Igor Michalski

Siła zespołu

388 wydarzeń artystycznych i 279 659 widzów - tak w liczbach przedstawiał się w Teatrze Muzycznym rekordowy rok 2019. Co prawda pandemia zmieniła realia, ale nie zmniejszyła zapału do pracy ani apetytu na więcej. Pomysłów i wydarzeń jest tak dużo, że głównym ograniczeniem okazuje się… liczba dni w kalendarzu. O planach, zupełnie nowych przedsięwzięciach i nieustannym budowaniu więzi rozmawiamy z Igorem Michalskim, dyrektorem Teatru Muzycznego w Gdyni.


prestiz

Dosłownie chwilę temu, w styczniu, zainaugurowany został w teatrze Projekt Inicjatyw Autorskich. Na czym polega to przedsięwzięcie?

Korzystając z tego, że dysponujemy kilkoma scenami, a potencjał Sceny Kameralnej nie jest do końca wykorzystany, postanowiliśmy udostępnić tę przestrzeń aktorom, którzy noszą w sobie chęć pokazania czegoś swojego. Czegoś bardzo prywatnego, czegoś, o czym marzą, co chcą zagrać, zaśpiewać - nie odrzucamy ani propozycji dramatycznych, ani muzycznych. Oczywiście najlepiej, żeby otoczone było to muzyką, z racji na instytucję, w jakiej się znajdujemy. Czekamy na propozycje ze strony aktorów, w styczniu odbyła się już premiera Marka Sadowskiego i Saszy Reznikowa, a 7 marca będzie można zobaczyć spektakl „Zapomniany brat. Historia Bronisława Piłsudskiego” - przedstawienie z udziałem naszych aktorów. Następnie w ramach projektu pojawi się spektakl przygotowany przez Maję Gadzińską, Izę Pawletko i Agnieszkę Brenzak („Pomorskie opowieści”). Odbędzie się on ze wsparciem kierunku Zarządzania Instytucjami Artystycznymi na Uniwersytecie Gdańskim. To, co z pewnością wyróżnia Projekt Inicjatyw Autorskich, to właśnie różnorodność spektakli - niektóre są stricte rozrywkowe, inne poważne lub poruszające tematykę regionalną.

Proszę powiedzieć, jak wygląda to od strony produkcyjnej, jakie role pełnią w tym projekcie sami aktorzy?

Tym razem cała odpowiedzialność realizacyjno-produkcyjna leży po stronie aktorów. Oczywiście, jeżeli potrzebują kogoś, kto zewnętrznie może ich wspomóc, to chętnie z tego korzystają. Inicjatywa jest bardzo ważną propozycją dla nabrania innej perspektywy, stanowi rodzaj oddechu od codziennej pracy aktorskiej. Daje też możliwość zderzenia się z odpowiedzialnością za całość formy, świadomość w odniesieniu do wieloetapowego procesu powstawania spektaklu w wymiarze praktycznym. Projekt posiada więc w pewnym sensie także aspekt dydaktyczny.

Jako aktorowi z pewnością bez trudu przychodzi panu współodczuwanie emocji z artystami teatru. Jak jednak oddzielić te pokłady empatii od menadżerskich wyzwań?

Ponieważ jestem aktorem, to rzeczywiście mam pełną świadomość tego, jakie emocje są po drugiej stronie. Pewien proces dyrekcyjny odbyłem przed pojawieniem się tutaj, prowadząc przez 7 lat dużo mniejszy teatr w Kaliszu. To była fajna szkoła dogadywania się z ludźmi, z zespołem. Teraz zmieniła się skala, natomiast oczywistą rzeczą jest fakt, że nie prowadzę tego teatru sam, jest tu cała rzesza świetnych osób, bez których nie dałbym rady. Podstawową kwestią jest budowanie zespołu, kwestia nadania biegu teatrowi po remoncie, ustalenia repertuaru, który jest podstawową rzeczą, bo od tego zależy frekwencja. Powracając do relacji międzyludzkich, rzeczywiście najtrudniejszą kwestią w prowadzeniu w ogóle jakiejkolwiek instytucji, państwowej czy prywatnej, są ludzie. Jeżeli mamy możliwość dogadywania się, rozmowy, realizacji swoich marzeń i pasji, która potrzebna jest w każdym zawodzie, wtedy jest dobrze. Trzeba obrać drogę, która przynosi satysfakcję i jest w pewnym sensie celem życiowym.

Czy rzeczywiście wszyscy mają szansę odczuć tę satysfakcję, obierając drogę artysty? Może wydawać się dla kogoś właściwa, ale realia bywają brutalne.

