściach. Rozwala słowa o krawężniki. Miota nimi na wszystkie strony. A potem znów spowalnia. Dotyka brudnym paznokciem fotografii. Rysuje cole w brzuchu zmarłego „Afy”, czyli Brylewskiego. Mówi o synagodze punkowej. A potem znów, rozłożoną w dłoniach pamiątką, zajmuje całe przejście w Delikatesach 24h. Jego kawa jest już dawno zimna i nikt nie chce uwierzyć w jego historię:

– Serio to on na tym zdjęciu? – pyta mnie jeden ze sprzedawców, bo obrazki mu się nie zgadzają. I dopiero kiedy otrzymuje potwierdzenie, pozwala sobie na zdziwienie. Nabiera nadziei, że rzeczywistość, która go otacza jest ciekawsza, niż sądził. Zaczyna słuchać. Oby tylko nie słuchał za bardzo i za często. Bo daleko za granicą komfortu, umysł jak pociąg potrafi się wykoleić. Albo przeskoczyć na inny tor. Jedni medytują, żeby osiągnąć ten stan. Inni wchodzą w trans, by pozyskać umiejętność szamańskiej mowy.

W dawnych kulturach szaman był wybranym, pośredniczył między światem ludzi, a światem bogów i duchów. Temat gruntownie przebadał rumuński filozof kultury i historyk religii Mircea Eliade. Przegląd szamańskich praktyk i rozważania nad nimi znalazły się w książce zatytułowanej „Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy”. Eliade opisuje tam m.in. inicjację szamanów innuickich; niektóre fragmenty przypominają Gary’ego: „(…)na końce palców wbijają mu ząbkowane haczyki, aby uczynić go zdolnym do chwytania duszy i mocnego jej trzymania” . Sprzedawca z Delikatesów jeszcze tego nie wie, ale Tomek Świtalski, który widział w Garym już jako w nastolatku „poważny impet”, wie o czym mowa:

– Gary Hell jest człowiekiem, który próbuje wszystko destruować. Używa prymitywnych technik zastraszania. Jest takim szamanem-dusicielem i nie wiem, czy on koniec końców nie obrywa główek tym swoim zwabionym w norkę myszkom. Ja tego nie wiem. Nie widziałem i nie wiem, ile jest tego Hella w Hellu. – mówi. – Mnie się wydaje, że tam w ogóle nie ma piekła, że jedyne piekło, jakie tam widzimy, to jest nasze piekło. – dodaje.

Patrząc na żywe tradycje sopockich ekscentryków można odnieść wrażenie, że w trójmieście zawsze szukano odskoczni od rzeczywistości. I Parasolnik i Peter Konfederat i George Canada łamali przyjęte normy, poszerzali wyobraźnię, zapraszając mieszkańców Sopotu do fantasmagorycznego świata na opak. Dziś robi to Gary Hell. Seanse przeprowadza za darmo, za drobne, za kawę, za papierosy, za uwagę.

Polecane artykuły

nic