W przypadku sztuki i teatru, skala pewnych umiejętności jest trochę nie do zmierzenia. Nie wiem, czy kariera chociażby kierowcy rajdowego jest porównywalna z emocjami aktora, tego nie da się zważyć, każdy wewnętrznie musi zmierzyć, czy jest szczęśliwy. Sztuka jest w pewnym sensie niewymierna. Kierowca jest szybki albo wolny, wygrywa lub nie, tutaj zaś sytuacja jest bardzo subiektywna. Gra danego aktora może spodobać się jednej osobie, podczas gdy dla kogoś innego będzie nie do przyjęcia. Zbiorowość i zespół ma swoją siłę, ale na ten zespół składają się aktorzy, muzycy, tancerze, i trzeba dobrać tych najlepszych do danego spektaklu, premiery. Po to są właśnie castingi, stanowiące rodzaj uczciwości wobec rynku pracy. Casting jest formą oceny reżysera, nie ma tu obiektywizmu. Wizja jest konsekwencją jego wyborów, dobiera artystę wedle jego konkretnych cech, jego fizis, i ma on do tego pełne prawo. To tak, jakby malarzowi powiedzieć, że ma malować inaczej, bo nam się podoba coś innego - a przecież ile osób, tyle opinii. Każdy też finalnie ma absolutne prawo do oceny. Sztuka w nas zostaje i to jest jej moc - po spektaklu możemy porozmawiać o tym, co nas zabolało, odrzuciło, zachwyciło, daje nam pole do dyskusji.

Nasuwa się wniosek, że pan i pozostali twórcy spektakli stajecie bardzo często przed niezwykle trudnymi wyborami.

W zasadzie w teatrze muzycznym istnieje jeszcze możliwość zmierzenia predyspozycji danej osoby, w pewnym stopniu. Są przecież różne skale głosu, to samo u tancerzy, taniec jest wymierny - albo ktoś zrobi tę figurę albo nie, ktoś zrobi ją lepiej lub gorzej. Trudniej jest w teatrze dramatycznym, bo tam jest ból. Pojawia się pytanie, „dlaczego nie ja?”. W każdym aktorze, artyście w ogóle, jest taki ból, który niesie za sobą to pytanie. Podlegamy wyborom innego artysty, w tym wypadku reżysera, który mówi „bo ja tak chcę”. Inny reżyser powiedziałby inaczej i dzięki temu pozostaje aktorowi ta nadzieja, że w innym przypadku jego predyspozycje będą wprost idealne. George Clooney powiedział kiedyś do swoich studentów: „Idziecie na casting i niczego nie tracicie - możecie tylko zyskać.”

Czyli zasadniczo, kiedy aktor nie nadaje się do danej roli według reżysera, to od razu powinien znaleźć w sobie siłę, by pomyśleć, że prawdopodobnie sprawdzi się w innej? Skrajnie rozbieżne emocje, jak na jednego człowieka…

Najgorsze, co można pomyśleć, to że skoro nie jestem obsadzony, więc jestem gorszy. Ponownie nawiążę do słów Clooneya, który przytaczał następującą sytuację: sprzedaję filiżankę, reklamuję jej zalety etc. Ktoś może powiedzieć, że mu się ta filiżanka nie podoba - i trudno. To nie jest moja filiżanka, nie ja ją zrobiłem. Natomiast, kiedy ktoś odrzuca nas podczas castingu do danej roli, to odrzuca nas jako człowieka, jako całość, ten kłębek emocji, pasji, cech osobowości, które o nas stanowią. Tworzy się problem, jak ten zawód działa na człowieka w środku, jakimi ścieżkami w swoim umyśle podąża aktor i z czym musi walczyć. Między innymi dlatego my, jako instytucja, dążymy do tego, żeby ten zawód był dobrze opłacany. Dbamy o to, żeby nie był tylko pasją. Nawiązujemy dialog, podlegając różnym instytucjom i staramy się o godne wynagrodzenie dla naszych artystów. To zawód, który pochłania kawał życia i bez miłości i pasji można sobie z tym po prostu nie poradzić.

Czy zdecydowana większość aktorów Teatru Muzycznego wciąż pochodzi z rodzimej kuźni talentów? Mam na myśli założone w 1966 Studium Wokalno-Aktorskie.

Rzeczywiście z każdego roku studium wybieramy najlepszych, którzy potrzebni bedą w strukturze kolejnych przedstawień. Otwieramy się również na zewnątrz - jeżeli na castingu pojawia się ktoś, kto odpowiada naszym oczekiwaniom wobec danego przedstawienia, to oczywiście przyjmujemy go. Ilość ośrodków z teatrami muzycznymi, w które przekształciły się dawne operetki, znacznie wzrosła, więc jest w Polsce duża różnorodność, jeżeli chodzi o aktorów. Natomiast w związku z wzrostem liczby uczelni z kierunkiem musicalowym, naszym obowiązkiem jest otwieranie się także na tych, którzy są spoza Trójmiasta.

Nie da się zaprzeczyć, że Danuta Baduszkowa była pionierką i innowatorką. Czy ten duch postępu nadal unosi się na korytarzach Teatr Muzycznego?

Miałem to szczęście spotkania osobiście z Danutą Baduszkową z racji powiązań rodzinnych - jej córka, Dorota, była żoną mojego ojca, Stanisława Michalskiego, a ich dzieckiem jest Jerzy Michalski - mój brat ze strony ojca - tak w skrócie. Z mojej perspektywy była to kobieta o ogromnej sile, która potrafiła zarazić władze trójmiejskie teatrem muzycznym i ściągnąć ogromną publiczność do ówczesnej siedziby na Bema. Nadała charakter temu miejscu, próbowała też w miarę możliwości realizować musicale z Broadwayu i West Endu, założyła studium wokalno-aktorskie. Postrzegała ten zawód w bardzo szerokim spektrum. Zainicjowała teatr w miejscu obecnym. To była niesamowita energia, ogromna pasja. Studium, które do tej pory istnieje jest jednym z największych dokonań i stanowi chyba najbardziej naturalną drogę łączącą naukę z praktyką. To nieocenione, bo dzięki temu młodzi adepci sztuki teatralnej widzą od samego początku, jak powstaje przedstawienie i dzięki temu zyskują większą moc sprawczą przy późniejszych realizacjach, odnoszą sukcesy.

Plany repertuarowe, ale nie tylko, zapowiadają się ambitnie. Proszę opowiedzieć, co czeka widzów w najbliższej przyszłości.

Obecnie realizujemy 11 spektakli na Dużej Scenie, 7 na Nowej, plus te które dzieją się na Scenie Kameralnej, razem w repertuarze jest aktualnie około 20 tytułów. Przed nami wrześniowa premiera na Dużej Scenie, a mianowicie „Something Rotten, czyli coś się psuje” w reżyserii Tomasza Dutkiewicza. Będzie to polska prapremiera, pełna poczucia humoru komedia, wypełniona strojami z epoki szekspirowskiej, której tekst przetłumaczył Daniel Wyszogrodzki. Dwóch braci tworzy w czasach Szekspira, ale tylko Szekspir odnosi sukcesy. Bracia udają się po poradę do ówczesnego Nostradamusa,

który zdradza im sekret, jak napisać sztukę, która da im rozgłos. Castingi ruszają już za moment, w marcu, buduje się już scenografia, która musi być gotowa na sierpniowe próby. Pojawią się także „Dziewczyny z kalendarza”, do których prawa pozyskiwaliśmy przez ponad trzy lata. W planach są jeszcze kolejne pozycje repertuarowe, m.in. „Quo Vadis” - propozycja Wojciecha Kościelniaka, do której muzykę stworzy świetny kompozytor Mariusz Obijalski, oraz „Anna Karenina”. To z kolei propozycja teatru z Moskwy, Rosjanie zrobili fantastyczną adaptację, którą u nich widzieliśmy i chcielibyśmy, żeby przenieśli ją na naszą scenę. Obecnie to tytuł przewidziany na wrzesień 2025, rozmowy przeciągnęły się z uwagi na pandemię.

To prawda, że oprócz samych przygotowań do premier działacie również na innych polach?

Właśnie wydaliśmy płytę DVD ze spektaklem „Piotruś Pan”, który gramy od 2016 i zaraz osiągnie on liczbę stu przedstawień. Trwają prace nad realizacją płyty z muzyką „Mistrza i Małgorzaty”, która dostępna będzie także w aplikacji. Złożyliśmy projekt w ramach funduszy EOG - produkcja bajki pn. „Skrzynia czasu” z realizatorami z Islandii i polskimi aktorami. Wyniki poznamy latem.

Na koniec zapytam, co pana najbardziej satysfakcjonuje jako twórcę?

Pierwszą rzeczą, jaka naturalnie mi się nasuwa, jest widz. Ten teatr jest entuzjastycznie odbierany przez widownię, ma swoją renomę. Druga kwestia to na pewno satysfakcja zespołu z bycia w tym teatrze i realizowania tych propozycji repertuarowych, które mamy. Jeżeli te dwie rzeczy się udają, to jest to rzeczywiście ideał, równowaga osiągnięta pomiędzy satysfakcją zespołu a odbiorem przez widownię. To jest poczucie spełnienia, zresztą za każdym razem, przy każdej premierze. W takim rytmie się to odbywa i tak się to odczuwa. Myślenie, żeby spełnić te dwa podstawowe warunki i radość, jeśli się to udaje.